poniedziałek, 5 czerwca 2017

Widziałem w maju dobre seriale. I filmy.




****FILMY****

FILM MIESIĄCA: Złotoręki ("The Man with The Golden Arm", 1955) - 8+/10. Frankie wychodzi z więzienia, gdzie pozbył się nałogu narkotykowego. Na wolności decyduje się zerwać z przestępczą przeszłością. Za kratkami nauczył się grać na perkusji i stara się o angaż w orkiestrze. Niestety, razem z nim chodzą po tym świecie ludzie którzy czerpali zysk z Frankiego będącego na samym dnie. I postarają się, aby ten znów tam się znalazł. "Złotoręki" to przede wszystkim doskonały scenariusz i urok starego kina. Scenografia całej dzielnicy zbudowana w studio oraz twórcy z autentycznym talentem którzy pracowali nad tym tytułem. Ile tutaj postaci, ile wątków! I wszystko to jest zastosowane w zaskakujący sposób, przeplatając się perfekcyjnie, tworząc bardzo życiową i klasyczną konstrukcję dramaturgiczną. To opowieść o sile i wytrwałości. Do tego przepiękna konstrukcja ujęć, przy których kreatywnie korzystano z kamery na kranie. Przygotujcie się tylko na to, że mamy tu jedną z najgorszych postaci kobiecych w historii kina. Zdecydowanie Top 2. Jedna z tych wariatek która gdy słyszy: "Idę zrealizować marzenie swojego życia, to moja jedyna szansa, nie mogę się spóźnić!" to odpowiada: "Zostań i pomasuj mi nogi" i robi dramat. Bądźcie świadomi też, że to rok '55, więc obraz narkotyków odbiega od takiego "The Wire", i to mocno. Dodać do tego, że zapewne niewiele mogli powiedzieć i pokazać... Strzykawka wciąż idzie w ramię, ale takie zachowanie "na głodzie" cechują dobre chęci aby wszystko pokazać w angażujący, pełen energii sposób... I tylko za te chęci należą się pochwały. Trudno jednak jest mi gniewać się na twórców. Zrobili wybitny obraz. GARRET POLECA!




Lady Eve (1941) - 7/10. Młody i majętny mężczyzn trafia w sidła oszustki, która chce go okraść... Ale mimo początkowych zamiarów, zaczyna pałać do niego autentycznym uczuciem. Ta opowieść wygrywa właśnie dzięki urokowi aktorów i ludzi pracujących nad tym, aby kadr był dopieszczony w każdej chwili. To stara szkoła tworzenia, kiedy to obraz mógł być piękny w nierealistyczny sposób. Miękki, oświetlony aż do przesady, a samo postawienie obok siebie ludzi wywoływało pokaz fajerwerków. Takie obrazy ogląda się wręcz z nabożnym szacunkiem. Ale szczególnie chcę tu pochwalić scenariusz tej produkcji. To jak ona bardzo dynamiczna jest! Każda scena ma swój wyraźny cel, wprowadza coś nowego do historii, zmienia jej kierunek i jasno go wyznacza, aby kolejna scena od razu mogła go podchwycić! Wielkie osiągnięcie!



Historie z Yodok (2008) - 7/10. Yodok to obóz koncentracyjny w Korei Północnej. Andrzej Fidyk, reżyser kultowej "Defilady" z 1989 roku, wraca do tematu reżimu, opresji i dyktatury, jaka ma miejsce w tym kraju. Tam za zdradę ojczyzny od razu dostaje się karę. Razem z tobą twoja rodzina. I najprawdopodobniej będzie ona trwać aż do śmierci. Jest kilka osób, którym udało się uciec za granicę, i teraz wspominają. Opowiadają jak to tam wygląda. I tworzą o tym sztukę teatralną, która jest pokazana tu we fragmentach, i sądzących tylko po nich - jest niesamowita! Do tego same wywiady i słuchanie tytułowych historii to niesamowite doświadczenie. Szok, że chociaż wszyscy o tym wiedzą, to nikt nadal nic z tym nie robi ani o tym nie mówi. Jedynie grupa ocalonych wysyła balony na których są ulotki uświadamiające, jak naprawdę wygląda życie w innych krajach. Jedynie Harley w "Lost" zapytał Sun, czy Korea Południowa to "ta dobra czy zła?" Jedynie na stronach ze śmiesznymi obrazkami w Internecie ludzie żartują z dyktatora Kima.



Olimpiada, część I ("Olympia 1. Teil - Fest der Völker", 1938) - 7/10. Gdyby Mallick z takim uczuciem filmował dinozaury, co Leni Riefenstahl filmowała ludzie rzucających talerzami, wtedy "Drzewo życia" byłoby ciekawe. Ale nie jest, chociaż miało dinozaury. A "Olimpiada" to po prostu retransmisja Olimpiady która odbyła się w 1934 roku w Berlinie. Nie było wtedy telewizji, więc trzeba było to wyświetlić w kinie i dziś istnieje jako film. A przy tym trzeba było wymyślić coś takiego jak wizualna transmisja sportowa. Wtedy był tylko komentator w radio, który od czasu do czasu coś powiedział. Reżyserka zaczęła od pokazania źródła kulturowego - pokazała pomniki i inne dzieła sztuki antycznej przedstawiających ideał ciała ludzkiego. A następnie przeszła do pokazywania tych ciał w ruchu, ożywionych. Potem jeszcze bieg ze zniczem olimpijskim... I zaczynamy. Biegi, skoki o tyczce, skoki w dal, wszystkie te atrakcje. I zrealizowane to jest bezbłędnie. 80 lat minęło i oglądałem to wszystko w napięciu. Niezależnie od dyscypliny i mojego zaangażowania. Mogłem to oglądać jednym okiem, ale gdy reżyserka chciała abym uważał, to jej się to udawało.



W pogoni za cieniem ("Thin Man", 1934) - 7/10. Urocza komedia kryminalna, w której detektyw wiecznie trzymający w ręku drinka wraca z emerytury, by rozwiązać zagadkę. Historia jest solidna, ale liczy się tu czar całości. Oraz chemia między bohaterami (Myrna Loy!). A także najlepsze prezenty gwiazdkowe w historii kina.



Mocna kawa nie jest taka zła (2014) - 7/10. Polski średni metraż. W skrócie: zabawna komedia o pojebanych ludziach. A trochę szerzej - o młodym człowieku który wraca do ojca na wieś z zamiarem poprawienia relacji. I okazuje się to trochę trudne, skoro to są tacy pojebani ludzie, że nawet nie można ich poprosić, aby robili lżejszą kawę, bo im odpierdala na miejscu, i występuje wtedy potrzeba dzwonienia po księdza, egzorcystę oraz pudło kociąt na odstresowanie. Dlatego wybierają akceptację, bo "mocna kawa wcale nie jest taka zła". A potem odkrywają jeszcze, że w sumie to mogli trafić gorzej, więc... znowu: "nie jest tak źle". Pogodzenie się zamiast walki o lepsze życie. Przesłanie więc swoją drogą, ale poza tym, to ten seans wspominam bardzo miło! Naprawdę. Dialogi są znakomite - błyskotliwe, treściwe i szybkie. Konstrukcja fabularna nie sprawia wrażenie ukróconej, podczas seansu miałem uczucie oglądania pełnoprawnej produkcji która mogłaby być wyświetlana w kinie przez te 2 godziny. Dzieje się dużo, i zostało to doskonale przycięte. Wszystko znajduje swoje większe zastosowanie oraz cel. Jest w tym średnim metrażu coś prawdziwego, naturalnego i pociesznego. Oglądać z uśmiechem na ustach. Nawet mimo tego, że reżyser zachęca do stagnacji i neguje pracę nad sobą. Nie musimy go słuchać.:)



Triumf Woli ("Triumph des Willens", 1935) - 7/10. Propagandowy dokument Leni Riefenstahl przedstawiający zjazd NSDAP w 1934 roku. Jednym słowem oglądamy jak Hitler przemawia przez 2 godziny. Z jednej strony to jest ciekawostka, i to bardzo udana. Mimo ośmiu dekad na karku ogląda się to znakomicie. Połowa rzeczy które tutaj widzimy wynaleziono na potrzeby tego właśnie tytułu. Przypominam - czasy bez telewizji. Jak przyciąć tyle materiału? Jak to skrócić? Jak przełożyć wrażenie słuchania Hitlera na żywo, aby na sali kinowej słuchanie go również było takie wzniosłe? Czapki w głów same schodzą. Ale z drugiej strony... To jest oglądanie Hitlera przez 2 godziny. Widziałeś pięć minut to tak jakbyś widział całość.



Panie, panowie - ostatnie cięcie ("Final Cut", 2012) - 6/10. Film złożony z innych filmów. To nadal jest normalna fabuła, ale tutaj zamiast kolejny raz kręcić jak ktoś idzie ulicą to wzięli jakiś inny film w którym pojawia się scena chodzenia po ulicy, wycięli ją i wsadzili ją tutaj. Da się za tym nadążyć, i ogólnie jest to strasznie ciekawa awangarda, w którą włożono od cholery wysiłku. Zmontowane to jest bajecznie, i chociaż przez pierwszą minutę byłem nastawiony negatywnie (co to, YouTube?), to podczas seansu właściwego bawiłem się znakomicie. Razem z przyjaciółmi krzyczeliśmy co sekundę tytuł filmu z którego wycięto dany fragment. Świetna zabawa. Na raz. Jeśli obejrzeliście kilka tysięcy filmów i chcecie to świętować, nie ma lepszego wyboru niż seans "Final Cut" właśnie. GARRET POLECA!



Najpiękniejsze fajerwerki ever (2017) - 6/10. Polski short który wygrał w Cannes. Był dostępny za darmo do obejrzenia, więc skusiłem się. Opowiada o młodych nowoczesnych ludziach w życiu których pojawia się konflikt militarny, i to na ich podwórku. Tylko trzydzieści minut, i mając na uwadze, że to wszystko wyszło spod rąk początkujących filmowców - można być zachwyconym. Realizacja i inscenizacja niektórych scen to perełki pod każdym względem, a już szczególnie pracy przy małym budżecie (napad na transport poborowych!). Jest się do czego przypierdolić - są tu takie linijki dialogu od których czuć spermą, bo aż tak się nad nimi brandzlowali po ich wygłoszeniu - ale biorąc pod uwagę całość, i jak wiele tu osiągnięto, to szkoda na to marnować oddechu. Prowadzenie aktorów, również w ujęciach masowych, inscenizacja skomplikowanych i złożonych scen, wykorzystanie masy scenografii... Aleksandra Terpińska to nazwisko, które chcę zapamiętać.



Sie macie, ludzie (2004) - 6/10. Dokument o Ryśku Ridlu, wokaliście zespołu Dżem. Są momenty, kiedy to zagłębiają się w to, kim ten człowiek był (nie chciał być podobny do ojca itd.), ale dosyć szybko zamienia się w opowieść o tym, że Rysiek był fajny. Ale zaczął brać narkotyki, i przestało być tak fajnie. Chociaż Rysiek wciąż był fajny. Ale dlaczego ludzie go kochali, i dlaczego Dżem stał się taki popularny? To nie w tym dokumencie. Inne pytania i szczegóły też nie.



Napromieniowana klasa ("Nuke'em High", 1986) - 5/10. Doskonała produkcja na wspólny seans z grupą znajomych którzy lubią pić. Film zabawny i tandetny w świadomy sposób. Parodiuje i robi sobie jaja otwarcie, czym zbiera sympatię widza. W jednej ze scen nastolatek w końcu dobiera się do ust swojej dziewczyny, i podczas namiętnego zbliżenia się nabiera oddechu, spogląda swojej ukochanej głęboko w oczy, i pyta upojony: "Czy pójdziesz ze mną na festiwal filmów Felliniego?". Wszyscy nagrodziliśmy tę gromkimi scenę oklaskami. GARRET POLECA!



Zero (2010) - 5/10. Krótki metraż brytyjski, rozgrywający się w świecie, w którym każdy jest numerem. Od 1 do 9. Im wyższy tym bardziej ta osoba jest szanowana. a główny bohater jest 0. Zerem. Jedynym na świecie. Proste, wręcz banalne, tylko dla dzieci.



Go Get Some Rosemary (2009) - 4/10. Ojciec który jest bardziej kumplem dla swoich dzieci niż rodzicem. Zaskakujące, że wszystkie te niezależne tytuły tworzone przez artystów-indywidualistów wyglądają identycznie. W ich rękach kamera jest jak zupka chińska. Smakuje tak samo i prezentuje się identycznie. Chociaż przyznam - tym razem nie ma ambientu który brzmi jakby ktoś zasnął na jednym klawiszu. Reszta jest bez zmian, w tym i niżej omawianym "Bóg wie co" (ci sami twórcy zresztą). Oba oglądasz przez 30 sekund i już wiesz wszystko co te tytuły mają do zaoferowania, czyli nic. Trwają tak długo, że nie mogą się skończyć, a gdy przychodzi ostatnia scena... To jest to scena jak każda inna, tylko zaczynają nagle lecieć napisy końcowe.



Bóg wie co ("Heaven Knows What", 2014) - 4/10. Film ku czci narkomana, który terroryzował narkomankę, żeby ta się zabiła, aż ta w końcu podcięła sobie żyły. Dobra robota. Po wyjściu ze szpitala dalej była bezdomna i naciskała na wspomnianego narkomana aby ją pokochał. Bo o tym ten film jest - o nieszczęśliwej, tragicznej "miłości". Ale też trochę o tym, że bohaterami są bezdomni, i ich życie jest monotonne, co pozwoliło reżyserom o tej monotonii opowiedzieć. W monotonny, pozbawiony kreatywności sposób.



Złoty środek (2009) - 2/10. Film w którym kobieta przebiera się za mężczyznę, i nikt nie zwraca na to uwagę. Trochę jak Superman, tylko bez nadziei i całej reszty, a zamiast tego upchnięto do tego filmu kilka grupek które opowiadają między sobą jakieś słabe dowcipy. I w jakiś sposób jest to filmem. Najlepszy moment był na napisach końcowych, gdy jednego gościa określono "mistrzem oświetlenia". Nie chcę być niemiły, ale są tutaj sceny w których ta sama twarz na oddaleniu jest oświetlona a przy zbliżeniu jest dosłownie skryta w cieniu.



Ptakodemedia ("Birdemic: Shock and Terror", 2010) - 2/10. To faktycznie jest jeden z najgorszych filmów w historii. Nakręcony absurdalnie źle i tragicznie, ale ostatecznie jest mi go żal. Nie jestem zły i nie chcę nikogo zabić. Zamiast tego współczuję aktorom, którzy zaufali reżyserowi i zapewne nie wiedzieli aż do premiery jak to będzie wyglądać. Współczuję reżyserowi i reszcie ludzi zza kamery, którym ktoś dał parę tysięcy z poleceniem zrobienia filmu pro-ekologicznego, i zrobili co było w ich siłach. Zapewne pierwszy raz mieli kamerę w ręku, pierwszy raz używali programu do montażu, pierwszy raz występowali przed kamerą. Nie wiedzieli jak zrobić 99% rzeczy, i robili jak umieli najlepiej. To przykry seans.





****SERIALE****



Kochane kłopoty, sezon 1 ("Gilmour Girls", 2000-01) - 7/10. W maju wróciłem do Netflixa, więc chciałem kontynuować "GG"... Ale stwierdziłem, że skoro tak lubię ten serial, to po co mam się śpieszyć? Obejrzę go od początku w całości, bez przeskakiwania żadnych odcinków. To nie jest konieczne, bo wiele epizodów jest samodzielnych, ale co ja poradzę? Samo oglądanie tej produkcji sprawia mi przyjemność. Rory idzie do drogiego liceum, dzięki czemu uda jej się dostać do Harvardu, ale by mieć na to pieniądze jej matka musi dogadać się z jej bogatą babcią. Dziadkowie wyłożą pieniądze, ale oczekują, że to odbuduje ich relacje rodzinne, i te wszystkie trzy pokolenia będą spotykać się raz w tygodniu na kolacji. To sprawia okazję do rozwiązywania wszystkich problemów wewnętrznych, jakie ci ludzie mają (Lorelai, mama Rory, urodziła ją mając 16 lat, przez co okryła swoich rodziców hańbą). Rory z kolei poznaje swojego pierwszego chłopaka, i spędza z nim czas. Swój pierwszy pocałunek, taniec i kłopoty w związkach. Uwielbiam obraz młodych w tym serialu. Ludzi, którzy niewiele wiedzą i popełniają błędy, wciąż jednak zasługują na drugą szansę. Nie stają się dupkami, bo nie wiedzieli lepiej, i idą do przodu. Uczą się życia na swoich wzajemnych przykładach. Tak właśnie powinny wyglądać seriale o dorastaniu.







"New Batman Adventures" (1997-99) - 7/10. Po 10 odcinkach. Jestem świadomy jakie są różnice względem oryginalnej serii o Batmanie, ale tak na serio... To nie czułem ich tak bardzo podczas oglądania. Może dlatego, że widziałem tylko połowę odcinków, ale póki co - obie produkcje prezentują dla mnie ten sam poziom. Lubię je za to samo. Na dodatek, to właśnie w "NBA" są moje ulubione epizody animowanego Mrocznego Rycerza...


Top 3 odcinków

1. Growing Pains ("The New Batman Adventures", 1x08). Wow. Odcinek, który musiał namieszać w głowach każdego dzieciaka który obejrzał go, spodziewając się pościgu za bandytą i dużej ilości bijatyk na pięści. A zamiast tego dostał dziewczynkę, która nie pamięta jak się nazywa. Robin zaprzyjaźnia się z nią i pomaga je znaleźć dom, a gdy poznajemy odpowiedzi... Nie wiemy, jak zareagować. Nawet jako dorośli, motywy poruszone w tym odcinku stanowią prawdziwe unikatowe wyzwanie. Cenię animowanego Batmana za odcinki tragiczne, ale ten jest... gorzki. Każde słowo w finale kuje w oczy. Szczególnie ostatnie zdanie Mrocznego Rycerza: "Czasami w życiu nie ma szczęśliwego zakończenia".
2. Double Talk ("The New Batman Adventure", 1x06). Kolejny z serii odcinków w których odmieniony przestępca wraca odmieniony. Pingwinowi nikt nie wierzył i bawili się jego kosztem, Harley nie była nauczona zasad normalności, a co w przypadku Scar Face'a? Czy pójdą w coś świeżego, czy też znowu usłyszę, że to społeczeństwo zawiodło? Odpowiedź mnie usatysfakcjonowała. Mamy tu podróż psychodeliczną i przedstawienie ciężkiej choroby, która mocna nagięła ramy tej porannej kreskówki dla najmłodszych. Smutna rzecz...
3. Beware the Creeper ("The New Batman Adventure", 2x10). Najzabawniejszy odcinek animowanego Batmana jaki w życiu widziałem! Owszem, konkurencja jest niewielka, ale ten epizod na własną rękę trzyma poziom. Zaczynamy w siódmą rocznicę powstania Jokera - Jack Ryder prowadzi relację z fabryki Ace Chemicals, gdzie nawiedza go Klaun we własnej osobie, i gotuje dziennikarzowi ten sam który spotkał jego. Prowadzący ląduje w kwasie, śmiejąc się pod niebiosa... I od tego momentu zaczyna się zabawa. Kreskówkowa, niepoważna, śmiałem się na głos. Prawie każda scena to skarb. Batman dostaje wpierdol, pół Gotham wybucha pod niebo, Joker błaga Gacka o pomoc, a Robin jeździ na deskorolce jak Marty McFly. Jest zajebiście...



The 100, sezon I (2014) - 5+/10. Minęło blisko sto lat od zagłady ludzkości. Przeżyła tylko garść, w bazie kosmicznej, gdzie właśnie ma zacząć brakować tlenu. Na powierzchnię planety zesłani zostaną przestępcy, aby zbadać, czy warunki na powierzchni w ogóle są zdane do życia. Sekret polega na tym, że za każde przestępstwo karą jest śmierć - chyba, że jest się niepełnoletnim. Dlatego na Ziemi lądują sami nastolatkowie. I tworzą one swoją własną społeczność... "The 100" to przedstawiciel podgatunku Young Adult, czyli jest skierowany do nastolatków zbliżających się do dorosłości. Pisanie o tym serialu zacznę od tego, że mamy tu od groma motywów ukradzionych wprost od "Lost". Są takie które po prostu są, jak obecność retrospekcji czy też główna bohaterka pełniąca funkcję lekarza, ale na inne brakuje słów. Rozbitkowie pierwsze co robią po lądowaniu to wyruszają małą grupką w stronę najwyższego wzniesienia. A potem tworzą inną grupkę, bo jeden z bohaterów został porwanych przez obcych, i znaleźli go wiszącego na drzewie. A w trzecim odcinku mamy ranną postać wyjącą na cały obóz z bólu, przez co wszyscy chcą go tylko dobić. Zgadniecie o którym serialu mówiłem? Pewnie nie. Co samo w sobie złe nie jest, ale "The 100" ma jeden duży problem: jest bardzo źle opowiedziane. Albo inaczej: jest opowiedziane dokładnie tak, jak produkcja YA powinna być opowiedziana. Co to oznacza? Popowe piosenki z radia w ważnych momentach, takich jak lądowanie na planecie Ziemia. Samo lądowanie można przeżyć spokojnie, nawet jeśli odpięło się pasy aby posmakować braku grawitacji. Ogólnie wszelkie skaleczenia są bardziej sugestią niż czymś obiektywnym. Możesz być nawet nadziać się na włócznią i krwawić kilka dni, i tak przeżyjesz jeśli scenarzyści tego chcą. Oni z kolei mają jeden priorytet w tym wszystkim: połączyć wszystkich bohaterów w pary. Reszta ma znaczenie drugorzędne. Przeżycie czy inne faktycznie istotne kwestie nigdy nie są tak naprawdę realne. Ważne jest tylko, aby dana postać całowała się tylko z jedną inną postacią, i musi zobaczyć na własne oczy jak ta druga osoba umiera, aby móc zacząć całować inną. Bez tego będzie w poważnych kłopotach, mówię wam. Ale już na poważnie, narracja jest okropna. Przez pośpiech nic nie można poczuć, wszystko jest spłycone i banalne. Przez pierwsze 15 minut czułem się jakbym słyszał streszczenie kilku książek, tyle informacji tam jest podawanych, że to głowa mała. Jesteśmy pół minuty na stacji kosmicznej, skąd zabierają bohaterów, pakują w statek i już jesteśmy na powierzchni, leci popowa piosenka, bohaterka otwiera szeroko usta bo to w końcu pierwszy moment kiedy jej gatunek od pokoleń widzi na własne oczy drzewa... bo najwyraźniej w kosmosie nikt nie używa mikroskopów... Jak to więc w ogóle działa, jak ten świat funkcjonuje? Masz pytania? Trudne, musimy biec do przodu! Kolejna scena! Kolejny wątek! Kolejna drama! Kłócimy się! Kochamy! Debatujemy! Głupoty mniejsze i większe przelatują po ekranie, i nigdzie nie zatrzymujemy się choćby na chwilę. Szybko zapominamy, że mieliśmy gdzieś po drodze coś czuć. Przy tym wszystko łatwo jest mi poczuć pewien szacunek do twórców. Scenarzyści zapewne mieli plan, aby to wszystko rozłożyć na 22 odcinki w sezonie, ale ktoś im powiedział: "Widz się znudzi, to za dużo. Zmieśćcie to w 13". I zmieścili. Od wydarzeń pęka głowa, zwroty akcji nie nadążają same za sobą, ktoś znika na zawsze i już wraca ku zaskoczeniu wszystkich... Po drodze rżniemy z "Lost" ile tylko damy radę, pamiętajmy o tym. Przy tym jednak twórcy potrafią chwycić uwagę widza na początku, oferując same negatywne postaci które mimo to muszą zacząć budować społeczność, i wtedy nastoletni widz staje wobec problemu: jak w takich warunkach zbudować porządek, wartości? Tu nie ma obiektywnie dobrego wyboru, wszyscy wokół nas zawiedli. Dorośli na stacji to degeneraci, młodzi na ziemi to anarchiści. Co teraz? A no nic, ale i tak da się to oglądać. I mam nawet ochotę na kolejny sezon. Kiedyś.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz