sobota, 17 maja 2014

I raz, i dwa (7/10)

Drama, 2000
173 minuty


Trudny film. Nie wiedzieć czemu, przy pierwszym oglądaniu nie rozróżniałem bohaterów. Kto jest kim i nie umiałem powiązać ich z wcześniejszymi wydarzeniami, co kto w nich robił. Po dwóch godzinach czegoś takiego zacząłem oglądać od początku, i już było lepiej, chociaż nadal nie umiałem "złapać" tego filmu. Dostrzec jaka myśl stoi za tymi scenami, jaki jest motyw całościowy tej produkcji. To było najtrudniejsze - oglądać do końca, bo dopiero wtedy będę miał odpowiednią perspektywę by zrozumieć. Wszystko zaczęło się od wesela, na którym postać ojca spotyka swoją dawną ukochaną. Jego syn jest nękany przez dziewczynki, z którymi chodzi do szkoły. Najważniejsze jednak jest to, że po wszystkim babcia zapadła w śpiączkę, a młody odkryje aparat fotograficzny. To jedynie część z puli fabuł, które ten film łączy w jedno głównym motywem - odkrywaniem prostych rzeczy. Bo przecież nie wystarczy o czymś komuś powiedzieć by w ten sposób odmienić jego życie. Ta osoba musi sama to zrozumieć, i samodzielnie do tego dojść, przechodząc swoją indywidualną drogę. O przechodzeniu owej drogi na przykładzie współczesnej tajwańskiej rodziny jest "I raz, i dwa".


Yang to doprawdy wspaniały reżyser. Jego film przypomina konstrukcję złożoną z idealnie kwadratowych klocków, i każdy z nich jest tu jednym ujęciem. Za pomocą każdego z nich coś przekazuje widzowi, coś wnosi do opowieści, i zawsze jest to jedna rzecz na jedno ujęcie. Ważna rozmowa między dwojgiem postaci: jedna osoba mówi, jedna lokacja, jedno ujęcie. Gdy druga osoba dochodzi do głosu, jest już inna lokacja, kolejne ujęcie. I przekazano dwie istotne informacje o tych postaciach, albo ich przeszłości i relacji. Jak wolicie. Czasami taki klocek jest jedynie przejściem, ale nawet one są istotne, i trudno mi było wyobrazić sobie efekt końcowy bez nich. Czasami trudno znaleźć sens jaki stoi za każdym z elementów konstrukcji - gdy było ujęcie na chłopca siedzącego na toalecie, za pierwszym razem nie widziałem w jego ręku baloniku, dopiero gdy obejrzałem to drugi raz. Bo wiedziałem, jaką rolę ten balonik odegra później. Dzięki takiemu wykonaniu "Yi Yi" zachowuje swoje tempo oraz przejrzystość, która jednak nie oznacza banalności. Wciąż jest tu dla mnie kilka niejasności, szczególnie dotyczących tego, jak się niektóre wątki kończyły. Albo - co było na tym zdjęciu, które zanieśli babci na samym początku?

Na koniec poczułem zawód, gdy morały okazały się tak proste, że aż banalne. Rozumiem zamysł i zachwyca mnie przedstawienie drogi, ale - czemu aż trzy godziny? Czemu aż tylu bohaterów? Czy gdyby zostawić postać ojca oraz babcię zapadającą w śpiączkę, opowieść straciłaby coś ze swojej uniwersalności? Chyba nie.