poniedziałek, 2 stycznia 2017

Widziałem w grudniu dobre filmy. I seriale.

Czyli co oglądałem w ciągu ostatniego miesiąca. Dwa słowa o każdym z nich - w tym odcinku o nowym sezonie "South Parku", cztery części "Star Wars" (w tym "Łotr 1"), nowy film Jarmuscha ("Paterson"), Ben Affleck z autyzmem ("Księgowy"), sequel "Gdzie jest Nemo" ("Gdzie jest Dory"), wciągający thriller ekonomiczny "Zakładnik z Wall Street", nowa część "X-Men" ("Apocalypce"), ostatni film Andrzeja Żuławskiego ("Kosmos") i inne.



Paterson (2016) - 8+/10. Adam Driver gra Patersona,

kierowcę (ang. driver) autobusu, w mieście Paterson. Każdy dzień jego filmowego życia znaczy codzienność - ulubione płatki na śniadanie, rutynowa praca, obiad w domu, spacer z psem podczas którego zaglądamy do baru na piwo. Z ulgą oznajmiam jednak, że jest to wciągający i ciekawy film - głównie dlatego, że reżyser nie zostawia tutaj miejsca na zbędne elementy. Każdy pojedynczy element na ekranie jest przemyślany, istotny i zwraca naszą uwagę. Zwykły spacer oglądamy więc z uwagą, bo wiemy, że on do czegoś prowadzi (badum-tss). Nie doświadczamy tutaj tzn. "zabijania czasu". Plejada detali jest tak bogata i różnorodna, że dla każdego pierwszy seans będzie trochę innym doświadczeniem - i dlatego warto oglądać "Patersona" w towarzystwie. Nie tylko po to by wymienić się przemyśleniami oraz interpretacjami, ale także po to, by zwrócić czyjąś uwagę na jakiś detal, który tej osobie umknął. Na przykład, że aktor którego Paterson spotkał na spacerze w niedzielę - on musiał wyjść z tego samego powodu co nasz bohater, prawda? W poniedziałek z kolei żona Patersona opowiada swój sen, w którym były bliźniaczki. W środę Paterson po pracy spotyka młodą dziewczynkę, poetkę -piszącą w podobnym stylu co nasz kierowca... Która okaże się mieć siostrę. Bliźniaczkę. Co to znaczy? CZY to coś znaczy? Gdy wspomniałem o tym znajomemu ten uświadomił mi, że motyw bliźniaków wraca wielokrotnie przez cały film, w tle. I ma to związek z inspiracją prozą poety Williama Carlosa Williamsa. Im więcej myślisz o "Patersonie" tym więcej dostrzegasz w konstrukcji filmu, jak precyzyjnie jest on zaplanowany. Podczas pierwszego seansu zwróciłem już uwagę na to, że wydarzenia co najmniej trzech dni są zapowiedziane poprzedniego dnia ("Paterson, a ty masz komórkę?"). Seans zostawia z pytaniami, intryguje, rozgrzewa i inspiruje. Udaje mu się oddać czar rzeczywistości - w trakcie oglądania wyczekiwałem powrotu do tych codziennych smaczków, jak choćby podsłuchiwanie rozmów pasażerów w autobusie. Znalazłem w tym przyjemność. A na koniec - "Paterson" ma normalną historię, która budowana jest przez cały czas trwania. Znalazłem tu ten sam haust oddechu co w filmie "Wonder Boys". Ale u Jarmuscha jest o wiele więcej - tylko jeszcze tego nie rozumiem. W mojej ocenie - zdecydowanie najlepszy film jaki trafił do polskiej dystrybucji kinowej w 2016 roku.


Ouija: Narodziny zła ("Ouija: Origin of Evil", 2016) - 7/10. Prequel do jednego z najgorszych filmów 2014 roku (którego nie oglądałem, kto wie, może wszyscy się mylą?). Studio zatrudniło do reżyserii Mike'a Flanagana, który ma głowę pełną pomysłów (2013 - "Oculus", w tym roku nakręcił też "Hush") i ponownie mnie zaskoczył tym, że właściwie nie ma tu żadnej niespodzianki. Flanagan zrobił dobry film, operując jednak bardzo ściśle wokół znanych schematów, nadając im tylko świeżości i pazura. Mamy tu historię o medium będącej oszustką, wyciąga kasę od naiwniaków "przekazując im" wiadomości od zmarłego męża itd. Mamy tu też tytułową grę planszową, która dla odmiany zaczyna faktycznie działać - bo okazuje się, że dom postawiono na cmentarzu. Mamy tajemniczą historię posiadłości. Nic złego w tym nie ma, jeśli tylko zrobiono to dobrze. I tak właśnie się stało! "Ouija 2" trzyma w napięciu od początku do końca, oglądałem całość z fascynacją - a geniusz Flanagana objawia się tutaj w tym, że nie mówi widzowi, kiedy ten ma się bać. On woli wysyłać mieszane sygnały i na pierwszym miejscu umiejscowić małą dziewczynkę, dla której odkrywanie "tamtej strony" jest zabawą i atrakcją, po czym stopniowo coraz bardziej zostaje opętana i straszna...



Zakładnik z Wall Street ("Monster Money", 2016) - 6/10. Program telewizyjny poświęcony ekonomii, którego prowadzący nosi śmieszny kapelusz, robi show, tańczy, są różne atrakcje wizualne w stylu takiego "Idź na całość" (zapytajcie rodziców, oni będą pamiętać). Cel programu? Informować, edukować, o giełdzie w USA. Ludzie cenią sobie jego wiedzę i podążają za nią. Do czasu, aż firma którą prowadzący polecił, straciła 800 milionów w ciągu jednej nocy. Ludzie, którzy za jego radą stracili sporo pieniędzy. Jeden z nich stracił o wiele więcej - teraz już mu nie zależy. Trafia do studia z bombą, przykłada klamkę do głowy prowadzącego i grozi zamachem jeśli nie uzyska odpowiedzi na pytanie - jak do cholery firma może stracić 800 milionów i nikt nie zadaje pytań? Zaskoczony jestem "Zakładnikiem z Wall Street". Oczywiście, trzeba zaakceptować najpierw, że to będzie film oparty o ekonomię popkulturową, popularną - w tym świecie śledztwo dziennikarskie może trwać bardzo krótko. Sporo tutaj skrótów, ale sama esencja i zasady wielkiego biznesu są tu przedstawione zrozumiale, jednocześnie dając posmak złożoności samego problemu. Cała reszta już nie wymaga mojego kredytu zaufania






Hunt for Wilderpeople (2016) - 6/10. Młody człowiek zostaje adoptowany przez starsze małżeństwo żyjące gdzieś na nowozelandzkiej wsi. Z czasem adaptuje się do okoliczności i czuje się jak w domu. To przyjemne kino i fani reżysera (Taiki Watiti) mogą oglądać spokojnie. Dostaną sympatyczne i zuchwałe poczucie humoru oraz dużo miłej do oka scenografii, lesistych plenerów oraz pieszczącej uszy muzyki. Początek zapowiada kino znacznie lepsze, jednak po paru niezłych zwrotach akcji okazuje się, że mamy do czynienia z zabawą kinem i to wszystko. Tym razem jest to wariacja na temat "Bonnie i Clyde". Cholernie ciekawa, mądra i udana, ale to nie jest coś, co lubię oglądać. Wciąż warto!



X-Men: Apocalypse (2016) - 6/10. Początek jest najlepszy, gdy kilka samodzielnych historii przecina się by z czasem połączyć siły i płynąć wspólnym torem. Niewielu udaje się taka sztuka, a tutaj mogliśmy właśnie to obserwować - brakuje chaosu, wszystko jest przyjemne, i zostajemy w każdym wątku tyle ile potrzebujemy by nie traktować tego jako przystanku między istotnymi scenami, ale właśnie by potraktować je na równi z resztą filmu. Fabuła? Typowa. Jest zły, trzeba mu przyłożyć lewym sierpowym, the end. Tak, to kolejny filmu który nie ma żadnego powodu by istnieć. Bohaterowie na koniec są w tym samym miejscu i tak dalej. Jedno co się zmieniło to wprowadzenie nowych postaci, i teraz nie muszą tego robić w kolejnej części. Coś jeszcze? Nie. Ogląda się przyjemnie. Brakuje tylko przestrzeni, bo wiele scen nadal toczy się na jakiejś niewielkiej, niepoważnej przestrzeni, gdy treść (np. przemowa Villiana) domagała się rozległych, podniosłych lokacji. A zamiast tego gadamy gdzieś w ogródku za domem, gdzie nawet dla kamery nie było miejsca, i pokazywała ona tylko zbliżenia. Kurczę, dzięki. Ale jednak, na koniec dostaliśmy niezłą akcję, i nawet mogliśmy ją wygodnie oglądać. Miło. Szkoda, że producenci tak naciskali na podkreślanie, jakie to oni mają gwiazdy w obsadzie. "O, babka z , zrób najazd kamery. I jeszcze raz. Trzymaj tam, mówię"







Głośniej od bomb ("Louder Than Bombs", 2015) - 6/10. Film który pozwala nam spędzić kilka chwil z rodziną, która straciła matkę. Mąż, dorosły syn oraz jego brat chodzący jeszcze do liceum. W prasie ma się ujawnić artykuł opisujący figurę jaką matka była, a nasi bohaterowie... myślą o niej. O swoim życiu. Wspominają ją. Brakuje im jej. To przyjemny film w oglądaniu, bardzo fachowo wykonany, z artystycznym zacięciem. Umieszczony poza czasem, ale jednocześnie czytelny i przejrzysty. Możemy skupić się na bohaterach i ich przeżyciach, zastanowić się nad nimi. Strumyk moczu okazuje się wyjątkowo mocnym widokiem. Nie miałbym nic przeciwko kolejnemu seansowi. A może nawet podwyższeniu oceny wtedy, bo może się okazać, że to najlepszy film Triera. Taki... Ludzki.



Top Joachima Triera:

1. Repreise: Od początku raz jeszcze
2. Głośniej od bomb
3. Oslo. 31 sierpnia



Kubo i dwie struny ("Kubo and the Two Strings", 2016) - 6/10. Prosta bajeczka, w której młody bohater musi coś pokonać i uratować kogoś. Nie mam więcej do powiedzenia ponad to, jak piękna animacja jest w tej produkcji. Trudno uwierzyć, że jest poklatkowa.







Łotr 1. Gwiezdne wojny - historie ("Rogue One: A Star Wars Story", 2016) - 6/10. Spin-off do "Nowej nadziei", całkiem popularnym filmie z 1977 roku. Lepiej późno niż za późno. "Łotr 1" opowiada historię rebeliantów, którzy wykradli plany Gwiazdy Śmierci, dzięki którym "New Hope" mogło się wydarzyć. Fabuła filmu wygląda następująco, otóż: wykradli je. The end. Jak widać ten spin-off też wymaga spi-offu, by dodać tło dla postaci i światów tu ukazanych. Ale wbrew pozorom źle nie jest (w końcu takie "Impreium..." też składało się z trzech scen, i nikt nie ma z tym problemu). Miało to wszystko własny charakter, całość wykonano solidnie, jest też miejsce dla jednego pięknego momentu (zarówno wizualnie jak i muzycznie - Giacchino znowu ma w dupie studia i wkłada w swoją pracę więcej uczucia niż reszta twórców na planie razem wzięta). Jeśli chcecie posłuchać więcej - to nagrałem razem z Adrianem (aka Lucky Luke) oraz Grzegorzem (piq) podcast trwający przed montażem więcej niż sam film. Ponad to polecam bardzo zabawną recenzję Nostalgia Critica, który razem z Chrisem Stuckmanem wyciągnął zaskakująco dużo żartów z tej produkcji. Dowiecie się dzięki nim, czemu statek nazywa się "Łotr 1", dlaczego Vader nie walczył na powierzchni podczas finałowego starcia, oraz z jakiego powodu zrezygnowano z klasycznych napisów początkowych.







Kosmos ("Kosmos", 2015) - 6/10. Student wynajmuje pokój w domku wokół którego ktoś wiesza ptaki. Nie zrozumiałem ani słowa z tej adaptacji prozy Gombrowicza. Ale to nie szkodzi, w końcu z "Na srebrnym globie" czy "Pejzaż we mgle" też nic nie zrozumiałem, a zachwycałem się. Niestety, by "Kosmos" sprawił frajdę najwyraźniej trzeba go zrozumieć. A ja nawet książki nie czytałem, i polonistki pod ręką mieć nie miałem, by mi wyjaśniła co poetami pod myślą myślał. Byłem w stanie jakieś interpretacje danych momentów wyciągnąć, ale zaraz wyskakiwał kolejny taki moment. Wnioski moje ulatywały się, zapominałem o nich, i chociaż dostrzegam tu porządek to sensu niewiele. Zawiodłem jako widz. Jakby trwał tak ze cztery godziny i dał odbiorcy trochę przestrzeni, to wtedy może coś by z tego było. Obecnie tempo jest zbyt wysokie, wszystko nakłada się na siebie i jest... kosmos. Ale Jonathan Genêt jest piękny. Tacy ludzie właśnie powinni zostawać aktorami. Cały film powinno się oglądać najlepiej z dubbingiem, byle tylko nie odrywać wzroku od obrazu, by spojrzeć na napisy.






Gwiezdne wojny: Część VI - Powrót Jedi ("Star Wars: Episode VI - Return of the Jedi", 1983) - 6/10. W związku z premierą filmu "Partyzant Jeden i Gwiezdne Wojny" postanowiłem powtórzyć sobie poprzednie filmy z serii. "Nową nadzieję" oraz "Imperium..." obejrzałem w 2013 roku i byłem zdziwiony, jak bardzo te filmy są... ok. Powinienem się zachwycać, ale tak nie było, przejdźmy dalej (notatki są na moim blogu). Teraz czas na "Powrót Jedi", w którym Luke Skywalker po poznaniu tożsamości swego ojca postanawia się z nim skonfrontować i pojednać, nawet ryzykując życie. A przez pozostałe 2 godziny filmu dzieją się jakieś inne rzeczy, które nie są istotne i do niczego nie prowadzą. Najpierw trzeba było uratować Hana Solo po wydarzeniach z "Imperium..." co miało jeszcze mniej sensu niż branie Jennifer do roku 2015 w finale "Powrotu do przyszłości". Potem była już 50 minuta i nie mieli pomysłu co robić, więc... zrobili "Nową nadzieję". Znowu jest Gwiazda Śmierci, znowu ją niszczą, i znowu świętują wygraną... która przecież wcześniej też nie oznaczała wygranej... dlaczego więc zatrzymali się na trzech filmach? Czemu nie na jednym? Jak to jest, że w każdym filmie Rebelianci wygrywają, a mimo to wciąż przegrywają? Ale jest ten główny wątek, i on jest dobry. Przynajmniej taki miał być - dostrzegam, gdzie zmierzali z tym wszystkim, i to miało swój potencjał. Cała wizualizacja wszystkiego, atmosfera, to było przyjemne w oglądaniu. Sam efekt to już inna sprawa, bo znowu jest ten niejasny konflikt z Ciemną i Jasną stroną mocy. Zło w tych filmach jest złe, bo jest złe, nie zadawaj pytań tylko ciesz się jak zabijamy czarnych ludzi. Którzy dla odmiany w tym filmie w ogóle nie stanowili zagrożenia, a jedynie bronili się. I ostatecznie to Imperium wychodzi na tych dobrych, podczas gdy Luke i reszta mogli równie dobrze siać propagandę i na tej podstawie dokonać masowego mordu... Ups. Więc gdy przekonuje ojca by ten przeszedł na dobrą stronę, to słowa które wtedy padają nie mają żadnej wartości. Mogliby używać dowolnych słów, w dowolnej kolejności, tyle samo miałoby to sensu. Inna sprawa, że od momentu gdy Vader nazywany jest ojcem to jego jako postaci już nie można traktować poważnie. Spaceruje sobie z synem, Luke obraca się do niego plecami i wygląda na krajobraz, jakby to było ujęcie z "Przeminęło z wiatrem", a Vader był Butlerem... Nie wiem jak można to oglądać bez rechotania. Generalnie to jest śmiechowy film. Mój "ulubiony" moment to pokonanie Imperatora. Drewniane ruchy Vadera, powtarzanie "No. No. No." gdy tamten stoi dwa centymetry obok, i rzucanie staruszkiem do szybu... Są co najmniej dwa momenty w "Rekinado", które są poważniejsze niż ten kulminacyjny moment dramaturgiczny całego filmu, zamykający na dodatek trylogię. Mógłbym narzekać i śmiać się z tego filmu jeszcze długo, ale chcę zaznaczyć tylko jedno: te filmy są mi obojętne. Oglądałem bo oglądałem, pośmiałem się, wyłączyłem. Nie jest tak, że go nienawidzę. Dostrzegam słabości. Akceptuję, że innym one nie przestrzegają. I tyle w temacie. Chodźmy na herbatę.






How They Get There (1997) - 6/10. Krótki metraż Spike'a Jonze pokazujący dobitnie, że jak chcecie kręcić to bierzcie po prostu kamerę na ulicę i kręćcie! Dwoje ludzi idzie ulicą, nic więcej nie trzeba by mieć u mnie szóstkę.






Gdzie jest Dory ("Finding Dory", 2016) - 6/10. Pamiętacie "Gdzie jest Nemo"? Była tam postać Dory, która miała przypadłość utraty pamięci krótkotrwałej. Ponad dekadę dostaje solowy film. Dowiadujemy się w nim czegoś co już wiemy - że zapomniała. Gdzie są jej rodzice. I chce je odszukać. I... znajduje ich. A potem robimy coś jeszcze, bo to z rodzicami to nie był zbytnio punkt kulminacyjny filmu. A potem "The End". Więc tak, to jest film całkowicie zbędny. Świat nie rusza się do przodu, bohaterowie niczego się nie uczą na koniec, są tacy sami. Ale jak na to, to "Gdzie jest Dory" jest... całkiem przyjemny w oglądaniu. Animacja jest niewiarygodnie miękka dla oka, akcja trzyma równe tempo, całość jest pomysłowa... znowu - ja na tytuł, w którym zabrakło najważniejszego pomysłu ("Po co my to robimy?"). Można obejrzeć i zapomnieć.






Toni Erdmann (2016) - 6/10. Komedia roku z Niemiec, tak przynajmniej odbierałem ten film z relacji znajomych oraz... cóż, wszystkich którzy oglądali. Na Nowych Horyzontach ludzie mieli śmiać się przez cały seans i w ogóle nie czuć upływającego czasu (160 minut!). Cóż, w końcu sam obejrzałem. Okazuje się, że to jest film w którym jest śmierć psa, scena ultra smutnego stosunku seksualnego na który patrzeć się nie da, a cała historia kręci się wokół życia młodej kobiety, pracoholiczki, która nie widzi sensu w tym co robi. Nie śmiałem się tak naprawdę ani razu przez cały film. Widziałem, że kilka razy próbowali, ale każda taka próba jest maglowana do takiego stopnia, że byłem zmęczony i miałem dosyć. Chciałem końca sceny, chciałem końca filmu. Byłem na niego obojętny i oglądałem biernie, byle tylko dobrnąć do końca. Ten tytuł faktycznie potrzebuje montażysty, bo sporo tu jest do wycięcia. Dla przykładu - Toni zakuwa swoją córkę w kajdanki. Śmieją się trochę (bo w tym filmie to jest śmieszne), ona mówi dobra, zdejmij / on: nie mam klucza / szuka klucza / nie ma klucza / dramat / jadą gdzieś na spotkanie biznesowe, córka przeprasza / po drodze wstępują do Rumuna, który gwoździem otwiera kajdanki - koniec motywu z kajdankami. Gdyby to wyciąć to nawet byście o tym nie wiedzieli. Całość oczywiście jest banalna, coś o zatrzymaniu się i cieszeniu chwilą, leżeniu na trawie, rozumiecie. Dzięki aktorom to jednak trzyma poziom.



Intruz ("Here After", 2015) - 5/10. Spotkałem Magnusa von Horna przed premierą "Ostatniej rodziny" i obiecałem mu, że obejrzę jego film jeszcze w 2016 roku. Słowa dotrzymałem w Sylwestra, liczy się, policja mnie nie złapie. Sam film? Zbyt europejski. Zgoda, podoba mi się, że nie jest zajęty wyłącznie generowaniem pustej złości u widza (jak "Zło"), i jest bardziej subtelny, realistyczny. Ale jest też... cóż, europejski. Oglądacie i nic się nie dzieje. Czytacie opis i dowiadujecie się, że główny bohater zrobił kiedyś coś strasznego, trafił do poprawczaka, a teraz go wypisali i wraca do normalnego życia. Ale tutaj go nie chcą, bo jest przestępcą, i traktują go jak psa. A on to znosi z kamienną twarzą, bo nie chce kłopotów. Ok, wracacie do filmu, mija pół godziny i nadal z filmu nie wynika o co chodzi. Są też inne drobiazgi, jak to, że bohaterowie nie używają imion. Ojciec mówi coś do syna, i nie mówi "John", dzięki czemu widz mógłby sobie przypomnieć o nazywać tak bohatera. Gdy na koniec bohater krzyczy na kobietę - ja nie pamiętałem, kim ona była. Spojrzałem na listę twórców, jej postać miała na imię Bea. Czyli kto? Albo to: dziwny styl kręcenia, przynajmniej okazjonalny. W jednej scenie widzimy jak młody syn siedzi przy stole i je posiłek. Ujęcie zmienia się, i teraz widzimy wyłącznie tego młodego przy stole. Ale słyszymy, że przyszedł ojciec i coś gada. Do młodego? Chyba tak. Dopiero po długim czasie ujęcie zmienia się by odsłonić, iż "z offu" doszedł drugi syn który usiadł przy stole, i to do niego było wszystko mówione. Po co taki chaos? Nie wiem. Rozpisuję się o szczegółach, bo temat całości (szkoły są do upy i nie radzą sobie z podstawowymi rzeczami) był już omawiany w podobny sposób, i "Intruz" nie wydaje się wnosić niczego wartego uwagi do stołu. Intencje były dobre, warsztat solidny, ale my to po prostu już znamy.



Jason Bourne (2016) - 5/10. Niepotrzebna kontynuacja po prawie 10 latach. Wzięto znanego bohatera, połączono go byle jak z tematem inwigilacji i internetu zbierającego dane o użytkownikach, z którym nic godnego uwagi nie zrobiono i sprowadzono wszystko do poziomu terrorystów z "Home Alone 3". Poważnie. Rząd polujący na Jasona zachowuje się tak samo jak przestępcy polujący na dziecko w filmie "Alex sam w domu". Niemniej, Damon wie co robi. Greengrass też. Parę scen akcji ma przebłyski. A Vikander wygląda jak facet, i wciąż jest ładna. Ale robi głównie za GPS, a jako postać zmierza tam gdzie cały film, czyli donikąd. Wesołych świąt.






Carol (2015) - 5/10. Pierwsza połowa XX wieku i dwie kobiety, które mają na siebie ochotę, bo... spoglądają na siebie. Tak, wiem, to jest możliwe, ale zamiast budować jakąś relację między nimi twórcy woleli męczyć kolejny raz motyw "wtedy ludzie byli dzicy i nie pozwalali na taką miłość, bo była inna!". I co z tego wynika? A no relacja której fundamentem jest właśnie dramat, że nie mogą ze sobą być, zamiast najpierw pokazać, że czują się ze sobą dobrze bez żadnego konfliktu. Tego tu nie ma. Zamiast tego jest tylko gadanie w stylu: "czuję się winna, bo wolę kobiety". A ja wolę "Brokeback".






Gwiezdne wojny: Część I - Mroczne widmo ("Star Wars: Episode I - The Phantom Menace", 1999) - 5/10. Powtórka. Cofamy się do czasów sprzed "Nowej Nadziei", gdy Obi Wan jeszcze wyglądał jak Ewan McGegor. Jakiś jeden kraj chciał dokonać pokojowego przewrotu stanu w innym kraju, ale tamten inny kraj nie chce na to pozwolić a Jedi mu w tym pomagają - tak mniej więcej wygląda fabuła, która jest tu najmniej istotna, ale o tym zaraz. Czasami mam tak, że piszę mało pozytywnych rzeczy, a film generalnie cenię sobie wysoko. Tutaj jest odwrotnie. "Mroczne widmo" oglądało mi się tak sobie, ale największym minusem dla mnie jest... Krótkość niektórych scen. Mianowicie - jest tu sporo momentów, gdy scena trwa od 5 do 20 sekund. Bohaterowie powiedzą sobie trzy zdania, treść natychmiast się wyczerpuje, nie ma nic więcej do powiedzenia... I przechodzimy do kolejnej sceny. Która też może trwać absurdalnie krótko. Mało przyjemne to jest w oglądaniu. Brakuje tu przestrzeni, zawiniło planowanie by w ciągu tej jednej sceny działo się nieco więcej niż... Natalie Portman pytająca Jar Jara jak z nimi wylądował. Ten udziela odpowiedzi... I cięcie. Ech. Fakt, że jest to film dla dzieci nie przeszkadzał mi zbytnio. Tak, chciałbym by był lepiej zrobiony, ale cóż, "Ritchie Rich" to nie jest i muszę z tym żyć. Ale schemat jest podobny - osoby młode wiekiem ratują sytuację. Sześciolatek wygrywa śmiertelnie niebezpieczny wyścig by zebrać pieniądze na naprawę statku itd. W innych filmach z tamtej dekady lepiej wychodziło nakreślenie sytuacji w której tylko dzieci mogły uratować sytuację. Tutaj nawet tego nie próbują i wielokrotnie czułem delikatne zażenowanie gdy z powagą brali małego Anakina na ważne misje. Ech. Istotne jest też pewnie to, że "Star Wars" zawsze miały w sobie coś dla dzieci. Lukrowane zakończenie "Nowej Nadziei", śmieszkowaty Yoda w "Imperium...", Ewoki w "Powrocie Jedi". A C3PO wciąż jest najmniej lubianą przeze mnie postacią w Star Wars, Jar Jar nie ma do niego żadnego startu. Najnowsza część była jedynie bardziej fundamentalnie skierowana do dzieci i tyle. Dobra, ale co mi się podobało? Poczucie przygody mi się udzieliło, to na pewno. Gdy wpływali do podwodnego miasta, a potem je opuszczali i unikali niebezpieczeństw w postaci ogromnych ryb - tu udzieliła mi się ekscytacja z poznawania nowych krain i oglądania nieznanych widoków. Więcej też w ogóle widać z tego uniwersum, jest ono bogatsze, ładniejsze, bardziej zróżnicowane. A także podjęto starania by wypchać te trochę mięchem, zamiast cały czas "my dobre, wy złe, dlatego się bijemy". Muzyka w finałowym pojedynku była godna uwagi, sam pojedynek też (zaskakująca pauza w trakcie, McGregor). Cholernie szanuję też sam szalony pomysł na film, by zrobić całą trylogię o Anakinie, z czego pierwsza część toczy się gdy jest dzieckiem i widzi miłość swego życia, na co reaguje słowami "Are you an Angel?". Tak naprawdę to reszta produkcji jest obudowana wokół tego pojedynczego momentu. Ponieważ czemu nie?






Atak tyrolskich zombie ("Attack of the Lederhosen Zombies", 2016) - 4/10. Czyli dostałem prezent od dystrybutora w postaci tego filmu zrobionego dla jaj. Szkoda było nie obejrzeć, przyznacie. Fabuła jest oczywista: jakaś chemia powoduje, że zombie powstają. I teraz żywi muszą przetrwać. Różnica jest taka, że wszystko zaczyna się z powodu klimatu - austriackie góry za parę lat mogą nie mieć śniegu, więc go chcą produkować. Środek do śniegu okazuje się zamieniać ludzi w zombie, więc grupa młodych ludzi jeżdżących na desce po śniegu musi teraz zrobić wszystko by przebić się z knajpy na szczycie aż na sam dół. To produkcja skierowana do oczywistej grupy widzów, i jako taka jest idealna - sporo tu humoru, wszystko jest tanie i niepoważne. Jeden z bohaterów gdy orientuje się w sytuacji zamiast dzwonić na policję to dzwoni do kumpla bo on jest maniakiem kina o zombie. I się razem cieszą przez telefon. A czy kumpel wezwie pomoc? A gdzie tam. Zamiast tego powie, jak pokonać zombie. "Wiele zależy od tego, w jakim filmie o zombie teraz jesteśmy" - autentyczny cytat z "Ataku tyrolskich zombie". Poza tym sporo zabijania nieumarłych podczas wykonywania trików snowboardowych i zabawy z tym, że akcja rozgrywa się tu w Europie. A więc mamy zombie mówiący "idi nahui", przerażonego Austriaka który na widok chodzącego trupa krzyczy "SHEISSE", a starsza barmanka wyciąga spod lady hełm SS, karabin maszynowy i pruje do żądnych mózgów gości. Zabawa na całego, jeśli "łapiesz" takie kino. Idealne do jedzenia barszczu przy wigilijnym stole.
Najlepsze w tym wszystkim jest to, że zacząłem czuć potrzebę zrobienia takiego kina na polskim polu. Żeby była zaraza, też wskazujący na jakiś problem (np. społeczny), żeby wypuścić trochę powietrza ze społeczeństwa gdy to się będzie mordować na ekranie. Wiecie, w stylu: trwa dzień niepodległości, po stolicy idzie jak zawsze 30 marszy: KOD, PiS, PO, lewica, prawica, Samoobrona, Liga Polskich Rodzin, SLD, Solidarność, Zomo, ale że wszyscy są Polakami, a Polacy są biedni więc i jedzą tańsze jedzenie robione po kosztach, i wszyscy się rozchorowali i zamieniają się w zombie, z wyjątkiem grupy ludzi która to wszystko wybija w pień. A najlepiej, jakby przetrwało tylko dwóch: Boguś Linda i Adaś Miaułczyński. To by się mogło udać w mojej ocenie. Mamy mnóstwo aktorów i aktorek, których widok bycia pożeranymi na ekranie wywoła naszą ekscytację. Nie mamy budżetu by zrobić z tego "Dzień żywych trupów", więc tym lepiej.
Wesołych świąt.
A jak chcecie obejrzeć "Atak tyrolskich zombie", to tutaj możecie, za 9 zeta:







Gwiezdne wojny: Część II - Atak klonów ("Star Wars: Episode II - Attack of the Clones", 2002) - 4/10. Ktoś chce zabić Padme w ramach dużej polityki, więc Anakin robi jako jej ochroniarz. I tak zawiązuje się między nimi romans. Z prequelami SW jest tak, że wszyscy już napisali, jak zły ten film jest, więc ja nie muszę tego udowadniać. Mogę zaakceptować, że jest źle, i po prostu oglądać. Trudno, Anakin nie lubi piasku, wsio ryba. Ponad to, to nie jest produkcja tak zła, że denerwuje - wręcz przeciwnie, jest banalna i nudna. Seans szybko wylatuje z pamięci, więc w głowie zostaje tylko to co chcę pamiętać, bo było akurat... Udane. Jak to, że Anakin wyskoczył na japę z samochodu podczas pościgu otwierającego film. Albo to, że Padme umie o siebie zadbać...




Look at Life (1965) - 2/10. Krótki metraż George'a Lucasa, pierwsza rzecz jaką zrobił w szkole filmowej gdy dali mu kamerę do ręki. Bawił się jeszcze.




**** SERIALE ****

Miasteczko South Park (sezon XX) - 9/10. Dziesięć odcinków, każdy po 20 minut, jedna wielka fabuła - w której Duńczycy wypowiadają wojnę trollom Internetowym, dziewczyny wypowiadają wojnę facetom, Cartman leci na Marsa z Elonem Muskiem, a Mr. Garrison zostaje prezydentem Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. 20 sezon "South Park" należy kategorii kina przygody, w którym nigdy nie wiesz co wydarzy się potem. Jak bohaterowie rozwiążą dany problem, i do czego to ich doprowadzi. Wszystko zaczyna się od tajemniczego trolla internetowego, który terroryzuje szkołę w miasteczku, atakując zdjęcia dziewczyn i wstawiając penisy w ich usta. Dziewczyny oskarżają mężczyzn, że jako płeć uznają to za zabawne i wyrażają na to zgodę. To otwiera wszystkie główne motywy tego sezonu - walkę płci, pogoń za nostalgią i innymi czasami, dwubyt ludzi w Internecie i poza nim - prowadząc do najważniejszego, czyli walki z trollami w Internecie. A to oczywiście prowadzi do dyskusji o to, czy są oni dobrzy czy źli? Czy mają prawo do robienia tego, co chcą? Czy w ogóle przejmować się nimi? Robić coś z nimi? Jak robić? Jednym z największych punktów tej historii jest ogłoszenie wynalazku Duńczyków, który sprawi, że wszelka aktywność internetowa danego człowieka będzie dostępna publicznie. A więc trolle przestaną być anonimowe. To prowadzi do opowieści o prywatności i w jakim stopniu (jeśli w ogóle) ktoś ma prawo do korzystania z takiego wynalazku. A to jest niebywale odświeżające. Oglądanie produkcji poruszające takie tematy z otwartą, chłodną głową. Twórcy mają wiele do powiedzenia, i myślą w ogromnej perspektywie. Mówią coś i potem stosują to do innych poziomów i zagadnień, sprawdzając i pokazując, jakie ma to zastosowanie w innych przypadkach. Konfrontują ze sobą sytuacje, kontrastując je i na koniec liczą tylko, że widz przemyśli sobie pewne tematy i dojdzie do tego, czego on tak naprawdę chce. W końcu trzeba samemu odpocząć, spojrzeć na ten serial z perspektywy i zobaczyć, jak wielkim trollem cały ten sezon był. Cholera, cały czas czuję się jakbym pisał o dowolnym innym sezonie "South Parku". Z tych poważniejszych, znaczy. Kompletnie nową rzeczą w tym sezonie na pewno jest nawiązywanie do poprzednich sezonów. Mamy/mieliśmy elekcję w USA, więc co robimy? Przypominamy odcinek w którym Sten musiał wybrać między Giant Douche i Turd Sandwich. Cały sezon dotyczy trolli? A więc do akcji wraca troll który męczył bohaterów przez Internet w odcinku "Make Love Not Warcraft"! To było 10 i 12 sezonów temu!!! Dodatkowo twórcy cały czas bezbłędnie trzymają rękę na pulsie teraźniejszości. Dość powiedzieć, że pojawia się tutaj Hillary Clinton by wysadzić w cholerę wspomniany wynalazek Duńczyków, bo nie chce by jej poczta elektroniczna ujrzała światło dzienne. Ale wszystkie te odniesienia do rzeczywistości wciąż są dodane w taki sposób, że nie trzeba ich rozumieć, by nadążać za akcją. Można oglądać bez nich. Jak zawsze zapominam, że to też serial komediowy, a nie publicystyczny. Cóż, tak, w tym nadal jest idealny. Skala tematów i sposób w jaki są one poruszane, by po prostu z nich pożartować, jest poza zasięgiem innym komików. Trzeba tylko zaakceptować, że gdy produkuje się sezon całościowy, to czasem trzeba robić coś innego niż sypać żartami. Osobiście, najbardziej śmiałem się na przedostatnim epizodzie, gdy Ike obraża swoją matkę i gdy Prezydent Garrison rozmawia przez telefon ze swoim kochankiem. Umierałem ze śmiechu gdy oglądałem. Albo gdy cała fabuła była wywracana do góry nogami by odkryć, że wszystko tu było tylko jednym wielkim trollem... Finał cholernie satysfakcjonuje, sprawnie zamykając jedne wątki a drugie zostawiając na przyszłość. Mr. Garrison jest prezydentem, Member Berries są tajemnicą, J.J.Abrams dalej zbiera pochwały za "Przebudzenie mocy", a Cartman dalej ma dziewczynę. To co jednak zakończono w tym sezonie, podsumowane zostało dwuznacznym monologiem Kyle'a w którym optymizm ściera się z niepewnością jutra. Ostatnia scena wywołuje ostatni śmiech, który natychmiast milknie, by ustąpić pytaniu: "Chwila, to z czego ja się teraz tak w sumie śmieję?" BoJack byłby dumny z tak niejednoznacznego zakończenia.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz