poniedziałek, 1 maja 2017

Widziałem w kwietniu dobre filmy i seriale.

Kwiecień to głównie Amazon Prime z dodatkami Brown Sugar oraz HBO GO, czyli mamy tu sitcomy, Batmana, kino nieme i blaxploitation. Plus, to najwyraźniej był ostatni gwizdek aby obejrzeć "Split" i nie mieć zepsutego seansu przez newsy z całego świata o kontynuacji tego filmu, które zdradzały unikalny i niespodziewany zwrot akcji z finału. Jak widać to nie tylko w Polsce nie ma już prawdziwych dziennikarzy, ale to generalnie problem całego świata. Film miał premierę światową w styczniu, a w kwietniu już odbierają tobie wolność i przyjemność z oglądania. Cóż, jak widać najpierw trzeba urodzić się tak z 15 razy aby w tym czasie obejrzeć wszystkie filmy jakie wyprodukowano do chwili obecnej, i dopiero potem będzie można zaglądać na strony z newsami. Taki ich wybór. Ja się dostosuję.

A w maju wracam na Netflixa. Nareszcie...







****FILMY****

FILM MIESIĄCA:

Żywe cele ("Targets", 1968) - 7+/10. Okres New Hollywood to jednak pewniak jeśli chodzi o dobre, odważne kino. Mamy tutaj dwoje bohaterów: jeden z nich kupuje broń i rusza na miasto planując umrzeć, ale wcześniej chce zabić tylu ile tylko zdoła. Drugi to gwiazda kina, która właśnie podjęła decyzję o przejściu na emeryturę (w tej autotematycznej roli Boris Karloff). "Targets" to takie kino które z miejsca mnie kupiło. Od razu widać nieszablonowe podejście twórców do tematu tworzenia sztuki, i odwagę w montażu czy też innych środkach stylistycznych. Ale to przede wszystkim obraz wymagający. Tak, zrealizowany z ogromną dyscypliną, trzymający w surowym napięciu, ale jednocześnie będący zagadką dla widza. Szybko w mojej głowie pojawiła się myśl: "Niżej niż 7/10 tego nie ocenię. A jeśli dobrze wyjaśnią motywacje mordercy, to dam jeszcze wyżej". Dopiero ostatnia linijka dialogu uświadomiła mi, że tak naprawdę oglądałem zupełnie inny film, a motywacje mordercy mają śladowe znaczenie. Teraz będę myślał nad tym, co twórcy chcieli mi przekazać. Mogę wtedy nawet podwyższyć ocenę. GARRET POLECA!

Hooligans (2005) - 8+/10. Powtórka. Nie wiem która, ale widziałem ten film wielokrotnie. Byłem na premierze, a potem nawet nabyłem go na DVD, bo to ważny tytuł dla mnie jest. Główny bohater Matt studiował dziennikarstwo na Harvardzie skąd go wylali za branie narkotyków. Detal jest jednak taki, że narkotyków nie brał on, a jego współlokator pochodzący z ważnej rodziny, więc Matt nawet nie próbował walczyć. Nie wiedząc co zrobić ze sobą odwiedza siostrę w Londynie, gdzie poznaje Pete'a oraz świat kibicowania na meczach piłki nożnej. A to go odmienia. Minęło 12 lat i nadal uwielbiam ten film, bo to piękna opowieść o odwadze. Ludziom wydaje się, że to kino o kibolach, ale tu nigdy nie chodziło o przemoc dla przemocy, ani też o to by kogoś skrzywdzić. Tu zawsze chodziło o jedno: o rzucenie wyzwania, i by stać o własnych nogach na koniec. By nie stchórzyć. By nie uciec. By uwierzyć w siebie, bo nie chodzi o wygranie. Tylko o udowodnienie samemu sobie, że gdy przyjdzie co do czego to dasz z siebie wszystko. Plus, scenariusz tej produkcji jest zaskakująco pełnokrwiście skonstruowany. Jedna fabuła płynnie przechodzi w drugą a następnie w trzecią, by w finale odwinąć się i zakończyć każdy wątek na doskonałej nucie. Sam finał JEST jednym z najlepszych jakie widziałem w filmach pełnometrażowych. 



Zanim się obudzę ("Before I Wake", 2016) - 7/10. Powtórzę się - uwielbiam to co Mike Flanagan robi z kinem, a szczególnie z horrorem. On jest wolny od założeń gatunkowych, i ma szaloną wyobraźnię. Każdy jego obraz jest wyjątkowy, inny i zaskakujący. Zawsze jest pomysł, powód, oraz filmowość. Tutaj mamy rodzinę która utraciła dziecko, i decydują się na adopcję. Nowy członek rodziny zmienia ich życie tym co robi, gdy śni w najlepsze. Więcej nie chcę zdradzać, bo sam twórca nie informuje widza, co go czeka na dłuższą metę. Zaczynamy od kina obyczajowego, dramatu. Wszystko jest nam jedynie sugerowane - utrata dziecka, jak to się stało, a niektóre detale są nam ujawniane dopiero w drugiej połowie filmu. Poznajemy tych ludzi i dramat przez jaki przechodzą. Słyszymy jak to co czują może mieć odzwierciedlenie w przyszłych wydarzeniach, ale Flanagan nie stosuje tej sztuczki w tym samym celu co inni autorzy horrorów. Oni robią to by nabierać widza - próbować wmówić mu, że nadnaturalne wydarzenia to majaki senne. Flanagan z kolei korzysta z tego zabiegu by pokazać związek między tymi wydarzeniami i bohaterami. W późniejszej części opowieści robi to samo co w "Quija: Narodziny zła", czyli nie informuje widza jak ma reagować na to co zobaczy. W kadrze zaczynają dziać się różne rzeczy, pojawiają się zaskakujące elementy, ale wszystko odbywa się w ciszy albo "przy okazji". Kilkukrotnie musiałem film przewijać aby upewnić się, że faktycznie coś zobaczyłem w tle. I powtarzam: nie chodzi od razu o to, aby się bać. Na początku jest fascynacja, mieszania się dwóch światów i doświadczania tego wszystkiego. Strach jest cenę za to.



Siódme niebo ("7th Heaven", 1927) - 7/10. Klasyczny niemy melodramat o prostych ludziach robiących proste rzeczy - i mający szczęście, że mogą robić chociaż tyle. Ona mówi prawdę, za co zostaje ukarana i ląduje na ulicy, ledwo uchodząc z życiem. On pracuje w kanałach i chce wnieść się wyżej - aby sprzątać ulice. Spotykają się, i razem wynoszą swoje życie na wyższy poziom. Wzruszająca opowieść! Plus ten tekst, tak prosty, a jednocześnie taki wyrazisty: "Jeśli nie jesteś zadowolona z tego kim jesteś, to nie jesteś w sumie taka zła".







Split (2017) - 7/10. I to jest doskonały film, trzeba przyznać. Już sam tytuł zasługuje na uznanie, za swoją wieloznaczność. Z jednej strony odnosi się on standardowo do głównego motywu obrazu, czyli bohatera imieniem Kevin, w którego ciele mieszczą się kolejne 23 osobowości. Dowodzi nimi Berry, który jednak stracił tę kontrolę na rzecz Dennisa i Patricii, którzy doprowadzają do porwania trzech dziewczyn. Idziemy dalej: film dzieli się na jeszcze dwa kolejne wątki: jeden dotyczy pani psycholog która sprawuje opiekę nad Berrym i bada zjawisko rozszczepionej osobowości. Drugi opowiada dzieciństwo porwanej dziewczyny (czy aby na pewno?). Od początku jako widzowie dostajemy przeróżne sygnały, że wszystko do czegoś zmierza (przybycia Bestii, cokolwiek to znaczy) i nasza wiara jest na tym zawieszona. Wtedy wszystko się wyjaśni - cel porwania, kierunek retrospekcji, wspomniana Bestia... Ale też coś jeszcze: wtedy też dowiemy się nie tylko CO oglądaliśmy, ale też jakiego rodzaju jest to film. I tutaj mamy źródło większości negatywnych opinii o tym filmie - widzowie nie umieli się przestawić i oceniają tak naprawdę inny film. Ten który powstał wyłącznie w ich głowie. A zmiana tonacji w ostatnich minutach jest znaczna. Twist fabularny na końcu, chociaż faktycznie go wyczekujemy i kombinujemy, to wciąż nas zaskakuje. I jestem w szoku, że świat naprawdę o tym milczy, bo ten finał - zobaczenie go na własne oczy! - to najlepsze kinowe doświadczenie 2016 roku. Jak często jestem wyrozumiały w kwestii zdradzania spoilerów (Harry Potter umiera w "Przebudzeniu mocy", whatever) tak tutaj naprawdę należą się kary cielesne. I wracając do początku, tytułowy "podział" znajduje wyraz też w środkach stylistycznych. Obraz cały czas jest zablokowany na środkowej części kadru - na podłodze może leżeć ciało, ale my go nie widzimy. Mamy jedynie świadomość podczas kolejnych scen, że ono tam jest, bo widzieliśmy upadek. Podobna zasada dotyczy kadrowania rozmów i innych interakcji między postaciami - są oni pokazywani oddzielnie, jakby przebywali w innych pokojach. Trudno określić dystans między nimi, ale też miałem kłopoty z wyobrażeniem sobie ich obok siebie. Poprzez sam obraz tworzona jest niewidzialna bariera między bohaterami. W ten sposób pokreślony jest główny motyw - zawsze widzimy tylko fragment całości. Shyamalan zawsze był dobry w te sztuczki, miał tylko problem z byciem zbyt oczywistym w stosowaniu ich.



Top reżyserski filmów Shyamalana

1. Szósty zmysł - 7+/10
2. Niezniszczalny - 7+/10
3. Split - 7/10
4. Wizyta - 5/10
5. 1000 lat po Ziemi - 4/10
6. Osada - 2/10
7. Znaki - 2/10
8. Zdarzenie - 2/10
9. Ostatni Władca Wiatru - 1/10




Black Dynamite (2009) - 7/10. Ku mojemu zaskoczeniu parodia nurtu blaxploitation okazała się najlepszym filmem z grona blaxploitation. Od samego początku widać wyraźną stylizację - ludzie którzy pracowali przy tym filmie umieją robić kino i świadomie podjęli decyzję, aby ten film wyglądał jak wygląda. Tytułowy bohater (tak, naprawdę nazywa się Black Dynamite) to w zasadzie czarne dziecko Arnolda i Bruce'a Lee, predator który obrał drogą pomszczenia śmierci swego brata. I nic go nie zatrzyma. Mamy tu charyzmatycznego, umięśnionego bohatera, granego z takim dystansem do siebie jak tylko się dało. Łatwo sobie wyobrazić, jak ekipa za kamerą nie mogła wytrzymać ze śmiechu przy każdym "poważnym" dialogu wypowiadającym przez Dynamite'a. Zabawa na planie musiała być przednia, i to udziela się widzowi. Mamy tu mnóstwo frajdy z tworzenia, i drobne żarty na każdym kroku. Naprawdę żałuję, że nie ma kontynuacji. Pamiętajcie tylko, że to parodia. Przed seansem warto wciąż obejrzeć jakieś pełnoprawne blaxploitation ("Coffy" albo "Across 110th Street").




Noc w Casablance ("A Night in Casablanca", 1944) - 7/10. Bracia Marx byli pierwszymi żartownisiami kinematografii. Znaleźli swoją rutynę i potem stosowali ją w każdym kolejnym filmie. Chico zawsze zagra na pianinie, Harpo na harfie, Groucho zawsze gra buraka którego jakaś kobieta chce wykorzystać. A w tle jest jakaś para zakochanych młodych, od których wieje nudą. Tym razem mamy hotel w Casablance, któremu Groucho szefuje, i jeden z gości chce go zabić. Rutyna braci Marx jest obecna prawie w całości, i przy tym świeża i zabawna. Klasyk komedii absurdu i gry słownej. Harpo walczący na szable doprowadza do śmiechu przez łzy, a teksty będą bawić przez całą wieczność ("Musimy tu wszystko przyspieszyć. Kucharz! Jeśli gość zamówi trzyminutowe jajko, masz mu je podać w dwie minuty. Dwuminutowe w jedną, a gdy zamówi jednominutowe to dać mu kurę i niech sam sobie radzi."). Plus finał do którego nawiązywali twórcy "Szybkich i wściekłych 6".



- Mam kolejny pomysł. Zmieńmy wszystkie numery pokojów w hotelu!
- Ale wtedy wszystkim się wszystko pomiesza! Proszę pomyśleć, jaki chaos wtedy wybuchnie!
- Tak, ale jaka to będzie zabawa!



Coffy (1973) - 6/10. Pam Grier w filmie o kobiecie mszczącej się na złych ludziach. Czarnuchy, funk, soul, przemoc i ultra przemoc. Jednego chłopa przywiązują do samochodu a potem ciągną po ulicach, wykorzystując zakręt by z impetem przywalić tym chłopem w krawężnik. Mocny widok. Tam samo jak wszystkie trafienia ze strzelby czy rany kłóte. Rasowe kino zemsty, niewiele tu można dodać. Jest charakter i moc, ogląda się całkiem dobrze. Ale to wciąż jest kino klasy B, pamiętajcie o tym. Sceny akcji są nakręcone w stabilny, wolny sposób. Twórcom nie udaje się ukryć, że podczas bijatyki aktorzy tylko machają rękoma bez dotykania czegokolwiek. W innej kobiety biją się między sobą, i za każdym razem Coffy teatralnie upada na jakąś swoją przeciwniczkę, by zerwać jej koszulkę i odsłonić biust. Brakuje muzyki i innych atrakcji. To jest tanie i niespecjalne.



110 ulica ("Across 110th Street", 1972) - 6/10. Napad na gang i kradzież grubych, brudnych pieniędzy. Kilka ciał we wszystkich dwóch kolorach Nowego Jorku. Starzejący się biały oficer, dla którego zaczyna brakować miejsca na tym świecie. Czarny oficer, którego przydzielają do sprawy ze względów politycznych. Brudny świat Nowego Jorku, podzielony na gangi które rządzą policją, i malutcy dla których przestępstwo i kradzież to jedyne sposoby by coś zrobić ze swoim życiem. Solidny, można wręcz napisać: "rasowy" kryminał - brutalny i z charakterem. Można się ubrudzić podczas samego seansu. Plus rewelacyjna, klimatyczna czołówka z kultową piosenką Bobby'ego Womacka.









Droga na wschód ("Way Down East", 1920) - 6/10. D.W.Griffith opowiada o monogamii. Jedna kobieta dla jednego mężczyzny. Opowieść trwa prawie 2,5 godziny i zaczyna być wciągająca dopiero na ostatnie pół godziny, podczas zapierającej dech w piersiach sekwencji na rzece, zrealizowanej w nieprawdopodobny sposób. Dla niej, oraz przejmującej roli Lillian Gish, warto rzucić okiem. Kiedyś.



Odlot ("Superfly", 1972) - 5/10. Po tym blaxploitation spodziewałem się najwięcej. Otrzymałem jednak drewnianych aktorów bez większej charyzmy. Przyznaję, starali się i ćwiczyli przed lustrem, ale to było za mało.



Truck Turner (1974) - 5/10. Blaxploitation szybko się wypala i powtarza, odsłaniając szybko znane sztuczki. Tutaj chociaż Isaac Hayes wykazuje się większą charyzmą, ale sam film zdaje się znany. Niczym nie zaskakuje. Znowu wszyscy umierają na koniec.



****SERIALE****





Frasier, sezon I (1993-94) - 6/10. Po 5 epizodach. Sitcom robiony z sercem. Jest to spin-off kultowego "Cheers" koncentrujący się na postaci doktora Frasiera. Psychologa, który przeniósł się do Seattle i zaczął nowe życie. Prowadzi audycję radiową w której rozmawia z pacjentami, stara się im pomóc. Pojawia się jednak problem - jego ojciec nie może już mieszkać sam, dlatego zamieszkuje z naszym doktorem, stając się kulą u nogi. Co istotne, to nie jest motyw przewodni całego sezonu, a tylko pierwszego odcinka! Już w finale pilotowego epizodu Frasier konfrontuje się z ojcem i mówi mu wszystko wprost: on chce opiekować się ojcem, ale to będzie dla niego trudne, bo sam ojciec jest trudny we współpracy. I oboje będą musieli coś z tą sytuacją zrobić. Na koniec tego odcinka naprawdę odczułem satysfakcję. Podobnie jest z finałem sezonu. Twórcy wiedzieli, jak tworzyć takie produkcje - co należy rozbudować, a co mogą zmieniać i rozwijać. Bohaterowie i relacje między nimi są zarysowane bardzo wyraźnie. Wiemy, jaką mają historię za sobą. Ale też na koniec tych 24 odcinków czujemy, że poszli do przodu. Zmienili się. Takie sitcomy zasługują by o nich pamiętać. Mogę sobie wyobrazić, jak widzowie po seansie też się zmieniali i nabierali odwagi, by pomówić z własnym ojcem. Zaakceptować czyjeś niedoskonałości, albo to, że życie zawsze będzie niespodzianką.



Frasier, sezon II (1994-95) - 6/10. Ten serial jest naprawdę dobry w wykorzystywaniu potencjału danego odcinka bez jednoczesnego brnięcia w ślepą uliczkę, w pogoni za płytkim żartem. Posłużę się przykładem: w jednym odcinku Frasier wchodzi do pokoju swojej pokojówki, by wziąć swoją książkę którą ona pożyczyła. Ona bardzo dba o swoją prywatność i wcześniej nikt nie wchodził do jej pokoju. Wiemy więc, że musi dojść do konfrontacji, w której to pokojówka dowiaduje się o naruszeniu tej zasady. Tak jest w każdym odcinku - mamy bezpieczny świat w którym dochodzi do niebezpiecznej sytuacji. Otrzymujemy obietnicę punktu kulminacyjnego i wykorzystania go. Bez niego cały odcinek pozbawiony byłby smaku, emocji, zamiast tego jawiłby się nam jako bezpieczny, nudny i miałki. Na dodatek trzeba całość zamknąć w taki sposób, aby ten punkt kulminacyjny miał ciężar, ale też, aby nie naruszał ogólnego stanu w którym zacznie się następny odcinek. Może nam nie odpowiadać sytuacja lub humor, trudno jednak niedocenić rzemiosła scenarzystów oraz twórców. To dzięki nim bohaterowie są tak spójni i bogaci, że potem można tworzyć odcinki i sytuacje dramatyczne w całości oparte na tym, kim ci ludzie są i jakie są relacje między nimi.



Frasier, sezon III (1995-96) - 6/10. Podczas oglądania moją uwagę zwróciło wykorzystanie aspektu seksualnego. Dla przykładu, jest tu cały odcinek poświęcony temu, że nowy kolega bierze Frasiera za geja, o czym on nie wie. To wszystko. Każdy jeden żart jest poświęcony dwuznaczności, w której to Frasier mówi coś co może być odbierane jako chęć poderwania swojego kolegi. W innym odcinku Frasier uprawia seks z szefową, i używają wtedy takich radykalnych i sprośnych słów jak "dirty girl" albo "bad boy". Przestarzałe to i nie jest zabawne, a przy tym są to odcinki oceniane strasznie wysoko, przy których widownia śmiała się do rozpuku. Wnioski są więc dwa: "Frasier" jako serial to ciekawa podróż w czasie do dawnej ery telewizji, w której ubiór kobiety mógł być wyzywający nawet jeśli był pełny. Po drugie, jasne jest, że "Frasier" przesuwał granicę tego, co można było powiedzieć na małym ekranie. Te odcinki są wysoko oceniane przez pryzmat wspomnień i nostalgii - to odcinki kultowe w Stanach Zjednoczonych za odkrywanie takich słów publicznie, oraz pokazywanie jako normalnej sytuacji, w której hetero jest brany za geja. Co wtedy zrobić? Powiedzieć prawdę i... Koniec. Nic się nie stało. Zwykłe, naturalne nieporozumienie którego nie trzeba się obawiać. Z drugiej strony, te odcinki nie muszą robić wrażenia dzisiaj. I zapewne nie robią. Ale wciąż ogląda się je z przyjemnością.






Frasier, sezon IV (1996-97) - 6/10. Powiem wam, że ten serial umie wykonywać swoje długoterminowe motywy. Główny bohater jest samotny i co kilka odcinków okazja umyka mu sprzed nosa. A u mnie jako widza naturalnie, z mojej woli, wychodzi myślenie: "Szkoda, cholera...". Jestem zaangażowany i chcę szczęśliwego zakończenia dla tych bohaterów. Innym z głównych motywów serialu jest Niles próbujący wyznać miłość Daphne, kobiecie która opiekuje się jego ojcem. Co kilka odcinków robi podejście, by wyznać jej swoje uczucia, i zawsze to się nie udaje. Jednak ja jako widz zawsze w tym momencie sam z siebie myślałem: "Faktycznie, to nie jest moment na to. Jeszcze będą kolejne okazje". Patrząc wstecz, ilekroć pada pytanie: "Czemu jeszcze tego nie zrobiłeś?" ja pamiętam wyłącznie wiarygodne momenty. Oczywiście, tak naturalne jak tylko w sitcomie one naturalne mogą być. Widać to najlepiej w porównaniu do takich "Przyjaciół", gdzie z relacji Rossa i Rachel szybko wyszedł nieplanowany żart. W każdym sezonie schodzą się, kłócą się i odcinek dalej już są oddzielnie. Twórcy "Frasiera" swoich bohaterów używają do budowania napięcia. Naciągają tę gumę i trzymają ją napiętą przez całe lata, a my - widzowie - czekamy, aż tych ludzi na ekranie spotka szczęście, aż znajdą swoje miejsce we wszechświecie. I już teraz czuję, że gdy do tego dojdzie to ja poczuję niewyobrażalną satysfakcję na koniec tych godzin i lat spędzonych z serialem.



Frasier, sezon V-VI (1997-99) - 7/10. Mam wrażenie, że w tym sezonie twórcy znaleźli to w czym są najlepsi, czyli tworzenie piętrowych nieporozumień. I są to nieporozumienia śmieszne oraz pozbawione wymuszenia. Do pomyłek dochodzi pomimo tego, że bohaterowie wciąż umieją użyć prostych słów, umieją powiedzieć o co im chodzi i przechodzą do rzeczy gdy tylko mogą. Dla przykładu: w odcinku "Halloween" Roz podejrzewa, że jest w ciąży. Nie chce, by ktoś poza Frasierem o tym wiedział, więc ten nic nie mówi - a to szybko zaczyna prowadzić do tego, iż otoczenie nie tylko myśli, iż Frasier jest ojcem, ale też, że to Daphne jest w ciąży. Podobny mętlik pojawia się w "Ski Lodge", czyli najwyżej ocenionym odcinku według społeczności IMDb. A więc fani tego typu humoru muszą koniecznie "Frasiera" sprawdzić. Ja do nich nie należę, ale na tych odcinkach bawiłem się naprawdę dobrze, i będę je wspominać. Niestety, chcę też napisać o jednym epizodzie, który mnie zawiódł - wciąż dałem mu przyzwoitą ocenę, bo są w nim pozytywne aspekty, ale zabrakło mi w nim serca. A to właśnie tworzy cały serial w mojej ocenie. Mówię teraz o odcinku "Frasier's Imaginary Friend" (5x01), w którym nasz tytułowy bohater leci na wakacje i spotyka nam modelkę, z którą nawiązuje relację. Ona nie chce, aby komukolwiek o tym mówił, więc Frasier milczy jak grób. Rodzina i przyjaciele jednak traktują go z litością, że nic mu nie wyszło na wakacjach, więc doktor pęka... I nikt mu nie wierzy. Sytuacja tylko się nakręca, więc gdy Frasier znów spotyka swoją ukochaną, próbuje jej zrobić zdjęcie gdy ona śpi. Wtedy ona się budzi, odbiera całe wydarzenie najgorzej jak tylko się dało, wyzywa bohatera od najgorszych, posądza o najgorsze... I wybiega. Akurat w momencie, gdy wraca rodzina bohatera. I znowu mu nie wierzą. Jest im go żal, Frasier wariuje... I wtedy modelka wraca, bo czegoś zapomniała. Obraża doktora jeszcze trochę i wybiega. Martin, Miles i Dephne zbierają szczęki z podłogi, a Frasier w końcu jest zadowolony i wraca do pokoju. The End. No ja pierdolę, co to miało być? To nie jest Frasier jakiego polubiłem! Tu nie miało chodzić o zaimponowanie komuś, tylko o prawdziwą miłość! Ona była modelką i naukowcem! I była w tym wiarygodna! Frasier poszukuje kogoś takiego od początku, a gdy do tego dochodzi to okazuje się, że doktor jest bardziej zainteresowany zaimponowaniem postronnym umiejętnością wyrwania kogoś, niż faktycznym uczuciem. Do kitu! Ja rozumiem, że twórcy mają szerszy plan i Frasier zapewne skończy z Roz w 11 sezonie, ale w tym momencie naprawdę zostałem urażony lekkomyślnością scenarzystów. Nie dla takich odcinków oglądam ten serial.



Frasier, sezon VII (1999-2000) - 6/10. Bez zdradzania historii, chcę tylko napisać: szczerze cieszę, że twórcy umieją potraktować tych bohaterów z szacunkiem po tylu latach. A tym samym, okazują szacunek swoim widzom.



Frasier, sezon VIII (2000-01) - 7/10. Podoba mi się, że to nie jest serial nastawiony przede wszystkim na dobrą postać, albo na dobry odcinek. Najważniejsza była tu relacja budowana przez lata z widzem. I ona się opłaciła. Chociaż oglądam ten serial w pośpiechu i na skróty (biorę z każdego sezonu tylko pięć odcinków), to wciąż udało mi się przez ostatnie dni nawiązać znaczącą relację z tymi ludźmi. I czuję, że są w jakimś stopniu częścią mojego życia, wprowadzając pierwiastek pozytywnej energii. Oglądanie zaczęło być doświadczeniem. Chcę, aby ci ludzie znaleźli szczęście w życiu.



Frasier, sezon IX (2001-02) - 7/10. Ten serial jest głównym źródłem wiedzy o psychologii w USA, gdzie jest to tytuł kultowy. I do ten pory nie widziałem tego (może te odcinki akurat pomijałem?), aż do teraz. Już w poprzednim sezonie był epizod "Daphne's Returns" gdzie zgłębiono podłoże relacji między Nilesem i Daphne. I był to mój ulubiony odcinek jak na razie. W tym sezonie ten motyw jest już obecny w prawie każdym odcinku który widziałem. Frasier nie wie kogo wybrać spośród dwóch kobiet które kocha, więc zamyka się w scenariuszu Charliego Kauffmana. Na przyjęciu Halloweenowym wszyscy przebierają się za swoich bohaterów, i Niles ubiera się jako jego ojciec. Martin wraca do pracy ochroniarza i wspomina sekwencję wydarzeń prowadzącą do jego uszkodzonej nogi. Każda z tych okazji jest wykorzystana do powiedzenia czegoś nowego, świeżego i ciekawego o ludziach których oglądamy od blisko dekady, i relacjach między nimi.



Frasier, sezon X-XI (2003-04) - 7/10. Cóż... Zostało mi tylko powiedzieć, że finał tej jedenastoletniej przygody był warty oglądania tych 56 epizodów, które do tej pory zobaczyłem. I będę oglądać dalej (czyli od początku. Na emeryturze?).



Najlepsze odcinki "Frasiera" (kolejność chronologiczna)

1. "The Good Son" (1x01)
2. "Mixed Doubles" (4x06)
3. "Halloween" (5x03)
4. "The Ski Lodge" (5x14)
5. "First Date" (5x20)
6. "Daphne Returns" (8x19) - najlepszy!
7. "Don Juan in Hell" (9x01-02)
8. "Rooms with a View" (10x08)
9. "High Holidays" (11x11)
10."Goodnight, Seattle" (11x23-24)
...po obejrzeniu 56 epizodów.


Fleabag - sezon I (2016) - 7/10. Sześcioodcinkowy serial który z początku wydaje się żartem dla żartu. Potem jednak wątki powracają, bohaterowie wracają, i koniec końców wszystko łączy się w przemyślaną całość, gdzie każda pierdoła okazuje się być na swoim miejscu. "Fleabag" wymaga tylko cierpliwości. Wykorzystuje żart, aby zaprosić odbiorcę do swojego świata - świata kobiety i jej niestabilnego związku, własnego biznesu która może zakończyć się fiaskiem, oraz kłopotów rodzinnych. Nasza bohaterka ma kłopoty, ale gdy ktoś oferuje jej pomoc - odmawia. Rzuca się w ramiona gościa poznanego rano w autobusie, na spotkanie z siostrą ubiera bluzkę którą jej ukradła lata wcześniej, a ze swoim chłopakiem zrywa ilekroć potrzebne jest generalne sprzątanie. Ma ponad to niewiarygodne poczucie humoru i żartuje że wszystkiego - nie tylko jako postać, ale aktorka która wciela się w nią jest również autorką scenariuszy wszystkich epizodów. Wykazała się wtedy niewiarygodnym wyczuciem humoru filmowego, wizualnego, godnego lepszych filmów Edwarda Wrighta. "Fleabag" to "Manchester By the Sea" z damskim Louisem C. K. o mniejszym biuście w roli głównej. Od luźnych żartów, które nie angażują, aż po finał, który odsłania wszystkie karty. "Pragnę móc wyjąć filiżankę ze zmywarki i podać w niej kawę swojej żonie".






Batman: The Animated Series, sezony 1-4 (1992-95) - 7/10. Parę lat temu obejrzałem 19 odcinków. Teraz doobejrzałem 17 kolejnych, i chyba jestem gotów pisać o całości. Podział na sezony nie ma tu większego sensu. Pierwszy niby liczy 60 odcinków, kolejne po 10 i mniej, a na Amazon Prime gdzie oglądałem ten serial serie liczą po 20 odcinków i konkretnych epizodów szukałem gdzie indziej niż wydawało mi się, że je znajdę. Każdy odcinek to oddzielna przygoda Batmana - człowieka w kostiumie Nietoperza, który walczy samowolnie z przestępcami. Produkcja ta jest familijna, skierowana głównie do dzieci, i to często hamowało twórców i scenarzystów. Jednak o wiele istotniejsze jest, jak wiele mimo to udało im się zrobić. Podejmowali wiele ryzyka i przekraczali granice standardowych seriali animowanych. Czarne charaktery wypowiadają cięte riposty, bijatyki są bezkrwawe, a historie często uproszczone (trzymamy Batmana na muszce aż do momentu, gdy ktoś go uratuje, zamiast zastrzelić typa od razu). Ale przy tym tor fabuły często jest nieoczywisty - nie wiemy, dokąd odcinek zmierza. W najlepszych epizodach czuć nutkę tragedii, a przeciwnicy Batmana często okazują się zasługiwać na współczucie. Pingwin po wyjściu z więzienia zostaje wykorzystany przez społeczeństwo. Harley wraca do społeczeństwa nie znając zasad "normalności" i przez to wpada w kłopoty. A człowiek, który zabił Batmana to mały knypek bojący się własnego cienia - zamiast go nienawidzić, wolimy mu kibicować, aby uszedł z życiem. Dla większości młodych widzów takie odcinki to wyzwanie! Najlepiej wspominam właśnie te odcinki, które są tragiczne. W których Batman nie ściga przestępcy aby mu przylać, ale by mu pomóc.



Najlepsze odcinki "Batmana: TAS" (chronologicznie)

1. "Heart of Ice" (1x03)
2. "Appointment in Crime Alley" (1x12)
3. "Two-Face" (1x17-18)
4. "Perchance to Dream" (1x27)
5. "Almost Got 'im" (1x35)
6. "The Man Who Killed Batman" (1x49)
7. "Birds of a Feather" (1x52)
8. "Mudslide" (2x02) - najlepszy!
9. "Second Chance" (3x02)
10. "Baby-Doll" (3x14)
...po obejrzeniu 36 odcinków.


Kroniki Seinfelda, sezony 2-9 ("Seinfeld", 1991-98) - 6/10. W końcu zrozumiałem, dlaczego tak często jest ten serial nazywany "serialem o niczym". Po prostu są tu odcinki o tym, że bohaterowie chcą opuścić centrum handlowe i szukają samochodu na parkingu. Nie mogą znaleźć i szukają dalej. Przez cały odcinek. Albo jadą metrem - każdy wsiada do innej linii i ma inne przygody. Nic się nie dzieje, ale mimo wszystko coś się dzieje. I często oglądając epizod nawet nie myślę o tym, czy dzieje się coś konkretnego, bo wciąż struktura jest wyraźna i każdy odcinek ma jakiś cel. To na plus. Na minus, że twórcy często korzystają z nieporozumień i przeciągają te żarty ponad limit dobrego smaku. Tam gdzie "Frasier" mógłby bez problemu wszystko załatwić jednym zdaniem (i nadal kontynuować historię w kreatywny sposób!), tam "Seinfeld" magluje byle okazję do tego stopnia, że żart cztery razy przestaje być zabawny. George na bezrobociu próbuje wmówić babce w pośredniaku, że szuka pracy. Jerry nie pamięta jak ma na imię dziewczyna którą podrywa. Najgorszy jest jednak odcinek "Airport", w którym to Seinfeld podróżuje samolotem pierwszą klasą, a Elaine klasą dla zwierząt. Cały odcinek to w zasadzie przebitka między tymi dwiema sytuacjami: Elaine jest źle, Jerry'emu jest dobrze. Podczas seansu było mi nieprzyjemnie. To zresztą częsty motyw tego serialu - ludzie otaczający naszych bohaterów to najgorszy przykład podludzi jaki tylko można było wymyślić. Nawet jeśli nic nie mówią to samym swoim zachowaniem wysyłają mi wyraźny sygnał: "Przestań to oglądać. Wyprowadź się na inną planetę. Nie miej nawet kontaktu wzrokowego z tymi ludźmi". Tak więc wygląda humor w tym serialu, najczęściej. Wraz z kolejnymi sezonami zaczęła się jednak ciekawa zmiana kursu na manipulację wątkami i rekwizytami. I te odcinki uważam za najlepsze, za najlepiej napisane. Z początku wydawało się, że nie ma mowy aby te wszystkie historie w epizodzie zaczęły tworzyć spójną całość, ale na koniec w zaskakujący, nieoczywisty sposób pokrywały się i tworzyły komediowe złoto. Wtedy też serial zaczął mnie naprawdę bawił. Ale to ja. Jeśli was bawi coś innego, nie mam z tym problemu. Powyżej wymieniłem trzy główne metody jakimi serial stara się rozbawić widza. Z mojej strony - wciąż warto poświęcić mu czas, nawet jeśli mówimy tylko o kilku odcinkach.



Najlepsze odcinki "Seinfelda" (kolejność chronologiczna)

1. "The Boyfriend" (3x17-18)
2. "The Contest" (4x11)
3. "The Outing" (4x17)
4. "The Marine Biologist" (5x14) - najlepszy!
5. "The Hamptons" (5x20)
6. "The Opposite" (5x21)
7. "The Race" (6x10)
8. "The Jimmy" (6x18)
9. "The Chicken Roaster" (8x08)
po obejrzeniu 39 odcinków.


Mr. Robot, sezon I (2015) - 6/10. Hakerzy kontra złe korporacje. Albo po prostu: "korporacje", dla tego serialu chyba nie ma większej różnicy. Pieniądze są złe, nasze życie jest sztuczne, wyciągnąć wtyczkę to nie będziemy umieć się odnaleźć... Do tego jeszcze przebitka zdjęć prezydenta USA i premier Niemiec, ludzie protestują na ulicy, ceny na giełdzie spadające w dół z jakiegoś powodu... A ja się zastanawiam: "Czy ten serial ma coś do powiedzenia, czy tylko udaje?". Zdaje się jakby obie opcje były na razie możliwe, a że drugi sezon jest dodatkowo płatny na Amazon Prime to i tak go nie obejrzę... teraz. Konstrukcja całości jest obiecująca i gdyby nie była taka prosta i banalna, gdyby poszczególne momenty były bardziej subtelne i naturalne, to wtedy oglądanie tego mogłoby coś przynieść. Wyobrażałem sobie sceny pozbawione monologu z OFF-u wyjaśniającego mi, jak interpretować czyjeś słowa. Gdybym sam musiał się zaangażować by do tego dojść, wtedy to zaangażowanie by mi się opłaciło. Gdyby aktorzy nie szarżowali i wybrali bardziej subtelne podejście - jak bardziej zapadające w pamięci by to było!... Widziałem tu sekwencje mające potencjał do nakręcenia ich w stylu "Breaking Bad", ale tego nie zrobiono. Serial wciąż ma swój styl, i można uwierzyć, iż twórca ma większy plan na to wszystko, ale póki co ja nie jestem w to zaangażowany. Na zwroty akcji reagowałem wzruszeniem ramion, a seans całości niczego mi nie przyniósł. Żaden wątek nie jest zamknięty, jakby ta seria miała liczyć 11 odcinków albo i więcej. A zamiast tego mamy dziesięć i urwanie.



Transparent (2014) - 5/10. Serial o nowoczesnej rodzinie. Tata okazuje się być kobietą, zamężna córka jest lesbijką, druga córka bierze narkotyki, syn robi dziecko dziecku. Poszczególne wątki skupiają się na tym, jak trudno na przykład jest wyjść z szafy i powiedzieć córce, że wolisz ubierać się w sukienkę. Ale nie skupiają się na przyczynach, na przedstawieniu tego świata, na tym co jest pozytywne. Tu nie ma radości z bycia sobą, z bycia zakochanym, z bycia wolnym. Tu jest tylko ból i nieprzyjemne sytuacje na których twórcy skupiają się, jakby nie było szczęścia na tym świecie. I to druga strona medalu - brak tu poznania tego świata. Człowiek woli się ubierać jako kobieta, bo wtedy dopiero może oddychać... I to wszystko. Przyczyną, skutek, cała droga. Reszta to tylko ból i nieszczęście, bo łazienki w centrum handlowym dzielą się na męskie i damskie. I ostatecznie bycia "trans" okazuje się sprowadzać do "a, chce ubierać się inaczej". Ech. Pod tym względem "Transparent" mocno kojarzy mi się z "Ostatnią rodziną". Nic nie wiedziałem na temat który serial podejmuje, obejrzałem cały pierwszy sezon... I nadal nic nie wiem. Aż boję się traktować ten serial na poważnie, bo skoro bycie trans zależy wyłącznie od tego jakie ciuchy nosisz, i to one wpływają najmocniej na twoje szczęście, to dlaczego ten stan jest przedstawiany jako coś pozytywnego, co należy obronić? - skoro ja i pierdyliard innych ludzi musiała się nauczyć w pewnym momencie ich życia, że strój nie świadczy o człowieku, i nie należy przywiązywać takiej wagi do tego co nosimy... Wiecie, bo byliśmy biedni? A tutaj jest serial który mówi, że szczęście jest uzasadnione od tego co nosisz. Więcej: od tego co ktoś ci powie, że masz nosić, w końcu podział na męskie/damskie ubrania jest w większości sztuczny, i sprowadza się do wcięcia w talii czy innych takich. A więc oglądam ludzi, którzy są mężczyznami i mają problem, bo noszą ubrania o których ktoś im powiedział, że są dla innej płci. I oni chcą nosić inne ciuchy. Jezu, znajdźcie sobie normalny problem. Albo mam lepszy pomysł: znajdźcie sobie jakieś źródło szczęścia! Tego strasznie brakuje w tym serialu. Zamiast tego cały czas twórcy dowalają jakiegoś gringo na scenę, który okazuje się być upośledzony na umyśle. Widzi chłopa w peruce, i w dosłownie trzech zdaniach przechodzi od "To jak mam cię teraz nazywać - dziadkiem czy babcią?" do "TO MOŻE JA TEŻ SOBIE ODPIERDOLĘ FIUTA, CO?!" (serio, chwycił nóż ze stołu). Najgorsze, że na koniec sceny przeprosił i wyszedł, a pytanie wyjściowe pozostało bez odpowiedzi. Dziadek czy babcia? Nieważne. Doceniam ten tytuł za okoliczne przejawy poczucia humoru, ale już wolę kolejny raz obejrzeć odcinek "Scrubs" o gościu, który przyszedł do szpitala po przedawkowaniu viagry i miał erekcję od kilku godzin. Wstydził się, ale na koniec nauczył się śmiać sam z siebie ("Hej, mógłbym grać w bejsbol!"), bo śmiech nie jest czymś złym. I był to wątek poboczny w tym jednym odcinku. "Transparent" poświęca na to sporo energii przez cały sezon i nadal śmiech jest dozwolony tylko w sekrecie. Doceniam też, że twórcy umieją doprowadzić do dobrej sceny kłótni, w której kilka osób się przekrzykuje, i jest w tym energia oraz przejrzystość, porządek. Ale poza tym jestem na nie. To nie jest "mój" serial. Bohaterowie są nudni, ich historie są nudne, twórcy skupiają się na przedstawieniu wyłącznie negatywnych aspektów życia i za cholerę nie umieją przedstawić widzowi tego świata w którym toczy się ich serial. Chyba nawet nie próbują. Może nawet też nie wiedzą? Bo koniec końców przedstawiają niemal wyłącznie problemy towarzyszące starciu z "normalnym" światem. O tym, jak trudno jest wyjść i powiedzieć, że jest się gejem, albo trans, i jak "normalni" na to reagują. O tym najwyraźniej twórcy pojęcie mają. Cóż, ja nie mam potrzeby o tym oglądać. I jeszcze jedno: jestem świadomy, że twórcy mają nieco więcej do zaoferowania, bo są tutaj bardziej autorskie momenty. Po scenie w której bohater próbuje skorzystać z damskiej toalety, z której został wyrzucony (córka broniła go słowami: "To jest mój ojciec, i jest kobietą, i ma pełne prawo tu być" xD) następuje coś, co niby nie ma sensu. Ot, bohater siedzi w pokoju hotelowym i sąsiedzi obok hałasują. Prosi aby się uciszyli, ale nie reagują. Krzyczy, i nic. Siada załamany, i koniec odcinka. Fragment który zmierza donikąd? Mimo to, myśl o tym, że "łamanie niektórych zasad jest społecznie akceptowane, a innych nie, i to nie jest sprawiedliwe" samo przyszło mi do głowy. To cwane użycie obrazu, dzięki temu łatwo współczułem bohaterowi w tamtej chwili.




The Man in the High Castle, sezon I (2015) - 5/10. Serial, który w ogóle nie wykorzystuje swojego świata. Rozgrywa się w rzeczywistości alternatywnej, w której Hitler wygrał WW2 i podzielił USA między Japonię oraz Trzecią Rzeszę. I co? I nic. Mamy tu standardową, wygenerowaną komputerowo opowieść o ludziach działających w podziemiu oraz złych członkach władzy, którzy polują na dobrych. To równie dobrze mogła być Polska, to nie musiała być żadna rzeczywistość alternatywna. Dalej - to nieciekawy i banalny serial jest. Ludzie ważni dla fabuły mogą dostać wiadro naboi w serce i przeżyją. Statyści dostaną kulkę w rękę i umierają. A wcześniej maja okazję by oddać czysty strzał z jednego metra... I pudłują. Pomimo konspiracji i inwigilacji, wszyscy ufają sobie od razu. Mamy nawet takie ograne sceny w których więzień z celi obok zagaduje do naszego bohatera, albo tortury zbudowane wyłącznie z gadania. "Ona i tak cię nie kocha", ech. Nuda. Gdzie jakaś kreatywność? Mamy też super-hiper-twardziela którego wszyscy się boją... A wystarczy bez wysiłku zajść go od tyłu i przywalić krzesłem. A potem zostawić aż się ocknie, bo co my zrobimy potem z resztą serialu...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz