poniedziałek, 31 marca 2014

Podsumowanie marca '14

1. Witaj w klubie (2013)
2. No i co, doktorku? (1972)
3. Ciemna strona sławy (1965)
4. Sceny zbrodni (2012)
5. Rabusie pociągów (1973)


Aktor miesiąca:
-  Peter Cushing

Aktorka miesiąca:
- Natalie Wood

Muzyka miesiąca:
- Młodzi i spragnieni (1960)

Fabuła miesiąca:
- Krwawa profesja (2002)

Najlepsza scena miesiąca:
- ratowanie konia przygniecionego drzewem w czasie burzy (Rabusie pociągów, 1973)

Najśmieszniejszy moment miesiąca:
- finał sekwencji w pokoju hotelowym (No i co, doktorku?, 1972)

Najlepsza narracja filmowa:
- Witaj w klubie (2013)


W związku z przerzuceniem się na telewizję wróciłem do takiej formy podsumowań. Tego co oglądałem przez ostatni miesiąc nie ma jak zasegregować, nadać temu jakiegoś kontekstu lub zakresu, więc tylko wybrałem kilka najlepszych tytułów spośród tych, o których wcześniej i tak nie słyszeliście.
W ten sposób zresztą będą wyglądać kolejne miesiące - trzy tygodnie przypadkowych tytułów, które puściła któraś ze stacji telewizyjnych, a w czwartym premiery kinowe.
Plus tylko jeden tytuł ściągnąłem, ale zapewne za miesiąc będzie u mnie w kinie to kupię na niego bilet... i go nie wykorzystam. Będzie czysto.

niedziela, 30 marca 2014

Kaci także umierają (5/10)

War, 1943


Środek drugiej wojny światowej. Miejsce akcji - Praga. Jeden z wysoko postawionych Złych zostaje zastrzelony na ulicy przez przedstawiciela Partyzantki, która jest silna w tym mieście (rozrzuca ulotki zachęcające do spowolnienia pracy itd.) i trzyma razem jej prawowitych mieszkańców. Strzelający ma na nazwisko Svoboda, i zaraz po zdarzeniu musi się ukrywać. Przed pościgiem ratuje go panna Novotna, klientka warzywniaka, która wskazuje niewłaściwy kierunek, gdy gestapo zapytało ją, gdzie udał się zbieg. Svoboda ukrywa się u niej, jednak oprawcy szybko wracają do punktu wyjścia i zaczynają poszukiwać owej klientki...

Założenie fabularne są godne zainteresowania - gdy podstawowe poszukiwania mordercy nie przynoszą skutku, Niemcy postanawiają aresztować dużą grupę przypadkowych ludzi, i rozstrzelać ich w małych grupkach co określoną ilość czasu do póki nikt nie wyda poszukiwanego. I jest dylemat: poświęcić wielu by ten jeden przeżył? A może lepiej by było, gdyby po wszystkim po prostu oddał się w ręce władz i poświęcił samego siebie?

sobota, 29 marca 2014

I Shot Jesse James (5/10)

Revisionist Western, 1949


Historię Roberta Forda zna chyba każdy - przynajmniej ten, który usłyszał sam tytuł filmu Dominika opowiadającym o nim i jego przyjacielu Jesse Jamesie, do którego gangu należał. Bał się go cały Dziki Zachód, wyznaczono nagrodę. Jesse przybrał inne nazwisko i się ukrył, Bob Ford został z kolei przekonany przez ukochaną, by również się osiedlić. Kupić ziemię, założyć rodzinę... Problem jest tylko jeden - wciąż jest ścigany przez prawo. Okazja nadarza się, gdy gubernator obiecuje amnestię dla każdego, kto pozbędzie się Jesse Jamesa.

Spoiler - Ford zabija Jamesa. W ciągu pierwszych 20 minut więc to żaden nic ważnego. Inna sprawa jak to wykonano - Jesse James prezentuje tu inteligencję cegły, i wręcz świeci swoimi plecami przed Fordem, by ten go w końcu zabił, oczywiście niczego się nie domyślając. Potem Ford przechodzi załamanie, wszyscy śmieją się z niego, że strzelał w plecy, boi się, że ktoś jego teraz zabije... Nie powiem, by ta część była źle wykonana. Ale jakaś wyróżniająca się też nie była.

Druga połowa to już zupełnie inny film. Chłop chce się ożenić, ale nie ma kasy, więc jedzie kopać srebro i ma tam przygody. Tym chłopem jest Robert Ford i tyle, dopiero w samym zakończeniu jest powrót do jego postaci i tego, co zrobiła w pierwszej połowie filmu. Przez problemy ze złożeniem tego do kupy w jedno nie wybija się ona ponad przeciętność - wstęp jest za szybki i przewidywalny, rozwinięcie pośpieszne i mające nikły związek z resztą opowieści, zakończenie nie poprawia błędów popełnionych wcześniej. Do tego mocne naciągnięcia logiczne - rodzina zamordowanego Jamesa nic nie robi po tym, jak umarł. Narzeczonej nie przeszkadza, że ukochany jest w gangu, ale zamordowanie przyjaciela? O nie, tu już potrzebna jest lornetka by zobaczyć jak daleko strzela focha.

Niewykorzystany potencjał.
https://rateyourmusic.com/film/i_shot_jesse_james/

piątek, 28 marca 2014

(felieton) Kino przyszło do Garreta

Wyjaśnienie, czemu dopiero parę dni temu wpisałem w google "nazwę swojego miasta + kino" jest równie trudne jak to, czemu w ogóle to zrobiłem. Usłyszałem kiedyś, że był tutaj takowy biznes, ale nikt nie chodził, więc zamknęli. I od tego czasu nie usłyszałem, by się coś zmieniło. Dlatego sądziłem, że jedyną możliwość jaką mam jest kupno biletu autobusowego do najbliższego miasta wojewódzkiego, jeśli kiedyś miałbym ochotę na seans. A tu niespodzianka!

Bo kino jednak jest, ale nie takie tradycyjne - bo objazdowe. Raz w miesiącu, w okolicach jego końca, przyjeżdża do miejscowego Domu Kultury* Kino Orange. Wyświetlane jest kilka filmów jednego dnia, tylko raz, pod rząd, z różnymi przerwami, od 20 do 40 minut pomiędzy. Ceny - lepsze niż dla dzieci w stolicy, bo od 12 do 15 złotych, zależy jaki tytuł. Różnica względem premiery polskiej - różnie. Od miesięcy do kilku dni (!). Wybór tytułów - nie mogę się przyczepić. Widać, że ci którzy się tym zajmują, wiedzą co robią. Jest coś dla dzieci, coś dla kobiet, coś polskiego, coś dla mężczyzn i coś głośnego (parę dni po premierze światowej, na dodatek... z dubbingiem!). I mam zamiar obejrzeć ile tylko zdołam.

Zresztą, dobrze to sobie przemyśleli. Skoro jest tylko jedna okazja to prawdziwy kinomaniak pójdzie na wszystko, by jej nie przegapić. Sam chcę pójść tylko na jeden, ale wśród pozostałych są takie filmy, które mógłbym obejrzeć, takie które zaliczają się do kategorii: "Skoro tamten obejrzałem, to czemu nie ten?", oraz taki, który mnie nie interesuje, ale zapewne zbierze takie recenzje, że za parę miesięcy/tygodni będę chciał go obejrzeć. I tak to się potoczyło.

Do pełni zadowolenia brakuje tylko nowego filmu Wesa Andersona. Oby ten był za miesiąc. Ale mi to nie przeszkadza. Jaram się samym powrotem do sytuacji, w której stać mnie na pójście do kina, oglądaniem nowości, robienia tego legalnie, bycia wśród tych pierwszych. Jedne tytuły polubię, inne nie, ale sam będę mógł się o tym przekonać.

A jeśli, jak to w małych miastach bywa, seans się nie odbędzie, bo za mało ludzi przyszło - to wmuszę pieniądze na siłę, kupię bilet tylko na "Lego" (ten właśnie tytuł chcę zobaczyć) i go nie obejrzę... od razu. Dopiero, jak pojawi się w Internecie.



*Fajne, opuszczone miejsce. Polecam tam zajrzeć w tygodniu po pracy z nastrojową muzyką z horroru.

czwartek, 27 marca 2014

Młodzi i spragnieni (7/10)

Drama, 1960


Najbliższe skojarzenie miałbym ze sztuką teatralną nastawioną na dialog i napięcie, starcie ludzi w istotnych momentach ich życia. Jednak w innym stylu - bohaterowie nie spotykają się pomiędzy pokojami w ciągu jednego wieczora, ale przez wiele lat, wpadają na siebie, odchodzą, wracają, rozmawiają. Brak tutaj pośpiechu lub wyraźnych granic, opowieść idzie swoim tempem - bez pośpiechu ale niezbyt wolno. Bohaterom dano na początku sporo czasu by oddać na taśmie tamte czasy. Lata 50-te - młodzież się nudzi, a rodzice nie mają pomysłu co z tym zrobić. Salome podejmuje decyzję, by opuścić ukochanego Chada - ten nie jest w stanie utrzymać rodziny, ma w kieszeni jedynie 20 dolarów. Chad topi smutki wraz z czarnoskórą śpiewaczką klubową. Rozpoznaje w niej znaną kobietę która odeszła wiele lat temu z branży. Prosi ją o pomoc, by mógł zarabiać na graniu na trąbce.

I tak to się toczy. Salome spotyka w pociągu Tony'ego, którego będzie uważać za solidnego kandydata na męża, a Chad trafi do Nowego Jorku. Ona usłyszy w salonie na dole jego nagranie kupione przez siostrę Tony'ego - Catherine. Będzie chciała go odwiedzić. Będą się spotykać i ścierać na kilku poziomach. Cała fabuła to tocząca się swoim tempem opowieść o życiu w kłamstwie, coraz gorszym i coraz bardziej toksycznym. O wielu elementach nie wspominałem, które poprzedzały pierwsz zwrot fabularny - o pogrzebie ojca Chada, gdzie ten pierwszy raz grał na trąbce ku czci zmarłego. O relacjach między Tonym i siostrą oraz rodzicami, jakie życie sobie wybrali po szkole, gdzie chcą wyjechać. O przyjęciach i zaborczym ojcu Salome. Wszystko to składa się na całkiem dojrzały i prawdziwy obraz.

Natalie Wood nadal błyszczy - tym razem zapamiętam szczególnie scenę, w której się upiła i z uśmiechem mieszała zawartość kolejnych butelek. A po wszystkim próbuje zapalić papierosa, nie mogąc trafić z zapałką... urocze!

Ale tak po prawdzie to cały seans to jedynie pościg warstwy fabularnej za muzyczną. I w sumie... kończy niedaleko z tyłu. Smutna trąbka to jest to!
http://rateyourmusic.com/film/all_the_fine_young_cannibals/

środa, 26 marca 2014

Zacznijcie rewolucję beze mnie (6/10)

Comedy, 1971


Francja, XVIII wiek. Dwie kobiety rodzą po bliźniakach. Jedna - wieśniaczka - w jednym pokoju. Druga - arystokratka - w innym. Lekarz lata od jednej do drugiej, nikt nie przewidział, że którejś urodzi się więcej niż jedna pociecha. Po wszystkim lekarz i położne patrzą i widzą cztery bobasy, jednak który jest który? Ence pence... w ten sposób bliźniaki zostają rozdzielone. Co ciekawe, każda z par zostaje razem w przyszłości. Jedni trafiają do biedaków, jako obiboki kryją tyły rewolucjonistom - a konkretnie to kryją się pod stołem i wszędzie indziej gdzie tylko dadzą radę. Są pogodni i głupkowaci. Drudzy to przedstawiciele szlachty - nadęci, wyniośli i bezwzględni. Gdy tylko pewien człowiek proponuje im udział w zabójstwie króla Ludwika XVI i przejęcie kraju, pierwsze o czym myślą, to że samodzielnie też tego dokonają i nie będą się musieli dzielić.

Inteligentne i sensowne założenia, służące czemuś więcej niż śmiech - pojawiają się nawet całkiem możliwe ingerencje w prawdziwą historię, które jednak nie dochodzą do skutku (ale jak chciałem, by jednak im się udało!). Potem jednak to już tylko urocza komedia pomyłek. Główni aktorzy (Gene Wilder oraz Donald Sutherland) spełniają się w swoich rolach. Obaj idą w mocny kontrast, ale wychodzi on naturalnie i rodzi wiele śmiechu. Tak dobrze się na nich patrzy, że ledwo zauważalny jest dystans między nimi a resztą historii. Sama fabuła czy zwroty akcji już gagom nie sprzyjają, film bez bohaterów nie oferuje wiele.

Król Ludwik na balu w przebraniu kaczki tańczący z księżniczką Belgijską która założyła suknię szeroką na 12 metrów w lewo i prawo, piszczałem ze śmiechu.

Plus Orson Welles (!)
http://rateyourmusic.com/film/start_the_revolution_without_me/

wtorek, 25 marca 2014

Oklahoma Kid (4/10)

Western, 1939


Rząd wykupił tereny od Indian, i teraz każdy będzie mógł zająć sobie działkę i zacząć tam żyć. Obowiązuje prawo pierwszeństwa, a wyścig rozpocznie się już niedługo. Gang McCoarda oszukuje - zakrada się dzień wcześniej by zająć istotną miejscówkę, a potem odsprzedaje ją w zamian za monopol na ruletkę i hazard w całym miasteczku. Wcześniej z kolei ukradli transport pieniędzy dla Indian - tym jednak długo się nie nacieszyli, ponieważ zaraz po zdarzeniu okradł ich tajemniczy Oklahoma Kid. Jedyny miejscowy, który nie miał zamiaru brać udziału w wyścigu o ziemię - ze względu na swoje zasady.

I teraz się przygotujcie. Bo na początku jest naprawdę piękny obraz - ludzie mający zamiar ciężko pracować, w oczach mając wizję nowego miasteczka, do którego kolej będzie chciała pociągnąć tor. Przyszłość w dobrobycie, szczęście dla wszystkich. Zaraz potem się okazuje, że to jedynie w imię "miłości do Ameryki", i jak ktoś nie chce jechać to nie kocha właśnie. Następnie - chrzanić całą tę rozbudowę, bo jak wszystko powstanie to na gotowe przyjadą polityce i w ogóle i będzie po zabawie. I to nie koniec - bo jeszcze jest wspomniane o przekręcie na czerwonych, którym praktycznie zabrano ziemię, płacąc za nią jakby brali ją za darmo.

poniedziałek, 24 marca 2014

(książka) Równi bogom

Hard Sci-Fi, 1970



Opowieść oparta na tym, że w naszym wszechświecie nie może istnieć pluton 186 - a takie coś znalazł jeden z bohaterów na swoim biurku. W ramach wprowadzenia: trzymał tam bibelot, coś na kształt szczelnej puszki, który był tam jak już objął swój urząd. Była tam wolfram, jednak pewnego razu chłop rzucił okiem i od razu zaczął się pieklić, że ktoś mu grzebał w jego rzeczach. Bo w środku nie było tego wolframu. Po przeprowadzeniu badań odkryto, że to co tam jest, nie należy do naszego wszechświata, bo po prostu nie może tu istnieć. Ale jednak tak jest. Nazwano to dla porządku Pluton 186 i zaczęto kombinować, skąd to się tu wzięło? Tak powstała teoria o paraludziach i paraświecie. Innym świecie, będącym na wyższym poziomie rozwoju, który w jakiś sposób opanował transfer energii z ich świata do naszego. Ludzkość daje im wofram, oni oddają w zamian pluton. W ten sposób powstaje Pompa, dzięki której na Ziemi nie ma już problemów z energią. Wszelkie problemy zostały rozwiązane na zawsze.

Aż jeden z naukowców zaczął podejrzewać, że transfer energii zakłóca balans. Istnieje ryzyko, że w ten sposób nasze Słońce ogrzeje się za bardzo - i wybuchnie. A po drugiej stronie, w paraświecie, ich Słońce będzie z kolei gasnąć.

niedziela, 23 marca 2014

Diabelska przełęcz (3/10)

Revisionist Western, 1950


Lance Poole to... hmm, niby Indianin, ale gra go biały chłop, co widać nawet na czarnobiałej taśmie. Ale fakt jego narodowości jest istotny, bo opowieść toczy się w czasach, gdy biali nienawidzili czerwonymi. Po wojnie m.in. pod Getysburgiem Poole wraca z pola walki  w rodzinne strony. Walczył ramię w ramię z białymi, dostał te same medale co oni, spał z nimi pod jednym dachem. Wierzy, że przyszły nowe czasy, jednak szybko się okazuje, że będzie traktowany jak przysłowiowy pies. A nawet gorzej. Nad barem wisi napis, że Indian nie obsługują, a dolina w której mieszka została zajęta i biali mają prawo go wygonić. Obawiają się tylko jednego: że Lance Poole i jego ziomki nie oddadzą ziemi bez walki.

Przyznacie, że kolor skóry głównego bohatera ma tu spore znaczenie. Jednak to dopiero początek minusów - bo "Diabelska przełęcz" to kolejny z serii tytułów, które nie są świadome (lub udają, że niewiedzą), że za takową nienawiścią wobec innych stoi pewna idea. Zamiast tego wrogiem są tu ci ludzie, gotowi rozszarpać bohatera na kawałki i nie ma żadnego prawa, które pozwoliłoby mu na walkę z nimi. Jednym słowem - fala agresji i bezsilność, tylko po to, by oglądający wierzył, że to jedyny sposób walki z tym problemem. Nie ma tu żadnej filozofii lub idei, tylko ludzie będący początkiem i jedynym źródłem tego typu zachowań. Sami sobie wymyślili, że ktoś o innym kolorze skóry jest gorszy i mają prawo nim gardzić. I tyle.

Cała opowieść to budowanie poczucia bezsilności i samotności wobec braku obiektywnego prawa oraz tłumu, który lubi krzyczeć oraz kłamać. Denerwujący film, a do tego bardzo nudny i sztampowy (pierwsze ujęcie jedynej kobiety w filmie zrobione przy użyciu specjalnych filtrów jak w "Casablance" itd.).
http://rateyourmusic.com/film/devils_doorway/

sobota, 22 marca 2014

Potwór (4/10)

Thriller, 1973


Trzeba temu tytułowi oddać jedno - kto go zobaczy ten zapamięta. Wszystko za sprawą podzielenia ekranu na dwie połowy - po każdej ze stron dzieje się co innego lub to samo, ale pokazane z innego punktu widzenia. I tak przez niemal cały film. Dla przykładu: ktoś opowiada o swoim życiu. Po lewej jest normalna scena, dwoje ludzi siedzi, jedno mówi drugie słucha. Po prawej jest pokazana prawdziwa wersja wydarzeń, co się wtedy naprawdę stało. Tylko dla widza. Podobnych zabiegów jest całkiem sporo, i było na nie sporo pomysłów, by jednocześnie działo się kilka rzeczy i cała ta sztuczka z "Duo-Vision" (jak informuje plakat) miał sens. Po lewej widać zdjęcie kogoś, po prawej człowiek przechadza się po pokoju, podchodzi do tego zdjęcia i bierze je do ręki, ogląda. Po lewej dwoje ludzi spotkało się na korytarzu, po prawej ktoś kogoś goni i wbiega w tych ludzi z lewej, dzięki czemu oba ujęcia się scalają w jedność.

Reszta już nie wyróżnia się - w najlepszym wypadku. Pod względem fabularnym jest to thriller z zagadką - blondynki po zameldowaniu się w hotelu i zamówieniu kolacji znikają pierwszej nocy. Kierownik uważa, że uciekają, i nie chce robić szumu który zaszkodziłby renomie interesu. Ochroniarz - były policjant - postanawia przyjrzeć się sprawie. Brzmi ciekawie, jednak cały potencjał zginął pod kiepskim wykonaniem. Jeszcze nim minie połowa seansu jasne będzie, kim jest morderca i dlaczego zabija (intrygujące retrospekcje pokazujące dzieciństwo po prawej stronie ekranu). A reszta to już nic ciekawego - oczekiwanie, aż go złapią, a potem polecą napisy końcowe. Nieangażująca, pusta opowieść, posuwająca się do przodu tylko dlatego, że ktoś kiedyś wymyślił, iż morderca powinien być złapany na koniec seansu.

piątek, 21 marca 2014

Horror Draculi (5/10)

Gothic Horor, 1958


Wychodzi na to, że Terence Fisher to taki brytyjski Roger Corman. Wczoraj opisywałem jego wersję "Frankensteina", dziś "Draculę" (a nakręcił jeszcze nowe wersje "Psa Baskerville" tudzież "Mumii"). Drugi raz zebrał podobną ekipę (Ch. Lee jako potwór, Cushing jako bohater), jego opowieść nadal ma posmak kina kasy B. Tym razem jednak właściwie do niej należy...

Do zamku hrabiego Draculi przybywa Jonathan Harker. Podaje się za człowieka zainteresowanego zajęciem się ogromnej biblioteki należącej do hrabiego, jednak jego intencje są inne: chce położyć kres jego terrorom. Ma ze sobą sprzęt, ale niestety użył go za późno - tuż przed zmrokiem, i zdążył zabić jedynie pomocnika, nie samego Draculę. Palant. Władca Ciemności się zdenerwował, i odwet na Jonathanie mu nie wystarczy. Wyrusza, by posiąść jego narzeczoną. W ślad za nim rusza doktor Van Helsing.

Peter Cushing znowu wykonał bardzo dobrą robotę. Gra nieco podobnie do samego siebie w "Przekleństwie...", nadal ma kamienną twarz i zachowuje się spokojnie, jednak cała idea stojąca za jego postacią jest zupełnie inna. Jego Van Helsing to ktoś, kto zaakceptował fakt, że za ratowanie świata od wampirów będzie wyklęty i wyśmiewany, ponieważ nikt nie wierzy w takie istoty. Nikt nie chce wierzyć. A on nie może powiedzieć prawdy. Przynajmniej nie otwarcie. Znakomita dramatyczna rola.

(Felieton) Dotacje

Jakiś czas temu rozmawiałem z człowiekiem pracującym przy sterylizacji w szpitalu. Opowiadał o różnych rzeczach, ale tutaj chciałbym wspomnieć o jednym: wciąż pracuje na sprzęcie, który ma z boku napisane "Made in Czechoslovakia".

Po drugiej stronie są biblioteki. To jedna z podstawowych rzeczy przy zatrzymywaniu się w nowym miejscu, sprawdzić co mają w wypożyczalniach. Najpierw zajrzałem do tej mniejszej, były tam tylko trzy krótkie  rzędy regałów. Oraz trzy Maki, te komputery. Czym to się różni od peceta sprawdźcie na własną rękę. Ja pierwszy raz takowe na oczy widziałem. Po co one w bibliotekach? By można było skorzystać z Internetu. Obok tego stał pecet z xp i starym, kwadratowym monitorem 17''. W drugiej bibliotece, tj większej, było już więcej książek - rozmiarami przypominała średnią wypożyczalnię w Warszawie. A trochę obok 7 Maków i kilka pecetów z "normalnymi", płaskimi ekranami.

A na nich xp i Internet Exploler w jakiejś starszej wersji, na tym takiego filmwebu nie dało rady otworzyć, bo się wieszało z przeciążenia. Dobrze, że mogłem się chociaż wylogować, bo takiego komentarza napisać, albo oceny wystawić już nie mogłem. Do tego Internet był oczywiście dzielony na te ponad 10 stanowisk, więc i tak, czynność na którą potrzeba 5 minut, zajmowała 15, jeśli po drodze nie zasnąłeś w oczekiwaniu aż strona skończy się ładować. Aż chce się wrócić do domu i poczytać książkę zamiast przebywać przy komputerze! Albo powspominać czasy, gdy Internet przy łączeniu wydawał te śmieszne dźwięki łączenia z Drogą Mleczną, bo wtedy takie tempo jak w tej bibliotece byłoby luksusem.

Wszędzie oczywiście blokada na ściąganie czegokolwiek, więc szybszej przegladarki nie dało pobrać. Dane sesji i zapisane hasła zostawały, bo nie było programu do ich usuwania i pilnowania prywatności. Pierwsze co zrobiłem na Maku to właśnie zalogowanie się - przez przypadek - na czyjeś konto gmaila. Czyli google+ i blogspot również. Pytałem bibliotekarek, czy coś dałoby radę z tym zrobić, i wtedy usłyszałem ponadczasowe: "To informatyk się tym zajmuje" - czyli tłumacząc na ludzki: "Nie".

Ta mniejsza wypożyczalnia znajduje się niedaleko szkoły podstawowej. Od 14 siedzą tam dzieci i grają na Makach w "Minecrafta". Nie osądzam, sam w ich wieku przybiegałem do biblioteki by grać w "Zeusa: Pana Olimpu" oraz "Harry'ego Pottera" (trzy części tam przeszedłem!), które można było wypożyczyć na miejscu i z nich korzystać. Też nie pytałem, z czyich to pieniędzy. Wtedy ledwo potrafiłem zrozumieć, czemu po prostu nie można dodrukować pieniędzy, skoro jest ich za mało.

Na każdym z tych Maków jest naklejka: "Współfinansowane z inicjatywy Unii Europejskiej dla obszaru..."

czwartek, 20 marca 2014

Przekleństwo Frankensteina (6/10)

Gothic Horror, 1957


XIX wiek. Do skazanego na śmierć przez ścięcie barona Frankensteina przybywa ksiądz, by wysłuchać jego historii. By poznać prawdę. By go uratować. Gdy był młody, baron odziedziczył fortunę rodzinną i wynajął nauczyciela, Paula Krempe, by ten przekazał mu całą swoją wiedzą. Dorosły Frankenstein miał już tylko jedną pasję: badania naukowe. Wraz z najlepszym przyjacielem Paulem dokonał przywrócenia do życia psa - to już był sukces, Paul był usatysfakcjonowany i chciał z tym dokonaniem podbić konwent naukowców. Dla barona jednak to był dopiero początek. Uważam, że samo przywrócenie do życia nie jest niczym specjalnym. Jednak tchnienie życia w obiekt, który nigdy żywy nie był... To już inna historia.

Nie wiedziałem dokładnie, czego się spodziewać - czy będzie to jakaś kontynuacja, a może historia potomka właściwego Frankensteina? Jak widać po opisie, jest to jedynie kolejna adaptacja znanej historii, jednak nie jest to w żadnym razie poważny minus. Ta wersja ma nie tylko ręce i nogi, opowiadając pełną fabułę bez żadnych niezrozumiałych momentów, ale przy tym stawia nie tylko na grozę ale i rozwój psychologiczny. Główny nacisk położono na motyw zbierania kolejnych "części", z których w finale zbudowany zostanie Potwór. Z początku będzie to "tylko" oznaczać kradzież ciała wiszącego na szubienicy. A potem odkupowanie na czarnym rynku dłoni słynnego rzeźbiarza, który niedawno umarł. Krok po kroku, baron zmierzać będzie w kierunku obłąkania, fanatyzmu na punkcie dokonana naukowego bez patrzenia na koszty, jakie inni przez niego poniosą.

środa, 19 marca 2014

Krawawa profesja (6/10)

Crime, 2002 


Terry McCaleb jest starszym detektywem, z wyrazem twarzy jakby właśnie wypalił jakieś kwaśne cygaro. Prowadzi grę z psychopatycznym mordercą, który bawi się z bohaterem, zostawia mu wiadomości. Opuszczając miejsce zbrodni uwagę McCaleba zwraca pewien człowiek, który natychmiast zaczyna uciekać gdy tylko zauważy, że jest obserwowany. Pościg pod nocnym niebem skończy się na kracie w ciemnym zaułku - ścigany się wdrapał na drugą stronę, a Terry złapał za stare serce i prawie zszedł na miejscu. Już tracił przytomność, już widział jak tajemniczy nieznajomy bez strachu cofa się i teraz to on jest tym, który obserwuje... ale bohater w ostatniej chwili wyciągnął z kieszeni ośmiostrzałowca, wsadził między kraty i zaczął strzelać w kierunku zbiega. Tak, jakbyście mieli wątpliwości, czy Clint Eastwood gra twardziela czy nie.

Dwa lata po tych wydarzeniach Terry dostał w końcu nowe serce i może odpoczywać w spokoju na emeryturze, pod słonecznym niebem, na pokładzie jachtu zacumowanego na przystani - do czasu, aż skontaktuje się z nim Graciella Rivers, siostra tej, której wyjęto serce by McCaleb mógł je przyjąć. Została zamordowana podczas napadu na sklep jako przypadkowa ofiara rabunku. Graciella chce wiedzieć, kto za tym stoi.

- Dlaczego mieszkasz na łodzi?
- Nie lubię kosić trawników.

wtorek, 18 marca 2014

Casablanca (8+/10)

Romance, 1942


II wojna światowa trwa. Victor Laszlo, przywódca ruchu oporu, ucieka do Ameryki - by to mu się udało, przybywa do Casablanki, gdzie Marsylianka miesza się z gestapowskimi mundurami. Razem z żoną odwiedza knajpę "U Ricka", gdzie ma nadzieję dobić targu i kupić nielegalnie pozwolenie na wylot. Listy jednak zaginęły, a jego żona okazuje się mieć wspólną przeszłość z właścicielem lokalu.

Oglądaliście "Adaptację", ten tytuł z podwójną rolą Mikołaja Klatki? Pamiętam, że kilka razy tam zaznaczono: "Casablanca - najlepszy scenariusz w historii". Ja napiszę, że to jedno z najlepszych połączeń przeróżnych wątków w jedną opowieść. Tło stanowi prawdziwa wojna, opowiedziana jednak w sposób, który niewiele wyjaśniał, co tak naprawdę wtedy się działo w Europie. Na to jest nałożony wątek osobisty, dwoje ludzi zakochanych w sobie, z czego nic nie wychodzi - to w retrospekcji, bo w teraźniejszości jesteśmy w Casablance, kilka lat później. On otworzył klub i zaczął pić, a ona weszła tam, spośród wszystkich lokali na świecie... ale nie sama. I tu dopiero jest formalnie główny wątek - przywódca ruchu oporu, który musi się przedostać na drugą stronę oceanu, i potrzebuje pomocy. Żaden wątek nie wybija się ponad inne na stałe, tworzą całość i na końcu wszystkie są równie istotne jak na początku.

poniedziałek, 17 marca 2014

No i co, doktorku? (7+/10)

Screwball Comedy, 1972


Do hotelu w San Francisco trafia doktor Howard Bannister, mający w planach zabiegać o stypendium w dziedzinie muzykologii. Taszczy ze sobą walizkę pełną kamieni i tylko to go martwi. Za okularami widać u niego wymuszony spokój. Towarzyszy mu jego narzeczona - Eunice Burns, nieco władcza kobieta, która cały czas mówi Howardowi co ma robić. W innym wypadku będzie... bardzo niezadowolona. Już wiecie, skąd u niego ten wymuszony spokój. Eunice ciągnie ze sobą zwykłą walizkę z ubraniami - czemu o nich w ogóle piszę? Bo każda z postaci ma tu jakąś walizkę. Wszystkie są identyczne, każda ma inną zawartość i tylko kilka osób wie, o co chodzi w tej grze, a widz się do nich nie zalicza. Na to wszystko wdrapuje się Judy Maxwell, która z jakiegoś powodu będzie robiła, co tylko jej się zachce. Poda się za żonę Howarda i nie odpuści. Włamie się do jakiegoś pokoju i odmówi opuszczenia go. Będzie wymyślać niestworzone historie, a na koniec własnoręcznie obróci w pył pół miasta.

Nie spodziewałem się aż tak dobrej komedii. Tak pomysłowej, zwariowanej, szybkiej i uroczej. Od początku było widać zamiary twórców, chociaż to wtedy tytuł zaliczał najwięcej "minusów". Najwięcej było wtedy pustych scen pozbawionych gagów, najłatwiej było się wtedy zgubić. Przeszkadzał mi brak wprowadzenia w postać Judy, nie nadążałem przy scenach z walizkami i szybko zaczęło mi przeszkadzać, że nie wiedziałem o co im chodzi i o co toczy się gra.

(książka) Hymn

Science Fiction, 1938



Nie czytałem tej książki od razu po zapoznaniu się z wcześniejszymi wydaniami Ayn Rand. Chciałem to mieć przed sobą. Odłożyłem to na przyszłość. Traf chciał, że znalazłem ją w bibliotece po przeprowadzce. Ma ona 90-kilka stron, z czego ponad 20 pierwszych to przedmowa. Jednego dnia wypożyczyłem, drugiego oddałem. Mniejszy format ma tu zapewne znaczenie, ale sam styl opowiadania jest nieco lżejszy niż w takim "Atlasie zbuntowanym", który przy pierwszym podejściu czytałem z prędkością 10 stron na dzień. "Hymn" ma styl przywołujący na myśl dziennik - narracja z pierwszej osoby, krótkie akapity przedzielane od siebie wyraźnie niczym wpisy do pamiętnika. Nie ma tu też realistycznej i rozbudowanej konstrukcji, w której filozofię obiektywizmu ubrano w postaci z krwi i kości, żywy świat i potężną historię. Zamiast czasów współczesnych, pozbawionych jednak znaków szczególnych (wydarzenia opisane tam mogłyby się rozgrywać i dziś), w "Hymnie" skonstruowano wizję przyszłości, postawiono na symbole luźno połączone solidną fabułą, która jednak była tylko pretekstem. Skutkiem potrzeby opowiedzenia o etyce.

niedziela, 16 marca 2014

Rabusie pociągów (7/10)

Western, 1973


"Siedmiu wspaniałych" od tyłu, czyli wdowa po przestępcy postanawia odnaleźć zrabowane złoto i zwrócić je kolei, której je odebrano. Jest tego pół miliona, gdzieś na pustyni - tylko ona zna dokładny kierunek. Wynajmuje kilku ochroniarzy, by jej towarzyszyli, za 10% znaleźnego. Po drodze przeszkodę będzie stanowić pokusa - przejść na drugą stronę i przygarnąć całą kwotę? Nie tylko dla owych ochroniarzy, ale i dla wdowy samotnie wychowującej synka. Największe zagrożenie jednak ciągnie się za nimi - anonimowy tłum, niczym cień, czający w bezpiecznej odległości, czekający aż bohaterowie trafią na złoto...

To od początku miła niespodzianka - pierwsza scena na stacji, czołówka i opening, przypominają pewien słynny western, jednak nie ma tu mowy o plagiacie. Grupa ochroniarzy to kupa zabawy, bo i cała opowieść należy do porządnego męskiego kina. Postoje przy ognisku na środku niczego, pod rozległym niebem, kawa z poniewierowanego dzbanka, i tylko jedna kobieta. Sceny strzelanin zrealizowano bardzo dobrze - nie ma tam chaosu, za to postawiono na powagę, a nawet odrobinę taktyki. Bohaterowie są świadomi pościgu i cały czas się do niego prrzygotowują. Nie ma tu strzelania po ścianach i siedzenia cały czas w jednym miejscu przez 5 minut, po czym bitwa się kończy. Zamiast tego są dynamiczne, prawdziwe i soczyste. Tak jak powinno być.

sobota, 15 marca 2014

Wyścig szczurów (7+/10)

Comedy, 2001


Bardziej gdybanie na temat tego tytułu niż opis wrażeń z oglądania. Spoilery.

To jeden z tych filmów, na które wciąż czekam, by ktoś nakręcił nową wersję. Kolejny "Ten szalony, szalony świat" oraz "Wielki wyścig". To tego typu filmu powinny się pojawiać w każde lato - opowieść o grupie ludzi ścigających się, by dotrzeć w określone miejsce w jakikolwiek sposób dadzą tylko radę. Nie ma żadnych reguł, do tego wszelki realizm trzyma się zasad z kreskówki - czego chcieć więcej? Hmm...

Póki co "Wyścig szczurów" jest jedyny i najlepszy. Ten tytuł nie zawodzi na żadnym polu - fundament fabuły, projekty postaci, skacze, zróżnicowanie tempo, nawet ta dziecinna czołówka... Nie tu przestojów, nie ma (prawie w ogóle) słabych żartów, nie ma chwili, by gdzieś czegoś zabrakło. Co chwila pojawia się coś nowego, coś zaskakującego, coś idealnie pasującego do okazji... chociaż może być trudno dać temu wiarę. Nie ma tu tż jednego typu humoru. Czego chcieć więcej? Hmm...

piątek, 14 marca 2014

Ciemna strona sławy (7/10)

Drama, 1965


Historia w "Inside Daisy Clover" opowiada o dziewczynie, którą zauważył ważny potentat filmowy. Dostała szansę by uciec od swojego życia w przyczepie, wspólnego mieszkania z szurniętą matką którą trzeba by było oddać do domu opieki. Dostała szansę, by śpiewać przed kamerą i zostać gwiazdą.

Gdy widz poznaje Daisy, widzi żywiołową i agresywną postać: gdy pewien chłopak będzie się do niej dobierać, ona wyprowadzi go kopniakami. Pod tym wszystkim widać jednak wrażliwą dziewczynę, głupią i zawiedzioną życiem jakie przyszło jej prowadzić. Za to w swojej pierwszej roli... jest zupełnie inna. Jest gwiazdą. Pewną siebie, żywą reklamą. Ten kontrast jest motywem głównym tego tytułu, a reżyser idzie jeszcze dalej: konfrontuje widza z takimi sylwetkami jak Myrna Loy albo Fred Astaire i wielu, wielu innych. Wszyscy na ekranie zdają się przypominać Daisy, ale tylko tę ekranową. A na tym to się nie kończy, bo idąc dalej można zobaczyć pewną drugoplanową postać, która z początku wydaje się całkowitym przeciwieństwem biednej i gryzącej Daisy. Wydaje się damą z wyższych sfer. Ale wystarczy tylko dać jej się napić, by pokazać, ile naprawdę jest między nimi różnicy. "Ciemna strona sławy" to opowieść o tym, jak w Hollywood działa system gwiazd. O tym, dlaczego celują w takie, które wydają się zwykłe i pospolite... By zawsze miały świadomość, że łatwo będzie je zastąpić, gdy nie będą się słuchać. A po co to? Wystarczy posłuchać oklasków po pierwszym występie tego, co świat będzie potem nazywać jako Daisy Clover...

(felieton) Okazało się, że jestem poważnie chory.. tak jakby

Tak bardzo, że to nawet wystarczyłoby, aby otrzymać doraźną pomoc na walkę z ową... przypadłością. Bo skoro na walkę z nadwagą można przeznaczyć kasę z NFZ, to czemu nie na walkę z niedowagą? Domagam się dotacji z Unii, by postawili w moim mieście Big Kahuna!

Jakby ktoś nie wiedział - niedowaga jest wtedy, gdy ktoś waży za mało w stosunku do swojego wzrostu. I to oczywiście nie jest choroba, tylko połączenie genów z przyzwyczajeniami. Mógłbym ważyć więcej, ale jestem przyzwyczajony do tego, ile jem, i to mi wystarcza. I co w tym złego? Nic? To czemu tak się palicie, by walczyć z otyłością?

Trzeba tu wyszczególnić dwa rodzaje grubasów - do pierwszego zalicza się wszystkich normalnych, a do drugiego wszystkich wariatów, którzy całą energię pożytkują nie na ćwiczenia tylko na to, by nazywać ich wyłącznie "puszyści" (są jeszcze dwa podgatunki, czyli dziewczyny i ci wyszczególnieni przez Rorshacha, ale nie będę się rozdrabniać). I z czym tu walczyć? Pierwszym to pasuje, w drugim wypadku to nie z ich wagą trzeba walczyć, tylko charakterem. Bo to plaga polskich szkół? Wiecie co nią naprawdę jest? Nauczyciele, którzy nie wiedzą, po co uczą.

Ale dobrze, załóżmy, że "oni" naprawdę nie są niczego z tego świadomi, ich intencje są prawdziwe, i naprawdę chcą uleczyć "plagę otyłości", bo ktoś im wmówił dawno temu, że życie prywatne drugiej istoty ludzkiej to coś, w co rząd może ingerować z czystym sumieniem. Wiecie, co pomoże? Likwidacja takich organizacji jak NFZ, które sprzedają moratorium na odpowiedzialność, w tym wypadku rodziców względem ich potomków. "Podpisz tutaj, daj tyle i po wszystkim, to już nie twoja wina... Weźmiemy pieniądze, których nie zarobiliśmy, nazwiemy to chorobą i wszystko będzie cacy, sumienie będziecie mieć czyste... Wszystko na koszt tych, którzy pracują i nie są grubi, oczywiście. To małym druczkiem? To zapewnienie, że nie będziecie się przyglądać temu, co robimy z resztą pieniędzy przez najbliższe 12 miesięcy".

czwartek, 13 marca 2014

THX 1138 (6/10)

Dystopian, 1971


Ludzkość zeszła do podziemi i rządzą nią komputery, które wyzbyły z ludzkość człowieczeństwo, ładując w nich przeróżne lekarstwa by ich otępić, oraz zmechanizowali im życie, sprowadzając je do prostych czynności i bodźców. Są niewolnikami zbudowanymi na wzór człowieka. Bohaterem tej opowieści jest tytułowy THX 1138, który poprzez zaniechanie przyjmowania prochów stawał się coraz bardziej świadomy... aż podjął decyzję, by zacząć walczyć.

Jak to piszę, to wydaje się znane i schematyczne, ale o dziwo takie nie jest podczas samego oglądania. Tak, przeszkadzała mi schematyczność i ogólnikowość (zabrano człowieczeństwo, ale co nim było? Nie wiadomo), jednak ogólne wrażenia są zaskakująco pozytywne. Okazuje się, że George Lucas był ogarnięty reżyserem, który umiał się posługiwać obrazem. "THX 1138" ma zaskakująco mało dialogów, ale obfituje w sugestywny klimat. Gęsty, nieokreślony, trącący momentami surrealizmem lub konwencją snu. Wszystko to bardzo sprawnie zrealizowane - nie jest to kino tanie lub amatorskie, scenografia jest idealna i nie kojarzy się z badziewnymi dekoracjami. Efekty dźwiękowe nie przywołują na myśl kiczu z "Seksmisji", a w głównej roli obsadzono Roberta Duvalla! Nie ma tu jasno wyłożonej historii, narratora zastąpiono bardzo dobrą narracją obrazem. To tym bardziej imponuje, bo z czasem pojawiają się nietypowe sceny, choćby pełna akcji końcówka - i wszystko to płynnie zespojono w jeden film. Niezbyt oryginalny, nie mający może wiele do powiedzenia, ale pokazują talent ludzi, którzy przy nim pracowali.
http://rateyourmusic.com/film/thx_1138/

środa, 12 marca 2014

Nagroda (6/10)

Political Thriller, 1963

Szwecja. Niedługo mają zostać przyznane Nagrody Nobla. Andrew Craig to pisarz, który podejrzewa, że jeden z laureatów nie jest tym, za kogo się podaje. Rozpoczyna śledztwo, które szybko przynosi okrycie morderstwa, w którym ciało znika, a główny bohater nie ma żadnych dowodów by policja chciała mu uwierzyć. Ktoś zaczyna dybać na jego życie. Co zrobić?

Nie wiem, na ile to może przyjść na myśl z czytania opisu, jednak w oglądaniu - to klon "Północ, północny zachód", po wyjęciu motywu z podejrzewaniem bohatera przez policję o bycie przyczyną wszystkiego. Ale już scena, w której za drzwiami stoją przeciwnicy, a bohater boi się wyjść, jest identyczna do sceny aukcji w filmie Hitchcocka. Zamiast tej durnej sceny na polu jest świetna scena na moście (po zmroku!), z bohaterem nie mogącym prawie żadnych ruchów, a samochód jeździ w te i we wte, próbując go zabić albo zmusić do skoku... super scena!

Pomimo świadomości w liczbie podobieństw, oglądało mi się to naprawdę nieźle. Fabuła kryminalna wciąga, humor bawi, Paul Newman jest sympatyczny, klimat zaszczucia miejscami bezbłędny - a półfinał na statku lepszy być nie mógł.
https://rateyourmusic.com/film/the_prize/

wtorek, 11 marca 2014

Calamity Jane (4/10)

Western & Musical, 1953


Deadwood City to mała miejscowość na pustyni Dzikiego Zachodu. Jedyną rozrywką - poza piciem - jest tu zbieranie kart z artystkami, dołączanych do paczek papierosów. W miejscowym saloonie właściciel zapowiedział występ głośnej gwiazdy, jednak na jego miejsce przybywa... gwiazdor. A bez biustu na scenie występy nie są wiele warte. Próby przebrania go za kobietę niewiele dają, a rozwścieczony tłum już chce odchodzić... jednak Calamity Jane strzela w sufit i drze ryja, obiecując pomoc właścicielowi. Sprowadzi tu o wiele większą gwiazdę. Ba, największą! Prosto z Chicago! Tam jednak dochodzi do nieporozumienia i zamiast sławy ściąga jej służbę.

"Calamity Jane" to musical, której najjaśniejszym punktem jest główna bohaterka. Chłopczyca, pełna energii i pozytywnego podejścia do wszystkiego wokół, z manierą typowego kowboja. Jedna piosenki dają radę, szczególnie w połączeniu z żywiołowym układem tanecznym - ale 18 kolejnych kawałków nadaje się tylko do przewinięcia. Bohaterka z początku rządzi, bawi się aż miło patrzeć, zarówno w sekwencjach tanecznych jak i fabularnych. Dystans energia oraz humor, można ją polubić. Ale potem wpada na chorobę "Hancocka" i stwierdza, że powinna być bardziej kobieca, zazdrości innych damom urody, postanawia się zmienić, inaczej ubierać... zakochać się i być laską. Przynajmniej oszczędzono jej makijażu.

Fabuła od początku przynudza - czytając sam opis można usnąć, a potem jest raczej gorzej niż lepiej, bo wątki z początku szybko się kończą, i zaczęło się dopisywanie (wspomniany dupny rozwój głównej bohaterki). Im bliżej końca tym opowieść staje się głupsza. Szczególnie zakończenie. Wszystko to przerywane okazjonalnie sympatycznym momentem, piosenką, jakimś szczegółem... lubicie np. sceny w teatrze, gdy osoba na najwyższym balkonie gada z osobą ze sceny? Bo ja tak.:)
https://rateyourmusic.com/film/calamity_jane/

poniedziałek, 10 marca 2014

Frisco Kid (6/10)

Buddy, 1979


Polski Żyd Avram został przydzielony do San Francisco - wyrusza w podróż, by dostarczyć im Torę i pozostać tam na stanowisku rabina. W Filadelfii rozpoczyna swoją odyseję przez całą Amerykę, spotykając na swojej drodze bandytów, Indian oraz pewnego sympatycznego rabusia. W roli głównej legendarny Gene Wilder będący w formie, razem w duecie z młodym Hanem Solo.

To przede wszystkim bardzo udane kino gatunkowe w każdym aspekcie: kino drogi, przygodowe, buddy, komedia, czarna komedia, western, slapstick... To nie jest tradycyjna opowieść o podróży - są momenty beznadziejne, kilka razy bohater będzie musiał się zatrzymać by zarobić na dalszą drogę. Wątki z początku powracają, a gdy Harrison Ford odegra swoją pierwszą scenę... zniknie na kilka następnych. Nie ma tu schematu "spotkali się i razem podróżują". Podoba mi się, ile zawartości ma tu coś wspólnego z kulturą Avrama. Bohaterów gonią rabusie, są na środku pustyni, a co żyd robi? Zsiada z konia, bo szabas. Podczas ucieczki przed Indianami gubi torę, więc się wraca. Jest też coś dla fanów Claya Davisa z "The Wire".

Mogę wytknąć, że to tytuł, który miał zapewne pewien "podtekst" w pokazywaniu przyjaźni kowboja i przybysza Żyda, ale mało mnie to obchodzi. Mogłoby mi przeszkadzać, że w scenach w Polsce pokazani są wyłącznie Żydzi, ale... przeżyję. "Frisco Kid" jest sympatycznym i satysfakcjonującym kinem przygodowym. Bawiłem się nieźle, a następnego dnia wróciłem do niego.
https://rateyourmusic.com/film/the_frisco_kid/

"Trudno wytłumaczyć, czemu Żydzi nie jeżdżą w sobotę. Ani dlaczego sobota zaczyna się w piątek"

niedziela, 9 marca 2014

Witaj w klubie (7+/10)

Drama, 2013


Południe USA, lata 70-80'te. Ron Woodroof to zasadniczo przedstawiciel białej hołoty. Uprawia hazard, mieszka w przyczepie, nienawidzi pedałów. Do tego ćpa, chleje, dupczy i nie ma brody. Pracuje jako elektryk - w czasie wykonywania zawodu poraził go prąd - po przebudzeniu w szpitalu usłyszał wyniki badań krwi: jest źle. Doktor dziwi się, że ten wciąż żyje! Ma AIDS i dają mu najwyżej 30 dni życia... I tu się zatrzymam - bo jeśli myślicie, że to opowieść o czekaniu na śmierć, docenianiu życia i wewnętrznej przemianie... To się grubo mylicie. Nawet Obeliks by się tu ze mną zgodził. Fabuła "Dallas Buyers Club" jest olbrzymia, rozpisana jak serial, z wprowadzaniem różnych postaci i przedmiotów, powracaniem do nich, ciągła zmiana stylu niczym w "Psychozie" (kino drogi, psychological drama, legal drama). A do tego trwa tylko dwie godziny! Historia ciągle zaskakuje, utrzymując przy tym bardzo dobre tempo. Nie ma tu wprowadzenia w ciągu 10 minut - czym jest tytułowy klub dowiecie się prawie w połowie seansu!

Wielka zasługa w tym wszystkim głównego bohatera, który zrobi wszystko byle tylko przeżyć - brzmi banalnie, ale różnica jest taka, że on to naprawdę zrobi. Gdy usłyszy, że w szpitalu zaczęli testować nowy lek dla chorych, nawiąże kontakt z pielęgniarzem, by mu kradł ze szpitala. A gdy okaże się, że owe leki nie są zbyt skuteczne, a badania tego dowodzące nie zostaną opublikowane w Stanach?... Co w tej sytuacji może zrobić bohater taki jak Ron? Oczywiście pozostanie sobą.

sobota, 8 marca 2014

Kotka na gorącym, blaszanym dachu (8+/10)

Melodrama, 1958


Nowy Orlean. Plantacja bawełny i bogaty, starszy właściciel. Niedługo ma wrócić z kuracji po pewnym poważnym... incydencie. Jego dwaj dorośli synowie już na niego czekają w rodzinnej posiadłości wraz ze swoimi rodzinami - żonami i dziećmi. W planach jest spore przyjęcie - a co się za nim kryje? Walka o to, kto dostanie spadek. Testament wciąż nie został sporządzony, więc kwestia niby pozostaje otwarta. W grę wchodzi olbrzymi teren i nie tylko. Cooper słuchał się ojca we wszystkim, i wyrósł jak było spodziewane: został prawnikiem, ma mnóstwo dzieci i kolejne w drodze. Brick kiedyś był sportowcem, a dziś... jest alkoholikiem. W kwestii jego relacji z żoną - nie można wiele powiedzieć. Coś się stało, to jest pewne. Coś, co ich bardzo oddaliło od siebie. A jednak są ze sobą. Ona ma na imię Marge i ma zamiar walczyć o ziemię. Brickowi to zwisa. Jest chory. Na co? Wieczór wyjaśni to i wiele więcej.

"Kotka na gorącym, blaszanym dachu" to prawdziwy wzór. Jest tu wszystko co typowe dla tego gatunku: piętrowe dialogi, teatralność, gęstość emocji - ale wychodzi w tym wszystkim naturalnie. Nawet burza za oknem nie kojarzy się z kiczem tylko... jakoś stapia się ze wszystkim. Bohaterowie prowadzą prywatną rozmowę w pokoju, ale reszta świata w tym czasie nie zamiera w bezruchu. Każda z postaci żyje i prowadzi swoją oddzielną drogę. Nawet o tę prywatność wcale nie jest tak łatwo. Perfekcyjnie zaadaptowano tę sztukę teatralną na ekran - wykorzystując mnogość planów oraz trójwymiarowość otoczenia, kamera nie obserwuje wszystkiego z boku. Wolała wejść i dostrzec wszystko, czasem wbrew bohaterom, którzy chcieli co i tamto ukryć.

piątek, 7 marca 2014

4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni (8+/10)

Drama, 2007


Z początku niewiele wiadomo. Widz znajduje się w rumuńskim akademiku, widzi dwie studentki mieszkające ze sobą. Ona źle się czuje, ale trzeba COŚ zrobić, więc druga wychodzi by się tym zająć. Z pozoru nieistotne zdarzenia powoli układają się w całość. Tu coś kupić, w hotelu zarezerwować pokój, bo były problemy z rezerwacją telefoniczną w innym, i teraz muszą wykombinować jakikolwiek... To co rzuciło mi się w oczy to budowanie świata w jakim bohaterki żyją. Z tego co słyszałem, nie są to obecne czasy, tylko przeszłość - nie znam jednak historii tego kraju, więc o szczegółach nie napiszę. Mi chodzi o pokazanie tego wszystkie, podkreślenie różnic. Bohaterka jedzie autobusem, z tyłu ogłasza się kanar. Ona zaczyna się więc przeciskać do przodu, szepcząc do pasażerów, czy nie mają może zapasowego biletu. I go wtedy dostaje. Jeszcze w akademiku zagląda do pokoju znajomego... by kupić mydło i papierosy. Pokazane zostają ulice, samochody, zwyczaje, wszystko "przy okazji", gdzieś na uboczu, jako dodatek. Ale jest w tym pewien cel: uzasadnienie kolejnych wyborów bohaterek, i dodanie powagi, w jakiej się znajdą.

Nie chcę pisać, o co tu chodzi, i do czego bohaterkom apartament w hotelu. Jestem przekonany, że na papierze brzmiałoby to co najmniej banalnie. Na ekranie jednak można obserwować martwą powagę na twarzach postaci. Nie ma tu miejsca na udawanie - każda z nich robi co może, by znać pełny obraz sytuacji. Nie ma tu nieścisłości, tylko suche fakty: to jest nielegalne. Takie będą konsekwencje. Tyle lat więzienia grozi za to i za to. A takie są opcje. Tylko takie. Nawet przez moment nie przeszło mi przez głowę: to tylko film! Bo to bardzo poważny obraz, opowiadający precyzyjnie każdy detal, by zatrzeć tę granicę pomiędzy widzem i jego przyzwyczajeniami. W kinie każdy problem może wydać się banalny, jednak w życiu jest inaczej. I to zostało zatarte. Jak na standardy kina konflikt główny jest taki... zwykły. Codzienny. Ale jest tak sugestywny, jakby oglądający siedział tam razem z bohaterami, i musiał podjąć za nich decyzję. Jak w życiu. Niespotykane osiągnięcie.

Chciałbym pochwalić jeszcze zdjęcia. Wzór dla kręcenia z ręki, by "udawać" realizm. Złudzenia naturalizmu jest niemal kompletne.
https://rateyourmusic.com/film/4_luni__3_saptamani_si_2_zile/

(felieton) Zmiany w życiu

Jeśli zastanawialiście się, czemu złamałem rutynę tego bloga i zacząłem opisywać wrażenia z seansu całkowicie przypadkowych filmów... To zacząłem być przetrzymywany zgodnie z własną wolą, za opłatą, w piwnicach pewnego budynku, przez pięć dni w tygodniu. Chandleryzmy użyte wyłącznie w celi ubarwienia tekstu, bo nie mam zamiaru narzekać - robota jest w porządku, pracuję sam, robię to dobrze. Nie wyrabiam dupogodzin przeglądając Internet. Jestem zadowolony z faktu, że to robię.

Nie miałem z początku komputera, z Internetu miałem możliwość korzystać wyłącznie w bibliotekach publicznych. Wyrobiłem sobie inny tryb życia, podparty wyciąganiem książek i dawaniem im szansy, chociaż pierwszy raz widzę je na oczy. W podróż wziąłem ze sobą tylko jedną książkę, tę moją ulubioną. I dobrze, bo w tym mieście nie ma jej w wypożyczalniach. Chciałem sprawdzić, czy jest "Fundacja" Asimova - nie było. Wziąłem "Równi bogom", bo tytuł pierwszej części brzmi "Przeciw głupocie".

Poza tym mam niezłe warunki do oglądania telewizji. Kiedyś lubiłem oglądać przypadkowe tytuły na TCM, wróciłem do tego. Nie mam programu telewizyjnego, nie mogłem sprawdzać nic w Internecie, więc po prostu patrzyłem na to co było i dawałem temu szansę. "Chiński syndrom"? Skąd ja to wziąłem niby? Na notkę o "Darmozjadzie polskim" wciąż nie mogę się zebrać - słyszeliście o tym tytule? To ode mnie usłyszycie. Wkrótce.
Powtarzam też sporo. Widziałem dwa razy "Willy'ego Wonkę". Nie pamiętałem, co spotkało człowieka który dostał wszystko czego pragnął - a i piosenki mniej przeszkadzają. Z trzy razy natknąłem się na fragmenty "Obywatela Kane'a" - chyba dopiero teraz zaczynam kwestionować ten tytuł. Jakoś nigdy wcześniej nie zadawałem sobie pytań: czemu on zdemolował ten pokój? Czemu zmusił Susan Alexander, by śpiewała? Widziałem godzinę "Epidemii", w końcu po 10 lat wróciłem do tego tytułu. Nie pamiętałem, że opening był tam taki dobry... Dlatego nie porządkuję tego. Nawet jakbym miał Internet - a mam, pożyczony na kilka dni - nie chciałoby mi się tego pomijać na rzecz tego, co sobie miesiąc temu ustaliłem, że teraz powinienem obejrzeć. Prędko więc nie dokończę roczników 1924 i 1937. Z opiniami o nowościach też będzie kiepsko - do kina mam obecnie kawałek drogi. Autobusem.

czwartek, 6 marca 2014

Złodziej na kolacji (6/10)

Comedy & Thriller, 1973


Poznajcie Webstera, który postanowił zostać uczciwym złodziejem - publicznie określa się jako specyficzny biznesmen na emeryturze. Na miejscu rabunku zawsze zostawia kartkę z zapisem ruchu szachowego, przez co pewien dziennikarz zarzuca mu dyletanctwo i brak pojęcia o tej grze. Inspektor prowadzący dochodzenie proponuje mu, by zagrał partię ze słynnym przestępcą.... tak, w skali makro pomysły na historię są - delikatnie mówiąc - cienkie (do wspomnianego pojedynku dochodzi jeszcze normalne śledztwo oraz relacje Webstera z byłą żoną i zagadka: czemu zaczął kraść). Jednak to w skali mikro "Złodziei na kolacji" kryje swój urok.

Piszę tu o nadprogramowych drobnostkach, krótkich ujęciach i małych kroczkach wypełniających tę fabułę akcją na przeróżne sposoby. Film nadal miałby sens, fabuła byłaby logiczna bez nich i na pozór nic by nie straciła. Jednak dzięki nim tak dobrze się to ogląda: złodziej biegnie nocą by okraść dom i włączają się zraszacze. Po włamaniu słyszy nadjeżdżający samochód - myśli, że to właściciel i się przyczaja, jednak to tylko nastolatkowie podjechali na ubocze by się całować. I co bohater wtedy robi? Podchodzi, świeci po oczach i udając właściciela grozi policją. Jest nawet coś dla fanów "fuck scene" z "The Wire" - sekwencja włamu podczas której pada tylko jedno słowo. Ale za to kilka razy.

Oczywiście pozostaje kwestia - na ile to starcza? Na papierze wszystko brzmi gorzej na obrazie, jednak niewiele to zmienia. Z pewnością nie na cały film. Rozwój całej fabuły nużył mnie, a zakończenie spokojnie mógłbym przespać i potem nie żałować. Wtedy pozostaje tylko główny bohater - negatywny, pozytywny? Z pewnością bardzo bawiący się całą sytuacją, czerpiący przyjemność z bycia ściganym i podejrzewanym, z ośmieszania władz. Do tego jest pełny energii i zawsze robi to, co trzeba, by dać filmowi kopa. Fajny film, ma swoje momenty.
https://rateyourmusic.com/film/the_thief_who_came_to_dinner/

środa, 5 marca 2014

W 80 dni dookoła świata (5/10)

Adventure, 1956


Trzy godziny adaptacji powieści Verne'a z XIX wieku. Anglia, przy spotkaniu w klubie ktoś rzuca mimochodem: "Teraz da radę okrążyć świat w 3 miesiące!" a bohater dorzuca: "W 80 dni". Teraz jak o tym piszę to co komu po 10 dniach różnicy przy podróżowaniu osobowym? Przecież nie chodziło o transport towarów... W każdym razie, towarzysze rozmowy przyjmują zakład i bohater teraz musi udowodnić swoje racje. Wsiada więc w pociąg. A potem w następny...

Ta podróż była zaskakująco monotonna. Nie wiem, gdzie był element obliczeń, bo bohater po prostu parł przed siebie w najbliższy możliwy środek transportu, po czym siadał i grał w karty, czekając. Po drodze brak ciekawych wydarzeń (nie licząc cameo takich nazwisk jak Lorre, Dietrich lub Keaton). Brakuje powodu, by widza obchodził wynik zakładu. Brak interesujących wątków pobocznych. Brak wyzwania. Jechać pociągiem każdy potrafi, kogo na to stać.

Ja wiem, Verne i wizjonerskie spoglądanie w przyszłość. Spory kawałek planety w jednym filmie też pokazano, to jednak dziś nie robi wrażenia, i nijak nie zastępuje dramaturgii lub ciekawych postaci (główny bohater ma zero osobowości). I jeszcze irytująca końcówka! Nie sądziłem, że da się napisać dialog składający się z 5 zdań, by każde kolejne wywoływało większą chęć sprzedania fikcyjnej postaci kopa w zadek. A potem jeszcze się rozkręcają...

Plus Shirley MacLaine, która była jeszcze za młoda, by siebie przypominać.
https://rateyourmusic.com/film/around_the_world_in_eighty_days/

wtorek, 4 marca 2014

Chłopiec z zielonymi włosami (6/10)

Drama, 1948


Tym razem kino leczy z urazu powojennego... u dzieci. Łysy dzieciak trafia na posterunek i odmawia zeznań. Skierowali do niego psychologa, który namawia młodego, by ten opowiedział, co się stało. Okazuje się, że będzie słuchać historii całego życia sieroty, który stracił rodziców na wojnie. Woleli zostać tam i chronić tamte dzieci niż wrócić do Ameryki. Bohater trafił do dziadka, pracującego jako śpiewający kelner. Pewnego dnia, tuż przed wyjściem do szkoły, okazuje się, że ma zielone włosy...

Z początku myślałem,żę to historia o tym, że rudzi są przecież normalni. Nie żebym rozumiał takich, co mają wstręt do rudzielców, ale ponoć tacy są i film chciał pomóc im w ogarnięciu się. Po zdarzeniu w szkole dzieci kpią z bohatera, "obawiają się" go i myślą, że ten zaraża czymś. Generalnie cała opowieść rozwijała się w kierunku: "każdy dzieciak ma coś, z czego inni mogą kpić" (okulary, długie włosy). Złapałem się za głowę gdy twórcy próbowali mi wcisnąć, że bohater to Mesjasz mający ogłaszać wszystkim, jaka wojna jest zła, i te włosy są tego symbolem. Serio do tego w pewnym momencie doszło. Nie wiedziałem wtedy, co tak naprawdę oglądam. Nawet w kwestii gatunku: komedia? Dramat? Familijny? Fantasy? Bajka? Coming of age? Różne sceny miały inny wydźwięk, w całość łączyło się to dziwnie.

Zakończenie przyniosło odpowiedź: to kino leczące z traumy powojennej. O dzieciach i dla dzieci, które ledwo potrafią zrozumieć zjawisko śmierci, a nazwanie ich sierotą powojenną odbierają jako obrazę. I zrobiono to w stylu, który dzieciom naprawdę powinien przypaść do gustu - zwróćcie uwagę, jakie dobrze napisano tu relacje dorosłych z młodym bohaterem, jak wiele w nich ciepła i zrozumienia. Dla mnie jako człowieka starszego było to już trochę dziecinne kino, o milimetry ocierające się o to, by w którymś momencie ktoś zaczął śpiewać. Ale jak ktoś ma dziecko w potrzebie - "Chłopiec z zielonymi włosami' wydaje się pasować na taką okoliczność.
https://rateyourmusic.com/film/the_boy_with_green_hair/

poniedziałek, 3 marca 2014

...tick...tick...tick.... (7/10)

Drama, 1970


Amerykańska prowincja lat 70-tych. Mieszkańcy wybrali czarnego szeryfa. Nastroje w miasteczku są nieciekawe - wielu śmieje się z białego poprzednika, że pozwala się zastąpić czarnuchem. Brzmi oklepanie? Efekt jest jednak interesujący z powodu bohatera, który po przyjęciu odznaki nie ma zamiaru nikogo faworyzować. A to nie podoba się... czarnym. Przestają uważać go za brata i stają się niemal większym problemem niż biali. W końcu czarni też mogą być rasistami i popełniać przestępstwa wobec swoich ludzi. A to jedynie początek...

Nikt tu nie umiera i nikt tu nie cierpi na pokaz za swoją rasę, a mimo to dramaturgia jest naprawdę dobra. Szczególnie sceny typowej akcji - pościgi za zbiegiem z miejsca wypadku i bójki, trzymają w napięciu jak trzeba. Mało naturalny jest tutaj tłum - zawsze jest na miejscu. Gdy nowy szeryf wychodzi z domu, by objąć urząd, stoją tam by wiwatować. Gdy na posterunku coś się dzieje, stoją przy wejściu, by patrzeć na niego wilkiem. Jakby nie było w tym miasteczku nic do roboty poza statystowaniem w każdej scenie.

Epilog może przynieść wrażenie przesady, zbyt zachowawcze, ale i je kupiłem. Patrząc z perspektywy na ten tytuł, nie była to jednak opowieść o tym, że czarnym było wtedy źle. Im też, ale to raczej opowieść o tym, że wtedy w ogóle było źle. Dla wszystkich. I to mi się podoba.

Plus zawsze dobrze zobaczyć George'a Kennedy'ego. Póki wciąż żyje.
https://rateyourmusic.com/film/___tick___tick___tick___/

niedziela, 2 marca 2014

Nieznajomy nad jeziorem (4/10)

Crime & Queer Cinema, 2013


Spora część seansu to akty seksualne. Z jednej strony nie ma tutaj normalnego porno, z penetracją, trwającego pół godziny. Z drugiej strony są wytryski, obciąganie, penisy są na widoku przez co najmniej połowę filmu, w tym lub innym stanie, a całą resztę pokazano bardzo wymownie. Dobrze wiedzieć, że geje mogą się kochać inaczej niż od tyłu. Nie wiedziałem.

Swoją drogą, najlepiej bawiłem się, wyobrażając sobie reakcję typowego, stereotypowego Polaka, idącego do kina na niezależne, artystyczne kino, gardzącego tymi wszystkimi wielkimi produkcjami zza oceanu... a tu taki feler. Pracownicy kin będą te wieczory wspominać przez 20 lat, założę się.

Pierwsza połowa to w zasadzie wyłącznie budowanie relacji między postaciami. W połowie nałożono na to wątek kryminalny, który co prawda w ogóle nie pasuje, ale sprawdza się lepiej niż inwazja kosmitów albo tsunami. Na koniec i tak nazwać to fabułą bardzo trudno. Tak czy inaczej - nudziłem się, a półtorej godziny seansu zleciało mi bardzo powoli.
https://rateyourmusic.com/film/l_inconnu_du_lac/

sobota, 1 marca 2014

Sceny zbrodni (7+/10)

Documentary, 2012


"War crimes are defined by the winners. I'm a winner. So I can make my own definition."

"Act of Killing" nawiązuje do antykomunistycznej czystki w Indonezji w latach 1965-1966. Odpowiedzialni za to nigdy nie zostali ukarani, wręcz przeciwnie. Ten dokument to opowieść o "złych gościach", którzy wygrali, uniknęli powszechnego potępienia, i o tym, jaką przyszłość zbudowali. Stali się cenieni w swoich kraju, a gdy Joshua Oppenheimer przyszedł do nich z propozycją nakręcenia filmu fabularnego o tamtych czasach, zgodzili się z ochotą. Włożyli wiele wysiłku w zorganizowanie tego wszystkiego, z pasją planowali scenariusz, zabierali operatora w miejsce, gdzie zabijali pół wieku wcześniej, i jak to robili.

Strasznie dziwny seans. Podchodziłem do niego już z pół roku temu, kiedy zyskiwał na popularności. Dziś to już oficjalnie jedna z najlepszych rzeczy obecnej dekady... i nadal trudno to z początku ugryźć. Wydaje się, że to zwykły dokument o tym, że gdzieś na tej planecie żyją mordercy którzy nie zostali ukarani za swoje zbrodnie, a teraz biały człowiek się wprasza w ich sprawy i tłumaczy ciemnym murzynkom, że to było złe. Z czasem wszystko wygląda nieco inaczej - przede wszystkim twórcy wcale nie rozmawiają wprost z bohaterami, nie tłumaczą im niczego. Różne myśli mnie nachodziły, gdy to oglądałem. Oto kilka z nich:

Przedstawienie ludzi żyjących przez tyle lat przekonanych, że robili coś dobrego. Przedstawienie ówczesnej sytuacji, która zmusiła ludzi do takich wniosków, do myślenia, że gangsterzy to "wolni ludzie", i to jedyna słuszna droga. Zobaczyłem ludzi, którzy chociaż wierzyli, że czynili słusznie, wciąż mieli w oczach tamte krwawe łaźnie.

Na końcu zobaczyłem kino w służbie autoterapii, kiedy ówcześni zabójcy zagrali rolę ofiar, co pozwoliło im zastanowić się nad wszystkim ponownie.

Chyba nie ogarniam tego tytułu. Bo i nie wiedziałem nic o tamtych wydarzeniach, które dały wszystkiemu początek. Ale warto go zobaczyć. Na początek.
https://rateyourmusic.com/film/the_act_of_killing/