poniedziałek, 3 października 2016

Obejrzałem we wrześniu dobre filmy.





Kiler (1997) - 7/10. Powtórka. Taksówkarz Jurek Kiler zostaje wzięty omyłkowo za seryjnego zabójcę. Przez każdego, czyli policję, dziennikarzy oraz świat przestępczy. Jednym z tych ostatnich jest Siara, któremu udaje się wydostać naszego bohatera z więzienia... tylko po to, by zlecić mu zabójstwo. Jurek nigdy w życiu nikogo nie zabił, a teraz musi wykombinować jak to zrobić, by zachować życie, uniknąć kryminału, i by każdy był zadowolony. I co? I to robi. "Kiler" to cholernie inteligentny tytuł. Intryga jest bezbłędna, dialogi zapadają w pamięci, a Jurek, Ryba, Siara i Ewka powinni dostać własny serial, gdyby tylko nie wystrzelali się nawzajem w pierwszej wspólnej scenie. Z przyjemnością wróciłem do tej produkcji po... prawie dwóch dekadach? Doskonała zabawa!

- Siara? To gówno w błyszczącym dresie zlecił mnie zabić?
- Chce pan o tym porozmawiać?
- Bardzo kurwa-jego-mać-chętnie!






Sing Street (2016) - 7/10. Irlandzka młodzież zakłada zespół rockowy w czasach świetności The Cure, a wszystko zaczyna się od kobiety, której trzeba jakoś zaimponować. Film podejmuje wiele tematów - tworzenie muzyki w młodym wieku, życie z rodzicami którzy nigdy siebie nie kochali, oraz bycie pogodzonym ze swoim smutkiem. Co to znaczy? To znaczy, że przestajemy tworzyć muzykę popową. Akceptujemy życie jakim jest i będziemy sobie z tym radzić. Do tego sporo pozytywnej energii, film ogólnie nastraja bardzo optymistycznie do życia i wiary w swoje możliwości. Jest tutaj niezręczność i nieśmiałość związana z takimi elementami jak pierwsze występy przed ludźmi, ale hej! - jeśli ja je przeżyłem, to wy ich nawet nie zauważycie. Cała obsada, szczególnie młody prowadzący, zyskali z czasem moją sympatię. Udźwignęli to niełatwe zadanie śpiewająco (badum-tss). Do tego najlepszy teledysk roku do piosenki "Drive It Like You Stole It" (i nie mam na myśli tego, co jest na YouTube), najlepsza postać żeńska roku (kobiety znającą swoją wartość zawsze będą wygrywać) i najlepszy starszy brat ro... co jest większe niż rok? Nieważne. A wygrał nastolatek z gaśnicą na dyskotece. Albo zespół klaszczący na wybrzeżu, sam nie wiem.
...Adam Levine?!

- Co myślisz?
- To byłby odważny ruch. Może nas zniszczyć... Zróbmy to.







Czerwone trzewiki / The Red Shoes (1948) - 7/10. Uwielbiam takie kino! Język, którego bohaterowie używają! Ich maniera! Ta produkcja ma tyle klasy, stylu i szyku, że ten widok odejmuje mi mowę. Jeśli podobnie jak ja macie w sobie miękkie miejsce dla listów otwieranych specjalnym nożem przy śniadaniu do akompaniamentu słuchanej na żywo gry na pianinie tuż obok - pokochacie tę produkcję. Ponad to, jest ona wybitnie wyreżyserowana. Nawet trudno mi to teraz nazwać i sprecyzować, gdzie jest tego zasługa, ale dosłownie nie mogłem się oderwać od seansu. "Czerwone trzewiki" ogląda się zbyt dobrze, by nawet sprawdzić maila. Opowiada o ludziach pracujących w teatrze nad przedstawieniem baletowym. Pisanie muzyki, ćwiczenia taneczne, presja, emocje i pytanie: "Czy dam radę?". Do tego urok i wyzwanie jakim jest bycie artystą. A scena tytułowego przedstawienia jest sceną wybitną. Najlepszy balet w  historii kina.




Sausage Party (2016) - 7/10. Produkty spożywcze to najszczęśliwsze istoty pod słońcem, gdy Bóg (człowiek) bierze je na ręce i zabiera z półki w supermarkecie, żeby zabrać do domu. Dlaczego tak się dzieje? I co się stanie, gdy poznają okrutną prawdę, iż ludzie w rzeczywistości jedzą je wszystkie, by przybrać na sile? Cóż, to brzmi jak ryzykowny pomysł, który wymagałby ogromnych pokładów wyobraźni by w ogóle go rozwinąć, a potem jeszcze zakończyć sensownie. I tak właśnie się stało. Pierwszy akt jeszcze tego w pełni nie zapowiada, ale drugi jest idealny. Co do zakończenia - osobiście pomyślałem o tym, że mogliby pójść w temat reinkarnacji, ale nie będę się teraz mądrzyć. Nie rozpisywałem swojego pomysłu, nie wiem, jak by to wyszło w praktyce. Twórcy poszli gdzie indziej, i wyszli z pewnością obronną ręką. Na koniec to oni dyktowali warunki. Udowodnili, że są inteligentni, mądrzy i mają poczucie smaku oraz humoru. Na koniec mogli pozwolić sobie, by im odpierdoliło. Co my tu mamy - parodię wielu filmów, w tym "Szeregowca Ryan'a" (kocham tę scenę!). Mamy mnóstwo gier słownych (Meat Loaf śpiewa "I'll Do Anything For Love"!). Mamy inteligentny komentarz na właściwie każdy współczesny temat. Piszę teraz kompletnie szczerze: jeśli film jest na tyle mądry, by powiedzieć: "Oczywiście, że mają cię gdzieś, chociaż masz rację. Nazwałeś ich debilami. Musisz zaproponować im lepsze rozwiązanie. Musisz dać im nadzieję", to ja mogę wiele takiej produkcji wybaczyć. A "SP" nawet nie musiało korzystać z mojego kredytu. Wspaniała zabawa, która jednak wymaga od odbiorcy właściwego poczucia humoru. I za to traci na starcie wielu inteligentów. Trudno. Mnie nie straciła. Wyczekuję kolejnego seansu, już bez żadnych polskich napisów, by w pełni dostrzec ilość gry słownej.




Blood Father (2016) - 7/10. Raz do roku trafia się taka męska produkcja. Tym razem mamy Mela Gibsona w roli ojca, tatuażysty i byłego więźnia oraz uczestnika spotkań AA, z którym kontaktuje się córka. Nie widział jej od lat. Nie miał nawet pewności, czy wciąż żyje. Na szczęście jest cała i zdrowa, ale potrzebuje pomocy - szukają jej niebezpieczni ludzie. Dochodzi do spotkania rodzinnego, które przeradza się z czasem w podróż po południu Stanów Zjednoczonych. To twarda opowieść, którą ciągną bohater: ojciec jest tutaj człowiekiem poważnie doświadczonym przez życie, który nigdy nie był komandosem, ale musiał sobie jakoś poradzić. I to widać obecnie. Zna to środowisko, i już drugiej szansy na tej ziemie dla niego nie będzie. A jego córka to kobieta z charakterem, która umie przypomnieć ci, gdzie jest twoje miejsce... I robi to z urokiem osobistym. Miła odmiana. Rzadko spotykana. Plus najlepszy dialog roku:



- Do you ever think about what the world would be like without you? If I just went ahead

and killed myself, this would all be over.
- Oh, so, that's where we're at. Givin' up. Fine. You kill yourself,
then I'll kill myself. I'll take some innocent people with me. How'd that be?
- You think I'm kidding, dad, but I've tried.
- Yeah, so have I, plenty of times. Where does that get us?
- I took all of my stepdad's pills when I was 12.
- Girls take pills when they want somebody to find'em.
- I tried to hang myself when I was 10-years-old.
- Well, that didn't work very well.
- Do you understand what I'm trying to tell you?
- Yeah, sure, congratulations.
- I was 10-years-old!
- Yeah, I knew a 10-year-old kid. Killed his whole family with a rock.
- What the fuck does that mean? Why don't you ever listen to me?
- I'm listening, okay? Look, feel this, right up here.
- No.
- Yes. Come on, it's important. Feel it, come on.
- Oh, my god! What is that?
- Yeah, drove my bike off a cliff on the pch, split my head wide open. Now, the point is, i meant to do it. But they saved my ass anyway and that's a steel plate in my head. And look at this.
- No, I don't want to. You're a fucking cyborg.
- I opened up my wrist in prison, then I got sepsis. Spent two months in the prison hospital watching game shows and then I really wanted to kill myself.
- All right, you win.
- No, no, no. There's no winning or losing. You either wanna wake up in the morning, or you don't. And if you can't find a way to live with yourself, well then, why run? Why come to me? Why do any of this?
- I don't wanna die.
- What was that?
- I don't wanna die.

- That's right. You don't wanna die. 'Cause you're a 17-year-old kid and you got a lot to live for. Okay? You may not wanna wake up tomorrow, but the day after that might just be great. Might be the best fucking day of your life, you know? You don't wanna miss it, right?




Sportowiec mimo woli (1939-40) - 7/10. Urocze screwball comedy z podczaswojennej Polski. Film zniszczony, częściowo stracony, kręcony przed wojną, produkcja wstrzymana przez wrzesień '39 roku, a premierę miała rok później. W 2015 roku zrekonstrowano go cyfrowo. Fabuła? Piątek zostaje pomylony z Czwartkiem, i dlatego fryzjer będzie grać w hokeja. O tak. Jest zabawnie, ciepło i w stylu starego, polskiego kina. Trochę pośpiewają i wszystko będzie dobrze. Anegdota o zwariowanym fryzjerze, który przystawił ostrze klientowi do gardła i zaczął gadać głupoty - najlepsze!


Oczy szeroko zamknięte / Eyes Wide Shut (1999) -  6/10. Powtórka. Kubrick portretuje ludzi pragnących odgrodzić się od rzeczywistości. Nie widzieć tego, co ich otacza. Bill jest lekarzem. Nie myśli o kobietach które dotyka w pracy. Gdy słyszy prawdę o swojej żonie, wybiera ucieczkę. A gdy dostaje wybór - czy woli wierzyć, że jego działania miały poważne skutki, albo nie miały ich wcale - wybiera to drugie. Mam wrażenie, że jest to film skierowany do poprzedniego pokolenia. Opowiedzenia o nich. Mam wrażenie, że ludzie, którzy przyszli po nich, łatwiej umieją się porozumieć i powiedzieć co im leży na wątrobie. Dla mnie ostatni film Kubricka jest zbyt oczywisty. Szybko złapałem przesłanie, ale jednocześnie myślałem, że tu będzie chodzić o coś więcej. Okazało się, że jest inaczej. 








Cierpliwość / With a Little patience (2007) - 6/10. Lubicie "Syna Szawła"? Okazuje się, że reżyser tamtego filmu popełnił już podobny tytuł kilka lat temu. Długie ujęcia, spokój i cisza, znajomy styl prowadzenia aktorów. Obejrzeć jak najbardziej warto, choćby dla zakończenia które niby wszyscy odczytują podobnie, ale co do szczegółów to każdy co innego dodaje. 






Siedmiu wspaniałych (1960) - 6/10. Powtórka. Łagodny, bezpieczny, wygodny i tekturowy filmik. Widać po nim znak czasów w których powstał, i trudno mieć mu to za złe. Dosyć łatwo jest zaakceptować te wszystkie zagrania z których korzysta. Czasami tylko mnie szlag trafiał, gdy na przykład jeden z bohaterów stał na posterunku pod ostrzałem, i w tym dramatycznym momencie dzieciaki kręciły się wokół niego, wprowadzając element komediowy. A powinny zostać rozstrzelone na miejscu w ułamek sekundy, ale nie w tym filmie. Tutaj widz nie jest gotowy na takie rzeczy. On śmierć może zobaczyć tylko w sytuacji gdy przed nią występuje patetyczna przemowa od postrzelonego kowboja.


Siedmiu wspaniałych / The Magnificent Seven (2016) - 6/10. Proszę, oto remake lepszy niż oryginał z 1960 roku. Obawiałem się, że dostanę jeszcze bardziej uproszczoną opowieść niż 56 lat temu, a tutaj czekała mnie miła niespodzianka. Film pana Fuqua jest bardziej koherentny, dynamiczniejszy, brutalny, a nawet pełny życia. Tutaj nie czuć scenografii i tektury. Poprawiono też elementy oryginału - teraz nie ma na przykład nudnego motywu rekrutacji, gdzie każdy "Wspaniały' najpierw mówi, że tego nie zrobi, a w następnej scenie przystępuje, bo... w ten sposób film dłużej trwa bez żadnego uzasadnienia. Albo to: nie ma tego staruszka, który mieszka po drugiej stronie rzeki i mówi, że on się nie przeniesie, mogą mu skoczyć. O wiele lepiej. Wieśniacy teraz nie boją się bohaterów, w większości uciekają z wioski na czas strzelaniny. Sytuacja jest brana o wiele bardziej na poważnie niż wtedy. Sama akcja jest dużo lepsza, a o efektach 4DX pisałem tydzień temu. Fajnie, że bohaterowie są śmiertelni i śmiertelnie skuteczni w tym co robili, a przy tym więksi niż życie i ich zgon musiał być naprawdę zasłużony - ale bez przegięcia w drugą stronę. Im nie wystarczyło bycie postrzelonym. Każdy musiał tu odejść jak Boromir. Podobało mi się to. I mógłbym pójść drugi raz.



Pan Idealny / Mr. Right (2015) - 6/10. Anna Kendrick gra tutaj dziewczynę, której nikt nie chce. To pierwszy poważny problem tego filmu, trudno go potraktować na poważnie i dać wiarę w to wszystko. Widz częściej się zastanawia, czy coś tutaj nie wyszło, i dlatego żart nie działa, czy też takie właśnie były intencje twórców, i dlatego żart działa. Widać tu wyraźnie mieszanie współczesnego poczucia humoru (ogłaszanie światu, że jest się niezręcznym) z tym, co było parę dekad temu. Widać, że te żarty mógłby działać w "Zabójczej broni", ale dzisiaj za kamerą stoją inni ludzie, którzy nie czują tego typu kina. I wychodzi z tego taki "Pan Idealny", który miał ogromny potencjał. Sam Rockwell znowu gra jedną z najlepszych postaci w historii kina, jego sceny ze Stevem są przezabawne. Gościa chce się oglądać, ale film jako taki to... Nic specjalnego. To nawet nie jest film. To jest pilot serialu. Fabuła jest byle być, by widz poznał tych bohaterów. Mógłbym na koniec powiedzieć: "to nie było nic specjalnego, ale w sumie chętnie zobaczę kolejny epizod". Ale nie na niczego więcej. To wszystko co dostajemy. 


Men O'War (1929) - 6/10. Krótki metraż z Flipem i Flapem, w którym z ery niemej przeszli do kina dźwiękowego. I wyszło im to całkiem przyzwoicie. 





Ostatnia rodzina (2016) - 5/10. Film o Beksińskich. Myślałem, że chodzi o Baczyńskich. Wiecie, Kamil Baczyński, "strzelanie diamentami", tego typu rzeczy. Na kilka godzin przed seansem mi uświadomiono, że to jest o ludziach o których nigdy w życiu nie słyszałem. Poszedłem na film, który trwa 130 minut, i nadal nie wiem o nich nic. Wiem, że ojciec był malarzem, matka była kobietą, były dwie babki, a syn miał problem z głową. Tylko nie było obok niego nikogo, kto umiałby z nim porozmawiać jak człowiek, i ostatecznie nie wynika z filmu, czy syn był dupkiem który miał cały świat w dupie, czy faktycznie miał poważny problem, a jego otoczenie było ograniczone i nie było w stanie mu pomóc (scena rozmowy z matką - to ledwo dało radę wysiedzieć, straszna hańba na obliczu ludzkości. Każdy kto ma jakie pojęcie o psychologii złapie się za głowę, że tak można było mówić do drugiego człowieka!). Tak czy inaczej, do tego momentu, a była to połowa filmu, zastanawiałem się usilnie, po co ja to oglądam. Miałem nadzieję, że to będzie budowało do czegoś, ale nie. Zamiast tego mamy to co ja tu napisałem. To wszystko. Czyli absolutnie nic. Każda scena zmierza donikąd. Do tego stopnia, że nawet nie wiem, dlaczego i po co ten film powstał. Co takiego było w tych ludziach, by nakręcić o nich film? Całość bezwzględnie opiera się na założeniu, że odbiorca wie wszystko i filmu nie potrzebuje. A ostatniej sceny nie dacie rady zrozumieć, jeśli będziecie w mojej sytuacji osoby całkowicie nowej. Podobały mi się trzy momenty - lądowanie Tupolewa, śmierć w kuchni i śmierć finałowa. Aktorzy zagrali na poziomie. Ogólna stylistyka dystansu była dobrą decyzją, i został dobrze wykonana. Reszta wywoływała tylko moją obojętność. Zbiór scen, które można było wyciąć, i nigdy bym tego nie zauważył. Brakuje bohaterów, historię mogę streścić w czterech słowach, i za mało tu konkretów by to mogło być doświadczeniem. Równie dobrze mógłbym wam pokazać, jak mój dziadek siedzi w kuchni i pije herbatę przez dwie godziny. Dla mnie sama ta kuchnia by mówiła bardzo wiele rzeczy, ale wy o tym nie wiecie. Bo skąd? Na pewno nie z filmu.



Żywioł. Deepwater Horizon / Deepwater Horizon (2016) - 5/10. Opowieść o wybuchu na stacji wiertniczej. Pamięć o ofiarach i ukazanie piekła, przez jakie przeszli. O tym, że to zdarzenie miało znaczenie szersze niż śmierć 11 osób dowiadujemy się jednak dopiero na napisach końcowych (jakiś wyciek ropy, coś o największej katastrofie ekologicznej w historii USA?). Ponad to całość jest zrobiono bardzo oskarżycielsko. W trakcie narracji od razu słyszymy kto podjął złe decyzje, i do czego one doprowadziły. Idziemy wyraźnym szlakiem, słyszymy nazwiska, widzimy też wizerunek korporacji która nie ma o niczym pojęcia i cieszy ryja gdy poklepuje samą siebie po plecach mówieniem o tym, ile to są warci (186 mld). To szybko zaczęło być niesmaczne, jakby był to obraz propagandy. Z tego co wiem wszystko jest prawdą w tym filmie, ale dało radę to opowiedzieć lepiej. "Titanic" jakoś specjalnie nie lśni w tym temacie, ale nawet tam była pewna subtelność w opowiadaniu o zbyt małej ilości szalup. Generalnie: James Cameron zrobiłby "Deepwater..." lepiej. W obecnej formie jest to typowy film z USA. Aktorów kręcimy wyłącznie na zbliżeniach, a bohaterowie mogą przeżyć deszcz szkła. Doceniam wyprawę na faktyczną stację wiertniczą, ale część katastroficzna wyraźnie była kręcona na greenscreenie, nie uświadczymy tutaj demolki specjalnie zbudowanych konstrukcji, aktorzy nie bardzo też wiedzieli przed jakim zagrożeniem na tym zielonym tle się zasłaniać... Ale wyszło i tak zaskakująco dobrze. Wybuchy są porządne! Napięcie jest budowane całkiem dobrze, a moment gdy wszystko trafia szlag został wykonany idealnie. Wahlberg poradził sobie z rolą prowadzącą w takiej opowieści, i jest tutaj nobliwym bohaterem bez przegięcia. Szkoda tylko, że to taki mały film. Mamy wstęp, moment zwrotny, Mark Wahlberg pójdzie do jednego pokoju, do drugiego, skacze do wody i już są napisy końcowe. Dlaczego tak niewiele tutaj się dzieje? 107 minut jakby nie było zostało popełnione. A ja czułem się, jakbym spędził w kinie najwyżej godzinę.



Dzień Niepodległości 2 / Independence Day: Resurgence (2016) - 5/10. Jak mogła wyglądać praca nad tym filmem? Przy kieliszku się spotkali na Sylwestra, i nagle Emmerich słyszy: "Ej, Roland, wiesz co jest za godzinę?; Co?; 2016 rok; I co z tego?; Minie 20 lat od kiedy zrobiłeś pierwszy Dzień Niepodległości; No, to były czasy; Ale by było, jakbyś nakręcił drugą część na 20-lecie, nie?; No.; Ale nie dasz już rady; JA NIE DAM RADY?". I zrobił, na wczoraj. Coś jak studenci uczący się do egzaminów w dzień przed pytaniem. Coś tam sklecą, ale nic interesującego nie stworzą. "Independence Day 2" brakuje poważnie pomysłu na cokolwiek, większość to schematy idące na automacie w kierunku stylistyki kina klasy B. Mamy tu aktorów, którzy nie mają zielonego pojęcia co potem będzie dodane w postprodukcji wokół ich. Brakuje im dynamiki, podczas ujęć gdy lecą to widać, że siedzą na dupie i nic wokół nich się nie przemieściło. Podróż z planety na planety to raczej podróż do filmu wyprodukowanego przez studio Asylum. Dodano do tego wszystkiego bardzo ładne pejzaże, które jednak nie są dobrym zamiennikiem pod sensowne sceny akcji. Starcia w kosmosie są płynne, kolorowe i dopieszczone, ale za chuja nie zgadnie się, kto do kogo strzela. Ten film byłby bardzo fajny, jakby zamiast szybkiego montażu i Emmerichowych zagrań fabularnych, pozwolić na jakieś dłuższe sekwencje oglądania tych komputerowych plenerów. Bohaterowie uciekają przed zagrożeniem, i robią to bez słów, tylko oglądają jak wokół nich te Londyny i inne się rozwalają. Wtedy można by to wszystko docenić. Obecnie jest to nudny seans, bo wybrano skupianie się na nieinteresujących bohaterach, podczas gdy to efekty komputerowe były jedynymi elementami w filmie, po których widać było jakąkolwiek pasję.



Ghostbusters. Pogromcy duchów (2016) - 5/10. Wokół tej produkcji urosło wiele niepotrzebnych aspektów. Jedni ludzie burzyli się, że "Pogromcy..." dostają remake. Inni denerwowali się, że ta produkcja będzie służyć w imię źle rozumianej walki o równość płci. Studio wykorzystało zamieszanie by promować swój film jako taki, który spodoba się ludziom szanującym kobiety. Jeśli minusujesz i dajesz mu kciuk w dół - jesteś automatycznie nazywany mizoginistą. I tak dalej. Nic ciekawego. A sam film okazuje się najmniej szanować kobiety, bo to one nie dostały tutaj w zasadzie zabawnych kwestii i rzeczy. Mężczyźni - oni umieją czasem rozbawić. Ponad to humor w tym filmie jest bardzo prostacki - wiecie: pierdy, "Twoja stara", "resztki ducha weszły do wszystkich moich otworów. Wszystkich. Wszystkich, rozumiecie? MÓWIĘ O SWOJEJ WAGINIE!". To typowa amerykańska komedia pozbawiona wyobraźni i kreatywności, z siedzeniem na dupie i gadaniem do siebie, tylko w tym jest jakikolwiek żart. A ten jest, w ilościach zauważalnych. Można się uśmiechnąć, z tym nie ma problemu. Jillian Holtzmann jest sympatyczna, Thor jest głupkowaty w sympatyczny sposób, a jego jedzenie kanapki na koniec jest zdecydowanie najlepszym momentem filmu. Za to Kristen Wiig jest najgorsza. Każde jej słowo to świerszcz w polu. Fabuła jest nudna i spokojnie można wyłączyć mózg kiedy się na niej skupiają. To tyle. Pozostaje mi tylko wyliczyć milion innych kobiet, które stworzyłyby lepszą ekipę damskich pogromców duchów: Francesca EastwoodAngourie RiceGreta GerwigElle FanningAlison BrieGillian JacobsScarlett JohanssonBrie LarsonKaitlyn DeverLauren GrahamAlexis Bledel, Jen Kirkman, Emma Watson, Saoirse Ronan... Reżyser i scenarzysta to oczywiście Amy Sherman-Palladino. Wtedy nawet Melissa McCarthy byłaby zabawna.



Złe nasienie (1934) - 5/10. Historia za kamerą ciekawsza niż sam film. Billy Wilder ucieka z nazistowskich Niemiec i trafia do Francji, gdzie ledwo zna język, i kręci swój debiut. Na dekadę zanim w Hollywood nakręci swój następny film, który już przejdzie do historii. A co do "Złego nasienia"... to taki tam kryminałek. Nic szkodliwego, obejrzeć można, nie zapada w pamięć. Część materiału musiała być zapewne improwizowana, nie było jakiegoś spójnego pomysłu na całą fabułę. Kino gatunkowe na swoim najbardziej podstawowym poziomie.




Bitwa Warszawska 1920 (2011) - 3/10. Borys Szyc bierze z ulicy komunistyczną ulotkę propagandową i czyta ją na głos, śmiejąc się z tego co tam jest. Zostaje za to skazany na śmierć (bo jest wzięty za bolszewika). A ja myślałem, że to będzie film o bitwie Warszawskiej. Nie wiem, dlaczego. Przecież Polacy nie potrzebują innych narodów by się mordować. Każdy to wie... Cóż, film jest jednym z tych, które nie działają na żadnym poziomie i w każdej scenie jest coś nie tak, ale w innych sposób. Scena w klubie? Słychać tylko jak bohaterowie rozmawiają. Tańce i reszta tła wyciszona. Sfera kostiumowa? Pomijając liczne szczegóły (balony zabawki?) to wygląda jak banda ludzi w ubraniu ze sklepu z kostiumami, którzy wyszli na krakowskie przedmieście i... To tyle. Nie ma iluzji cofnięcia się w czasie. Ja rozpoznaję te budynki, widziałem je z bliska, a na potrzeby filmu nic z nimi nie zrobiono. A jak wygląda aspekt historyczny? Niewyjaśniony. Nie wiadomo, co się dzieje i o co się biją. Zdobycie Kijowa wygląda tak, że w jednej scenie wyruszają ze stolicy Polski na Ukrainę, a w drugiej cieszą się ze zwycięstwa. Ech. Piłsudski jest pasywny, tylko gada i wszystko powierza Bogu. Koniec końców jest zbędny i żartuje na koniec, że Polacy w ogóle nie będą świadomi, jaką rolę spełnił w tym starciu. A całość zostanie pewnie nazwane jako Cud nad Wisłą, bo wygrali ją dzięki Bogu a nie jakimś umiejętnościom lub taktyce... Wielki policzek wymierzony każdej ludzkiej jednostce która kiedykolwiek żyła na tej planecie. I jakby tego było mało, to film jeszcze obraża Kościół. Jest tu scena w której ksiądz prowadzi ludzi na rzeź. Dlaczego? Bo on trzyma krzyż i nic się nikomu nie stanie na polu walki. Ruszyli za nim i umarli na miejscu. Bez powodu, lepiej było się wycofać. Nie wiedziałem, że Kościół może tak nienawidzić życia ludzkiego. Jak tylko to zobaczyłem to film mi się urwał. Obudziłem się trzy dni później. Policjanci powiedzieli mi, że rozebrałem cztery kościoły gołymi rękami, cegła po cegle. Zapytali mnie, czemu to zrobiłem. "Ostatnie co pamiętam to seans Bitwy Warszawskiej". Wypuścili mnie na miejscu. Tylko tyle mogli dla mnie zrobić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz