Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Legal Drama. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Legal Drama. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 kwietnia 2015

"DareDevil". Serial, przez który zakupiłem abonament w Netflixie

Superhero, 2015


Netflix w 2013 roku rozwalił system dystrybucji seriali telewizyjnych poprzez samodzielne wykonanie produkcji z głośnymi nazwiskami, która zebrała rewelacyjne recenzje, a przy tym ominęła kablówki szerokim łukiem. Cała pierwsza seria "House of Cards" - bo o tym tytule piszę - wyładowała od razu w Internecie. Bez czekania na kolejne epizody, bez reklam, widz oglądał we własnym tempie. Aż chce się wykupywać abonament na tej witrynie, prawda? - dlatego już kilka lat później Netflix ma ambitne plany samodzielnej produkcji blisko 30 seriali rocznie skierowanych do różnych grup docelowych. Tak właśnie jest z "DareDevilem", adaptacją komiksu ze stajni Marvela, która zebrała tyle pozytywnych opinii w ciągu pierwszych 6 sekund od swojej premiery, że jedna nawet dotarła do mnie i ściągnąłem pierwszy odcinek. Do wieczora miałem wykupiony już abonament, gdzie legalnie oglądałem resztę w ciągu 4 dni. Teraz zostaje mi tylko liczyć, że z płatnością nie będzie problemu.

13 odcinków po 57 minut.

niedziela, 1 marca 2015

"12 gniewnych ludzi" (5/10) Nudziłem się.


Nie wiem, w jakim stopniu dotyczy to samego filmu, ale koncept z ławą przysięgłych to skończony debilizm.Nie jestem nawet pewny, po co tam sędzia jest, i czemu to on ma najwyższy autorytet. Są adwokaci,prokuratorzy, fakty, przesłuchania, wszystko obiektywnie (w teorii, temat grania pod publikę na emocjach zostawię), a potem 12 przypadkowych ludzi może to mieć w dupie i robić co chce. Nawet skazać na śmierć, i tow przypadku niepodważalnej niewinności. Chyba o tym jest ten film, że system jest spierdolony? Tylko czemu robi to w ciągu pierwszych 6 sekund, by trwać potem kolejne półtorej godziny? Wystarczy przedstawić sam koncept takowej "sprawiedliwości" dowolnemu myślącemu i ten sam zrobi swoje, film mu nie jest potrzebny do tego. Lumet ma widzów za idiotów?

Powinni o tym uczyć w szkołach. Jak do takiego cyrku doszło. Domyślam się, że to miało łączyć klasę wyższą z niższą i średnią - uczeni dowodzą i trzymają władzę, ale to ci najprostsi muszą zostać przekonani o tym, że sprawiedliwość się dzieje. Ale czy to prawda? Powinni o tym uczyć w szkołach. Serio jestem zainteresowany. Szkoda, że "12 gniewnych ludzi" omija ten temat.

Dobra, teraz sam film. Podobał mi się sam początek, który następuje po kilku minutach. Słynne pierwsze ujęcie, przedstawiające wszystkich bohaterów - widzę tu kunszt i umysł reżyserski oraz aktorski. Nie mam siędo czego przyczepić, nawet Lubezki za kamerą zrobiłby tylko niewielką różnicę. Moment perfekcji. Potem coraz rzadziej widziałem podobny umysł. Jakby nagle twórcy zapomnieli, jak się robi filmy.

niedziela, 9 marca 2014

Witaj w klubie (7+/10)

Drama, 2013


Południe USA, lata 70-80'te. Ron Woodroof to zasadniczo przedstawiciel białej hołoty. Uprawia hazard, mieszka w przyczepie, nienawidzi pedałów. Do tego ćpa, chleje, dupczy i nie ma brody. Pracuje jako elektryk - w czasie wykonywania zawodu poraził go prąd - po przebudzeniu w szpitalu usłyszał wyniki badań krwi: jest źle. Doktor dziwi się, że ten wciąż żyje! Ma AIDS i dają mu najwyżej 30 dni życia... I tu się zatrzymam - bo jeśli myślicie, że to opowieść o czekaniu na śmierć, docenianiu życia i wewnętrznej przemianie... To się grubo mylicie. Nawet Obeliks by się tu ze mną zgodził. Fabuła "Dallas Buyers Club" jest olbrzymia, rozpisana jak serial, z wprowadzaniem różnych postaci i przedmiotów, powracaniem do nich, ciągła zmiana stylu niczym w "Psychozie" (kino drogi, psychological drama, legal drama). A do tego trwa tylko dwie godziny! Historia ciągle zaskakuje, utrzymując przy tym bardzo dobre tempo. Nie ma tu wprowadzenia w ciągu 10 minut - czym jest tytułowy klub dowiecie się prawie w połowie seansu!

Wielka zasługa w tym wszystkim głównego bohatera, który zrobi wszystko byle tylko przeżyć - brzmi banalnie, ale różnica jest taka, że on to naprawdę zrobi. Gdy usłyszy, że w szpitalu zaczęli testować nowy lek dla chorych, nawiąże kontakt z pielęgniarzem, by mu kradł ze szpitala. A gdy okaże się, że owe leki nie są zbyt skuteczne, a badania tego dowodzące nie zostaną opublikowane w Stanach?... Co w tej sytuacji może zrobić bohater taki jak Ron? Oczywiście pozostanie sobą.

sobota, 23 listopada 2013

Przeszłość (5/10)

Drama, 2013


W sumie... mogło być gorzej. Oczywiście, to kolejny "głupi film o głupich ludziach i ich głupim życiu", ale tym razem w ogóle się nie denerwowałem. Tak, wszystko czym ta opowieść jest to pokazywanie mi bohaterów i krzyczenie do ucha: "Patrz, jacy są chujowi, Boże jaki żal!!!!" na przemian z naprawdę śmiesznymi sytuacjami. Pierwsza scena, powitanie na lotnisku, gadają ze sobą przez szybę, nie słyszą się nawzajem ale i tak gadają. Bardzo brakowało mi śmiechu z taśmy w tym momencie. Potem matka gania syna po podwórku - bardzo przedramatyzowana sytuacja, bierze się znikąd, wcześniej długo na niego krzyczała, poleciały poważne inwektywy, a i pościg nie był wcale krótki. W końcu go łapie, zaciąga do pokoju w brutalny sposób, zamyka a młody pierwsze co robi to próbuje rozwalić drzwi. Kopie, krzyczy, matka wychodzi a ojciec nic nie mówi. Zaczyna sprzątać, tamten cały czas krzyczy i tłucze... i wtedy gdy wydaje mi się, że scena nie może być bardziej absurdalna, to stary w końcu nie wytrzymuje, otwiera drzwi i krzyczy na małego: "Co? No Co? O co ci chodzi?". Umarłem ze śmiechu.

To tylko przykłady, żeby was zapewnić, że Asghar Farhadi nadal kręci głupie i śmieszne kino. Tylko już nie potrafi tak tym irytować. Aktorzy grają nijako, ale chętnie zwalę winą na reżysera za ich poprowadzenie. Dramaturgia jest wymuszona, nic się nie dzieje i wszystko co czułem to zmęczenie. Strasznie się to wszystko mi dłużyło. Śmieszne/żenujące momenty były bardzo krótkie i niewarte nawet wypisywania (w stylu: młody z nożem wielkim jak katana dziubie kukurydzę, mało sobie ręki przy tym nie odcina trzy razy na sekundę, trwa to jakiś czas a jego ojciec tylko "Ej, uważaj"). Do tego scenarzysta nie ma zielonego pojęcia o prowadzeniu dialogu, ani po co dialog w filmie w ogóle jest od samego początku. Jakby tego było mało, to nikt na planie nie wiedział, gdzie ta historia zmierza ani po co zaczęto o tym wszystkim kręcić film.

Jestem zmęczony. Przynajmniej mam to już za sobą.
http://rateyourmusic.com/film/le_passe/

sobota, 11 maja 2013

PANACEUM (Side Effect)

Psychological Thriller & Legal Drama, 2013


What if a woman kills her husband and doesn't remember that by the drugs?*

Niesamowity film. Tutaj wszystko jest perfekcyjne. Pamiętacie jak pisałem przy okazji "Bogów i potworów" o płynności narracyjnej? "Panaceum" też to ma. Pieruńsko płynny, spójny obraz - do tego stopnia, że wydaje się niemożliwy. Ale fakt jest faktem - co do szczegółu. Mąż wychodzi z więzienia po 4 latach. Seks nie wychodzi, on jeszcze nie zarabia, byli wcześniej małżeństwem tylko przez rok. Żonie powoli odbija -> poznajemy jej historię medyczną -> poznajemy jej lekarza. Droga przez kolejne leki o różnym stopniu działania. Nie ma tu żadnych aktów, wprowadzenia, tylko zwykłe życie bez udziwnień.

Tzn. akty są, ale dostrzega się je dopiero po spojrzeniu z dystansu, więc na jedno wychodzi.

Wszystkie te stany emocjonalne rozłożone są w czasie perfekcyjnie, mnóstwo scen na tzn. podparcie ich. Scena w łazience w pracy, na przyjęciu. Potem bezkonfliktowo, na przestrzeni dobrych 15 minut ciężar narracyjny zostaje przeniesiony na lekarza - on okazuje się być głównym bohaterem! To on może zostać oskarżony o podanie pacjentce leku, przez który ta zabiła swojego męża, nie będąc tego świadoma. On zaczyna tu ryzykować swoją relacją z pewną samotną matką, on tu ryzykuje swoją karierą. Niesamowita jest ta narracja. Scenariusz do jakiejś 60 minuty wydaje się być 10/10, postarano się o każdy szczegół który pozwolił jakoś nadać wiarygodności każdemu wątkowi. Martin próbujący z nową pracą? Nie widać w tej kwestii nic, tylko kilka zdań, rzucone gdzieś z tyłu w trzech scenach - ale to po prostu wystarczyło, bym uwierzył, że tam naprawdę mogło coś sensownego się wydarzyć. Mógł zacząć zarabiać, mogło być lepiej. Mogło być po staremu. A to już z kolei jest bardzo istotne dla ogólnego wymiaru filmu, jego głównego wątku.


I co się wtedy dzieje? Nic, bo to się zaczęło na samym początku. Film jest zbyt skondensowany, zbyt konkretny, nie ma tu ani jednej pauzy, a akcja zapierdala jak z karabinu. I to nie jest przenośnia. Zauważyłem to już na samym początku, gdy minęła trzecia scena i odczułem pośpiech. Spojrzałem na czas - minęły 4 minuty. Trzy sceny w cztery minuty, a pierwsze dwie to czołówka i opening. Nie ogarniam. I to nie przestaje, tylko trwa i trwa. Nie ma tu takiej sceny, w której bohater np. wchodzi do wielkiej hali, ogarnia ją wzrokiem, a potem musi przejść kawałek by dojść gdzie zamierzał - do samolotu który stał po środku hali. Nie ma tu przerwy na papierosa na klatce schodowej. Nie ma tu tempa "Lotu". W "Panaceum" ludzie cały czas gadają. Nawet gdy jest przejście do kolejnej sceny, czyli np. ujęcie na jakiś budynek, już wtedy widz słyszy dialog z kolejnej sceny, lecący z offu. Dialog za dialogiem, zero przerwy, pauzy, czego-kurwa-kolwiek. Gdyby wyciąć z tego filmu, trwającego 105 minut, wszystkie momenty ciszy, to by i tak trwał z 95 minut. Nie jestem wariatem, nie sprawdzałem tego, mówię tylko, że na to wygląda.

Cięcie, dialog, cięcie, dialog + dialog w trakcie cięcia. I nie wiem, kogo winić za taki stan rzeczy, bo zarówno reżyseria jak i montaż wydają się genialne. Każda sekunda którą zobaczyłem wyglądała jak kawałek układanki, który znalazł swoje miejsce - pamiętacie z początku, płynność obrazu. Cholera, ma nawet klamrę! Zapewne więc muszę winić tego, kto wymyślił koncept. Za szybko dla mnie. Za szybko.

A wracając do istotnych kwestii - fabuła daje radę. Pod koniec jedna postać była dla mnie zbyt naiwna, do tego przy zakończeniu wyraźnie sobie odpuszczono i perfekcję z początku zastąpiono uczuciem "po prostu to zamknijmy już". Choć nadal jest satysfakcjonujące, odważne oraz zdecydowane. Gdyby skończyło się inaczej - tej historii brakowałoby jaj. Ale jest tak jest - dosadna, porywcza i realistyczna. Można się wczuć w bohatera, któremu ktoś zaczyna robić koło pióra i on teraz musi sobie z tym radzić. Tak, by nie oszaleć po drodze. O tym zawsze warto obejrzeć film, szczególnie gdy reżyser po drodze nie stara się wkurzyć mnie światem który nagle z dnia na dzień zaczyna traktować bohatera jak kawał gówna, a on jest przecież taki słodki i niewinny... Nie, to nie Spielberg.:) To Soderbergh, o wiele dojrzalszy reżyser.



7/10
http://rateyourmusic.com/film/side_effects_f1/
*pozdrawiam Pilar Alessandrę. Tylko 0,0001% ludzi złapie ten żart.:)

poniedziałek, 7 maja 2012

KTO SIEJE WIATR

Legal Drama, 1960


Bardzo mądry film.

Był sobie chłop, który żył w Stanie, w którym zabroniono nauczania teorii ewolucji. Ale wymyślił sobie, że będzie jej nauczył w szkole. I został zaaresztowany. Co ciekawe, historia ta wydarzyła się naprawdę. W rozprawie sądowej wzięli udział najwięksi przeciwnicy i zwolennicy tego prawa: Henry Drummond (przeciwnik, wielki Spencer Tracy) i M. H. Brady (zwolennik i swoiste Guru chrześcijan z filmu, sławne w całym kraju).
Henry oczywiście nie będzie mile widziany w tym okolicach. "Jesteśmy prostymi ludźmi, którym nie podoba się, gdy ktoś chce nam mówić co mamy myśleć" (oczywiście najpierw ktoś ich tego poglądu nauczył, czyli de facto powiedział co mają myśleć, ale to się nie liczy bo nie*).

Generalnie to film niszczy. Nie jest to "Atlas zbuntowany", ale jak bardzo jest mu bliski! Po obu stronach są ludzie, których są naprawdę mądrzy i mówią bardzo dobrze, obie strony są otwarte na dialog i pozwalają sobie nawzajem dokończyć zdanie, z szacunkiem traktują samych siebie. To bardzo ważne, gdy podejmuje się taki temat, a nawet nie wiecie jak bardzo spełniono ten warunek.

Również samo opowiadanie o tym jest bardzo dobrze wykonane. Z mojej perspektywy trudno mi opowiadać o wrażeniu, które na was wywrze ten film. Ja przeczytałem już "Atlas..." wiem na ten temat dużo więcej i w szerszym kontekście, a film tam nie zachodzi. Nie mogę wam obiecać, że po seansie przestanie was interesować kwestia istnienia boga. Mogę wam obiecać, że jeśli jesteście religijni to reżyser potraktował was z szacunkiem i raczej nie liczcie na to, że po seansie będziecie oburzeni.

Co prawdopodobnie nastąpi to większość z was wycofa się do bezpiecznego rejonu "Ale chrześcijaństwo polega na szanowaniu rodziców i byciu miłym człowiekiem", z tego miejsca film was nie wytrąci raczej.

Film po prostu mówi to, co trzeba było powiedzieć. Średniowieczne praktyki i śpiewanie o wieszaniu, "Bóg do mnie mówi", "moje zdanie jest lepsze i to powód by sądzić drugiego człowieka" - poważnie? Naprawdę żyjemy w XX wieku (patrz rok produkcji filmu)? A to tylko niektóre.

Film ma formę kameralną, opiera się na rewelacyjnym scenariuszu, dialogach, dramaturgii, aktorstwie (Gene Kelly na drugim planie w swojej najpoważniejszej i najlepszej roli). Pełno w nim surowego sarkazmu który słyszymy z ust postaci, którym po prostu brak słów na daną sytuację.
Jeszcze ostatnia uwaga dotycząca pracy kamery. Wiadomo, to '60, kamery były wtedy ciężkie, wolne, nie dawały zbyt ostrego obrazu... I takim sprzętem posłużono się w tym filmie, ale z efektem który można porównać do dzisiejszej pracy ze steadicamem (!). To po prostu niewiarygodne.

Oczywiście, film operuje na wielu innych poziomach. Naprawdę nie jestem w stanie przewidzieć, gdzie was zaprowadzi i jaką bombę zdetonuje w waszych głowach. Ja już to przeżyłem bardziej kilka lat temu, ale jestem świadom klasy tego filmu i o ilu rzeczach opowiada, i jak ważny był ten proces przedstawiony w nim.

Ważny film. I mądry.


9+/10.
http://rateyourmusic.com/film/inherit_the_wind/

http://www.youtube.com/watch?v=l5Kdc0LLSW8
*to mój dodatek do filmu, w filmie tych słów nie uświadczycie. To tak w ramach dowodu, jak daleko film zachodzi we wnioskach.