poniedziałek, 3 października 2016

Obejrzałem we wrześniu dobre filmy.





Kiler (1997) - 7/10. Powtórka. Taksówkarz Jurek Kiler zostaje wzięty omyłkowo za seryjnego zabójcę. Przez każdego, czyli policję, dziennikarzy oraz świat przestępczy. Jednym z tych ostatnich jest Siara, któremu udaje się wydostać naszego bohatera z więzienia... tylko po to, by zlecić mu zabójstwo. Jurek nigdy w życiu nikogo nie zabił, a teraz musi wykombinować jak to zrobić, by zachować życie, uniknąć kryminału, i by każdy był zadowolony. I co? I to robi. "Kiler" to cholernie inteligentny tytuł. Intryga jest bezbłędna, dialogi zapadają w pamięci, a Jurek, Ryba, Siara i Ewka powinni dostać własny serial, gdyby tylko nie wystrzelali się nawzajem w pierwszej wspólnej scenie. Z przyjemnością wróciłem do tej produkcji po... prawie dwóch dekadach? Doskonała zabawa!








Czerwone trzewiki / The Red Shoes (1948) - 7/10. Uwielbiam takie kino! Język, którego bohaterowie używają! Ich maniera! Ta produkcja ma tyle klasy, stylu i szyku, że ten widok odejmuje mi mowę. Jeśli podobnie jak ja macie w sobie miękkie miejsce dla listów otwieranych specjalnym nożem przy śniadaniu do akompaniamentu słuchanej na żywo gry na pianinie tuż obok - pokochacie tę produkcję. Ponad to, jest ona wybitnie wyreżyserowana. Nawet trudno mi to teraz nazwać i sprecyzować, gdzie jest tego zasługa, ale dosłownie nie mogłem się oderwać od seansu. "Czerwone trzewiki" ogląda się zbyt dobrze, by nawet sprawdzić maila. Opowiada o ludziach pracujących w teatrze nad przedstawieniem baletowym. Pisanie muzyki, ćwiczenia taneczne, presja, emocje i pytanie: "Czy dam radę?". Do tego urok i wyzwanie jakim jest bycie artystą. A scena tytułowego przedstawienia jest sceną wybitną. Najlepszy balet w  historii kina.


Sportowiec mimo woli (1939-40) - 7/10. Urocze screwball comedy z podczaswojennej Polski. Film zniszczony, częściowo stracony, kręcony przed wojną, produkcja wstrzymana przez wrzesień '39 roku, a premierę miała rok później. W 2015 roku zrekonstrowano go cyfrowo. Fabuła? Piątek zostaje pomylony z Czwartkiem, i dlatego fryzjer będzie grać w hokeja. O tak. Jest zabawnie, ciepło i w stylu starego, polskiego kina. Trochę pośpiewają i wszystko będzie dobrze. Anegdota o zwariowanym fryzjerze, który przystawił ostrze klientowi do gardła i zaczął gadać głupoty - najlepsze!


Oczy szeroko zamknięte / Eyes Wide Shut (1999) -  6/10. Powtórka. Kubrick portretuje ludzi pragnących odgrodzić się od rzeczywistości. Nie widzieć tego, co ich otacza. Bill jest lekarzem. Nie myśli o kobietach które dotyka w pracy. Gdy słyszy prawdę o swojej żonie, wybiera ucieczkę. A gdy dostaje wybór - czy woli wierzyć, że jego działania miały poważne skutki, albo nie miały ich wcale - wybiera to drugie. Mam wrażenie, że jest to film skierowany do poprzedniego pokolenia. Opowiedzenia o nich. Mam wrażenie, że ludzie, którzy przyszli po nich, łatwiej umieją się porozumieć i powiedzieć co im leży na wątrobie. Dla mnie ostatni film Kubricka jest zbyt oczywisty. Szybko złapałem przesłanie, ale jednocześnie myślałem, że tu będzie chodzić o coś więcej. Okazało się, że jest inaczej. 








Cierpliwość / With a Little patience (2007) - 6/10. Lubicie "Syna Szawła"? Okazuje się, że reżyser tamtego filmu popełnił już podobny tytuł kilka lat temu. Długie ujęcia, spokój i cisza, znajomy styl prowadzenia aktorów. Obejrzeć jak najbardziej warto, choćby dla zakończenia które niby wszyscy odczytują podobnie, ale co do szczegółów to każdy co innego dodaje. 






Siedmiu wspaniałych (1960) - 6/10. Powtórka. Łagodny, bezpieczny, wygodny i tekturowy filmik. Widać po nim znak czasów w których powstał, i trudno mieć mu to za złe. Dosyć łatwo jest zaakceptować te wszystkie zagrania z których korzysta. Czasami tylko mnie szlag trafiał, gdy na przykład jeden z bohaterów stał na posterunku pod ostrzałem, i w tym dramatycznym momencie dzieciaki kręciły się wokół niego, wprowadzając element komediowy. A powinny zostać rozstrzelone na miejscu w ułamek sekundy, ale nie w tym filmie. Tutaj widz nie jest gotowy na takie rzeczy. On śmierć może zobaczyć tylko w sytuacji gdy przed nią występuje patetyczna przemowa od postrzelonego kowboja.


Pan Idealny / Mr. Right (2015) - 6/10. Anna Kendrick gra tutaj dziewczynę, której nikt nie chce. To pierwszy poważny problem tego filmu, trudno go potraktować na poważnie i dać wiarę w to wszystko. Widz częściej się zastanawia, czy coś tutaj nie wyszło, i dlatego żart nie działa, czy też takie właśnie były intencje twórców, i dlatego żart działa. Widać tu wyraźnie mieszanie współczesnego poczucia humoru (ogłaszanie światu, że jest się niezręcznym) z tym, co było parę dekad temu. Widać, że te żarty mógłby działać w "Zabójczej broni", ale dzisiaj za kamerą stoją inni ludzie, którzy nie czują tego typu kina. I wychodzi z tego taki "Pan Idealny", który miał ogromny potencjał. Sam Rockwell znowu gra jedną z najlepszych postaci w historii kina, jego sceny ze Stevem są przezabawne. Gościa chce się oglądać, ale film jako taki to... Nic specjalnego. To nawet nie jest film. To jest pilot serialu. Fabuła jest byle być, by widz poznał tych bohaterów. Mógłbym na koniec powiedzieć: "to nie było nic specjalnego, ale w sumie chętnie zobaczę kolejny epizod". Ale nie na niczego więcej. To wszystko co dostajemy. 


Men O'War (1929) - 6/10. Krótki metraż z Flipem i Flapem, w którym z ery niemej przeszli do kina dźwiękowego. I wyszło im to całkiem przyzwoicie. 





Złe nasienie (1934) - 5/10. Historia za kamerą ciekawsza niż sam film. Billy Wilder ucieka z nazistowskich Niemiec i trafia do Francji, gdzie ledwo zna język, i kręci swój debiut. Na dekadę zanim w Hollywood nakręci swój następny film, który już przejdzie do historii. A co do "Złego nasienia"... to taki tam kryminałek. Nic szkodliwego, obejrzeć można, nie zapada w pamięć. Część materiału musiała być zapewne improwizowana, nie było jakiegoś spójnego pomysłu na całą fabułę. Kino gatunkowe na swoim najbardziej podstawowym poziomie.




Bitwa Warszawska 1920 (2011) - 3/10. Borys Szyc bierze z ulicy komunistyczną ulotkę propagandową i czyta ją na głos, śmiejąc się z tego co tam jest. Zostaje za to skazany na śmierć (bo jest wzięty za bolszewika). A ja myślałem, że to będzie film o bitwie Warszawskiej. Nie wiem, dlaczego. Przecież Polacy nie potrzebują innych narodów by się mordować. Każdy to wie... Cóż, film jest jednym z tych, które nie działają na żadnym poziomie i w każdej scenie jest coś nie tak, ale w innych sposób. Scena w klubie? Słychać tylko jak bohaterowie rozmawiają. Tańce i reszta tła wyciszona. Sfera kostiumowa? Pomijając liczne szczegóły (balony zabawki?) to wygląda jak banda ludzi w ubraniu ze sklepu z kostiumami, którzy wyszli na krakowskie przedmieście i... To tyle. Nie ma iluzji cofnięcia się w czasie. Ja rozpoznaję te budynki, widziałem je z bliska, a na potrzeby filmu nic z nimi nie zrobiono. A jak wygląda aspekt historyczny? Niewyjaśniony. Nie wiadomo, co się dzieje i o co się biją. Zdobycie Kijowa wygląda tak, że w jednej scenie wyruszają ze stolicy Polski na Ukrainę, a w drugiej cieszą się ze zwycięstwa. Ech. Piłsudski jest pasywny, tylko gada i wszystko powierza Bogu. Koniec końców jest zbędny i żartuje na koniec, że Polacy w ogóle nie będą świadomi, jaką rolę spełnił w tym starciu. A całość zostanie pewnie nazwane jako Cud nad Wisłą, bo wygrali ją dzięki Bogu a nie jakimś umiejętnościom lub taktyce... Wielki policzek wymierzony każdej ludzkiej jednostce która kiedykolwiek żyła na tej planecie. I jakby tego było mało, to film jeszcze obraża Kościół. Jest tu scena w której ksiądz prowadzi ludzi na rzeź. Dlaczego? Bo on trzyma krzyż i nic się nikomu nie stanie na polu walki. Ruszyli za nim i umarli na miejscu. Bez powodu, lepiej było się wycofać. Nie wiedziałem, że Kościół może tak nienawidzić życia ludzkiego. Jak tylko to zobaczyłem to film mi się urwał. Obudziłem się trzy dni później. Policjanci powiedzieli mi, że rozebrałem cztery kościoły gołymi rękami, cegła po cegle. Zapytali mnie, czemu to zrobiłem. "Ostatnie co pamiętam to seans Bitwy Warszawskiej". Wypuścili mnie na miejscu. Tylko tyle mogli dla mnie zrobić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz