wtorek, 5 września 2017

Widziałem w sierpniu dobre seriale i kilka filmów

W sierpniu mało filmów, ponieważ byłem na Nowych Horyzontach gdzie widziałem ponad 50 produkcji (jakieś 45 pełnometrażowych) więc od takich rzeczy biorę urlop do października. Skupiłem się na serialach, więc niewiele produkcji poniżej omawiam, jednak arcydzieła się znalazły w obu formach. Jedno odkryłem w latach dwudziestych, a drugie dostarczył mi twórca mojego ulubionego serialu. Zapraszam.



****FILMY****



Burzliwe lata dwudzieste ("Roaring Twenties", 1939) - 8+/10. Ten film ma wszystko: doskonały pomysł wyjściowy (zakorzeniony głęboko w problematyce normalnych ludzi, w tym wypadku jest to powrót z Pierwszej Wojny Światowej i brutalna rzeczywistość pozbawiona godnego życia dla ludzi, którzy ledwo uniknęli śmierci na froncie), idealne przeplatanie wątków (są postaci które znikają z ekranu na 40 minut i więcej, by wrócić w trzecim akcie) oraz doskonałego głównego bohatera, który miesza się z przestępczością z konieczności, aby cokolwiek osiągnąć. Chociaż to anty-bohater, to jednak cały czas widzimy w nim przebijający się blask człowieczeństwa. Dojrzały, poważny i brutalny film. Piękne kino!


Kochaj mnie dziś ("Love Me Tonight", 1932) - 6/10. Schemat znany dzisiaj bardzo dobrze: koleś udaje, że jest kimś innym, zdobywa w ten sposób miłość swojego życia, a potem musi przyznać, że tak naprawdę udawał... I co teraz? Wszyscy wiemy. Ale wciąż warto zobaczyć "Kochaj mnie dziś", bo to nie jest typowy musical. Tutaj rytm i rym są ważne powszechnie, nie tylko w scenach tradycyjnie muzycznych. Plus: szacunek za scenę zatrzymania pociągu. Gratuluję odwagi, chociaż to też trochę zabawna scena.

Imperatorowa ("The Scarlet Empress", 1934) - 5/10. Film o prostej kobiecie która zostaje wylosowana na królową. Dzięki temu wyrywa się z okropnej rodziny tylko po to aby trafić do innej, równie okropnej, gdzie od razu jej mówią: ma tylko rodzić dzieci a potem najlepiej umrzeć. Mamy więc najbardziej jaskrawy z możliwych scenariuszy w którym wystraszone kluchy pod koniec historii zaczynają wierzyć w siebie i przejmować kontrolę. To więc mnie odstrasza, ale z drugiej strony jestem ogromnym fanem gry światłem i cieniem, a pokaz tego w "Imperatorowej" jest prawdziwie imponujący. Scena zaślubin chyba zachwycała wszystkim widzów. Mi też udzieliła się jej magia.




Widziałem też "Captain Fantastic", ale notatkę o nich zrzuciłem na sam dół, ponieważ potrzebowałem więcej miejsca.


****SERIALE****

Pozostawieni, sezon I (The Leftovers, 2014) - 8+/10. Dziesięcioodcinkowa zamknięta całość poświęcona ludziom w których życiu przydarzyło się Odejście. Tak nazwany został dzień 14 października, kiedy to bez wyjaśnienia i dźwięku odeszło w mgnieniu oka 2% ludzi. 140 milionów ludzi, a my jesteśmy w Mapleton, w stanie Nowy Jork, oddaleni od tamtego wydarzenia o trzy lata. Śledzimy losy ludzi jak i całego świata który zetknęło się z incydentem którego nie można objąć rozumem. Każdy odbiera je inaczej, zadaje inne pytanie w związku z nim, i żyje w innej rzeczywistości niż to które znamy my - widzowie. Policjant, którego ojciec zwariował. Pracownica rządowa prowadząca ankiety mające nakreślić wzór spośród tych którzy zniknęli. Uczennice, które dorastają w nastroju depresji i opuszczenia. Sekta milczących palaczy papierosów, którzy coś kombinują; prowokują i włamują się do obcych domów. Ksiądz, którego kościół może pójść pod młotek. "Pozostawieni" to mozaika Altmanowska odkryta na nowa, pozorny chaos łączący masę wątków z porządkiem formatu serialowego, w którym bez powracania do przeszłości i oglądania znanych wydarzeń z innych perspektyw, doświadczamy czegoś dużego. Wszystko toczy się jednocześnie. Bohater trzeciego odcinka w pierwszym może nam tylko mignąć na ulicy. Ktoś kogo nie będziemy mieć szansy poznać za życia - zobaczymy tylko jak umiera - za kilka odcinków może nam się przedstawić pięć epizodów dalej w retrospekcji. Masa detali rozsiana jest tu na przestrzeni tych dziesięciu godzin, i dopiero na koniec rozumiemy zachowania bohaterów z początku (płacz podczas strzelania do psów). Do tego masa pętli i kontrastów (ucinanie sznurów, palenie papierosów), które pewnie można odkrywać w nieskończoność. Jednym słowem: narracyjne niebo, perła i złoto godne "Lost", którego jako ludzie chyba nie jesteśmy godni. Podoba mi się aspekt religijny tej produkcji - bo on z całą pewnością jest, i to nawet mocno nakierowany na katolicyzm, ale tak naprawdę nie chodzi o nic konkretnego. Jedynie o sam koncept religii w życiu człowieka, znajdywanie w nim oparcia, nadziei i siły. A może nawet faktycznej obecności dodatkowego wymiaru którego nie widzimy, musimy tylko wierzyć, ufać i żyć akceptując, że to się nie zmieni. To opowieść o ludziach, oferująca cudowne uczucie bycia blisko ludzi.


Newhart (1982-90) - 6/10. Coś na kształt "Hotelu Zacisze" w wersji amerykańskiego sitcomu lat 80. Główny bohater - Dick Loudon - jest pisarzem i przeprowadza się do Vermont, gdzie razem z żoną otwierają motel i mają przeróżne perypetie oraz poznają wielu niezwykłych przyjaciół: notorycznego kłamcę Kirka, próżną pokojówkę Stephanie, dziecinnego George'a złotą rączkę oraz najlepszy element całego serialu, czyli trio Larry, Darryl i Darryl - rodzeństwo braci dzielących jeden mózg, z czego dwóch nie mówi; typowi wieśniacy, potulni, zdolni do wszystkiego i uwielbiani przez publiczność. Sam Dick bardzo mocno kojarzył mi się z Johnem Cleese, chociaż to nie jest dobre porównanie. Grający Dicka Bob Newhart jest flegmatyczny, zamknięty w sobie i ostrożny; wyobraźcie sobie Martina Freemana grającego introwertyka i macie Dicka. Humor jak na sitcom opiera się na paru schematach, w tym wypadku jest to postawienie bohaterów w sytuacji do której nie pasują. Dick nagle dostaje propozycję aby prowadzić program w telewizji na co zgadza się, ale okazuje się, że producenci chcą aby program był popularny, więc mamy kontrast który rodzi humor. Nasz bohater z rezerwą i kamienną twarzą próbuje prowadzić program którego gość przyprowadził do studia najmniejszego konia na świecie. Ten odcinek mocno przypomniał mi o dokonaniach grupy Monty Pythona. Bohaterowie "Newhart" to ogromna zaleta serialu, bo są to ludzie których chciałem zobaczyć ponownie, i autentycznie ucieszyłem się kiedy zobaczyłem na IMDb, że Larry, Darryl i Darryl pojawiają się w ponad połowie odcinków. Drugi ważny czynnik to humor, który oferował mi ciepło. Nawet jeśli odcinek jako całość nie był najlepszy, to wciąż dostawałem swoją dawkę odprężenia. W późniejszych sezonach to zaczęło się zmieniać. Sytuacje budowane wokół Dicka były coraz bardziej męczące i niesprawiedliwe (oskarżyli go w jednym odcinku, że jest kosmitą), a bohaterowie drugoplanowi stawali się centralnymi twarzami odcinków, a tego nie chciałem (po co mi Stephanie?). Absolutne dno to odcinek "The Nice Man Cometh" w którym Dick jest gościem programu wieczornego, w którym nic innego nie robią poza obrażaniem naszego bohatera. Ale odcinek finałowy faktycznie warto zobaczyć. Ciekawy pomysł i skuteczna egzekucja, chociaż zabrakło emocji i poczucia pożegnania.



Najlepsze odcinki "Newhart" (kolejność chronologiczna)
1.1 In the Beginning
1.2 Mrs. Newton's Body Lies A-Mould'ring in the Grave (mój ulubiony?)
2.14 Book Beat
2.20 Vermont Today
4.15 The Stratford Horror Picture Show
8.24 The Last Newhart
...po obejrzeniu 40 odcinków.


Pacyfik ("The Pacificę", 2010) - 6/10. Serial poświęcony wojnie na Pacyfiku, czyli Hitler i Europa nie jest w centrum naszego zainteresowania, a konflikt trwa jeszcze trochę po zdobyciu Berlina. Rok temu widziałem dokument Kena Burnsa "The War" więc coś już wiedziałem na ten temat o byłem ciekawy, co twórcy z tym zrobią. Odpowiedź: absolutnie nic. "Pacyfik" to wojenka jakiś wiele. Chaos podczas starć i nie wiadomo, co się dzieje. Można więc zatrudniać słabych scenarzystów i reżyserów, którzy nie będą musieli trudzić się z prezentacją wydarzeń. Zamiast tego COŚ SIĘ DZIEJE, KRZYCZYMY, BIEGAMY, CIĘCIE i koniec sceny. Do tego bohaterowie w domu pałający ochotą do chwycenia za karabin, by następnie na polu walki zdać sobie sprawę, że ludzie na wojnie umierają. Bieganie pomiędzy wybuchami i przeżycie, słabe wątki osobiste (na przepustce żołnierz podchodzi do dziewczyny, poznaje jej imię, ona robi mu obiad i już są w łóżku, zakochani na zawsze. Co za dziwka z niego, dawać dupy za obiad...) a na koniec jesteśmy częstowani 8 minutami przebitki zdjęć aktorów wcielających się w autentycznych bohaterów wojennych i dowiadujemy się, jak potoczyły się ich dalsze losy. Schemat aż dudni, ale muszę przyznać: ogląda się to dobrze. Mogę włączyć sobie odcinek i obejrzeć w całości, a potem mieć ochotę na więcej. Mogę wyżej sobie żartować, że scenarzyści byli słabi, bo zrobili produkt taki jak inne, ale tak naprawdę mieli po prostu inne podejście od tego, które ja oczekiwałem. Chcieli opowiedzieć o prawdziwych ludziach, opowiedzieć ich historię. To był wyraźnie efekt pasji. Realizacyjnie z kolei to jest widowisko. To jest superprodukcja. Dzisiaj już niewiele te terminy znaczą, ale uwierzcie mi: to jest jedno z najlepiej wyglądających filmów wojennych jakie widziałem. Do tego stopnia, że trudno jest mi wyobrazić sobie jak niektóre rzeczy udało się zachować "na taśmie". "Gra o tron" zbiera pochwały, chociaż tak ogólnie to wygląda co najwyżej porządnie i da się oglądać, jeśli tylko nie zwróci się uwagi na rozmazane tła generowane komputerowo - ale w porównaniu do "Pacyfiku" to wygląda jak przedstawienie kukiełkowe z przedszkola w Etiopii. Nie wiem ile wynosił budżet tej mini-serii, ale to i tak pewnie były absurdalnie małe kwoty w porównaniu do tego co zobaczyłem. Soundtrack również warto sprawdzić poza oglądaniem - choćby główny theme który naprawdę doceniłem dopiero na słuchawkach. Na głośnikach połowa instrumentów mi uciekła po prostu. Polecam wam sprawdzić choćby 7 odcinek który w całości jest prowadzony z perspektywy jednego bohatera, a więc angażuje o wiele bardziej od reszty. Biorąc to wszystko pod uwagę naprawdę żałuję wystawiania stosunkowo niskiej noty - bo to po prostu "kolejna taka sama wojenka". Nie dowiadujemy się niczego o konflikcie, nie dodaje on niczego do dramaturgii i nie porusza w ogóle dylematu jakim było zrzucenie bomby atomowej, a to jedna z najtrudniejszych dobrych rzeczy jakie się wydarzyły kiedykolwiek. Przynajmniej zarysowano w jakimś stopniu temat kamikadze i tego, że Japończycy byli zwyrodniałymi przeciwnikami w tym konflikcie. Niewystarczająco, ale jednak mogę powiedzieć, że ten serial dodaje coś od siebie. Tak jak "Kampania Braci" dodała spadochroniarzy, tak "Pacyfik" pokazuje strach przed płaczącym niemowlakiem - wszyscy wokół nie żyją i wydaje się, że można - nawet trzeba - podnieść małego, jakoś się nim zaopiekować (chociaż to dziecko wroga). Ale w tamtym momencie uzasadniony był strach, że to dziecko może być pułapką, mały może spoczywać na minie przeciwpiechotnej. Co więc zrobić? Odejść i zostawić dziecko na śmierć głodową? Czy ryzykować i nabrać się na sztuczkę wroga, którego nie obchodzi wygrana lub przeżycie, byle tylko Jankes zdechł? Tego w kinie wcześniej nie widziałem, i "Pacyfik" oddaje temu słuszność. Chciałbym tylko więcej tego, chociaż po 7 latach od premiery i tak jestem zaskoczony jak otwarcie w tym serialu wyrażana jest nienawiść do Japończyków. Dzisiaj zapewne by to nie przeszło, bo ktoś mógłby się obrazić.


Carnivale, sezon I (2004) - 5/10. Lata 30 XX wieku. Serial o grupie cyrkowej pełnej dziwolągów, tułających się przez pustynne, trudne tereny, zamieszkane przez dzikich ludzi. Niby więc mamy tutaj wątki paranormalne i z innego świata, motyw dobra i zła na poziomie Boga i Szatana. Ludzie czytają w myślach, we snach doznają wizji, a w przypadku innych nawet nie wiemy jak wygląda ich cielesna forma - jeśli takową w ogóle mają. Brzmi to wszystko ciekawie, ale tak naprawdę to jest to serial o jakimś kolesiu, który zakochał się w prostytutce, i potem mieli trudne rozstanie. Mamy tu też innego kolesia, który chce się bzykać z jedną ale zakochany jest w drugiej. Mamy tu też jakieś tancerki, które są zazdrosne o siebie nawzajem, i konkurują o to, która poderwie więcej widowni. Słowem: schematy na schematach, woda leje się strumieniami, wszystko co potencjalnie mogłoby być interesujące zostało zakopane pod hektolitrami lenistwa scenariuszowego, pod którym wstyd byłoby mi się podpisać, a co dopiero wyjść z tym do ludzi. To mogła być zapewne interesująca trylogia filmów kinowych, ale zrobiono z tego serial, pierwszą godzinę lub dwie rozciągnięto na 12 odcinków, dodano masę wątków pobocznych które równie dobrze mogły by się znaleźć w jakimś masowym serialu komediowym. Kostium jest więc dobry, tylko twórcy w ogóle nie mieli pomysłu na tę produkcję. Dodać do tego kiepską realizację - nijaki montaż, banalną dramaturgię - i mam serial, który można sobie odpuścić... Ale zapewne robi się on dobry w drugim sezonie (sądząc po ocenach na IMDb). Tylko mi się w ogóle nie chce o tym przekonać. Trudno. Jeśli chcecie to próbujcie mnie przekonać. Może się wam uda. Bo potencjał tutaj widzę - cholera, technicznie rzecz biorąc to mógłby być kolejny "Lost"! - ale w twórcach i ich podejściu nie dostrzegłem żadnej ambicji lub kreatywności. Obejrzałem i zapomnę.




****Captain Fantastic (2016) - 2/10****
Tak trochę z boku, ale potrzebuję dużo miejsca by opisać wrażenia. Spoilery.

Otwarcie jest naprawdę obiecujące: oto mamy rodzinę żyjącą w lesie. Ojciec, synowie i córki w różnym wieku. Polują na zwierzęta, trenują, czytają książki, żyją bez cywilizacji wokół. Obraz ten wydaje się poukładany: głowa rodziny dba o pozostałych, wydaje się wyedukowany i jakby wiedział co robi. Przekazuje wiedzę swoim dzieciom i uczy ich jak świat wygląda. Jest w tym potencjał, szczególnie iż plenery dobrano bezbłędnie - wszystkie lasy i obiekty naturalne są przepiękne; naprawdę chciałbym tam zamieszkać.

Ale już te początkowe sceny nie są dobre w oglądaniu. Brakuje im humoru, napięcia lub czegokolwiek co sprawiłoby, iż stałyby się ciekawe. One po prostu są. Pokazują świat naszych bohaterów, ale nie czyni ich wartych zobaczenia. Główny bohater rzuca co chwilę jakiś komentarz odnośnie świata, ale żaden z nich nie jest autentyczny lub głęboki. To jak powtórzenie czegoś co ktoś kiedyś powiedział, i brzmiało wtedy dobrze, i teraz chcemy wywrzeć takie samo wrażenie, ale bez włożenia wysiłku w zrozumienie, co tak naprawdę mówimy. Przez cały seans miałem pewność, że scenarzysta przy piwie nie byłby dobrą osobą do rozmowy. On by tylko powtarzał w kółko te same formułki, tylko z czasem stałby się coraz bardziej pretensjonalny, nachalny i agresywny. Brakowało mu podstawowych wiadomości z dziedzin ekonomii, psychologii czy filozofii, o scenopisarstwie nie wspominając. W jednej scenie ojciec prowadzi kampera po autostradzie, mija supermarket i woła do dzieci: "Mijamy właśnie miejsca gdzie ludzie wybierają się socjalizować zamiast pójść do parku i poczytać książkę. Czemu to robią? Jak to czemu? Spójrzcie tylko na te ceny!" (parafrazuję z pamięci). Wszystko fajnie, tylko do kogo on to mówi? Do dzieci, które nie wiedzą czym są adidasy? Przecież one tego nie zrozumieją. Nie, on się popisuje przed widzem. W filmie z 2016 roku. A ten tekst nie zebrałby poklasku nawet gdyby wypowiedział go komediant na scenie stand up'u w 1970's. Temat oczywiście nie jest rozwinięty w żaden sposób. Takie tam, rzucone na wiatr, jako przejście między scenami. Może wystarczy widzom dla których produkcja musi tylko sprawiać wrażenie mówiącej coś autentycznego i głębokiego, zamiast faktycznie robienia tego. Jedyne co dobre można powiedzieć to to, że bohaterowie nie wchodzą do sklepu z konsolami i nie grymaszą na brak 60 FPS'ów.

Na początku bardzo podobało mi się to czytanie książek na poziomie studiów policealnych i wyżej, a także wymaganie od dzieci, aby te nie wykuwały formułki na pamięć, ale zamiast tego używały własnych słów, i odbierały wszystko aktywnie (chociaż czy ja wiem, czy przy ognisku jest tyle światła by czytać?...) Ale to tak naprawdę kłamstwo. W jednej scenie nastolatka czyta "Lolitę", ojciec chce poznać jej refleksję. Ona nie dość, że używa powtórzeń, to jeszcze mówi banał TRZY RAZY, a jej ojciec w odpowiedzi rzecze: "Bardzo dobrze". Aha, i jeszcze zabrania używać słowa "interesujące", bo to nie jest słowo. Mógłbym z tym dyskutować, ale domyślam się, skąd ten wniosek. A przekleństwa są słowami? Padają wiele razy w tym filmie i nikogo o to dupa nie boli. To jak to jest?

Inny ciekawy koncept to życie w harmonii ze wszystkimi. Na początku jest ładna scena grania przy ognisku, którą przerywa jeden z młodszych synów poprzez agresywne walenie w meble. Chwila zawahania, po czym... wszyscy zmieniają melodię, dostosowują się do agresywnej gry i wszystko jest miodnie. Podczas dyskusji każdy ma możliwość wypowiedzenia się i reszta go słucha z szacunkiem. To jest gówno prawda z dwóch powodów: po pierwsze, w ten sposób dzieci miałyby rozwinięte funkcje komunikacji oraz sporą pewność siebie. Ale scenarzysta idzie w schematy zamiast samodzielne myślenie, więc każe naszym bohaterom bycie dziwakami w towarzystwie innych, ponieważ najwidoczniej nie umie dodać 1+1. Aha, i wyrywania kobiet na dziwaczność, oczywiście. Bo ten film potrzebuje więcej tanich schematów. Jeśli chcecie to proszę: "Tato, co to seks?". I ojciec jako ten otwarty i szczery, odpowiada na pytanie. Puk, puk, lata 90. chcą aby oddać im żart. Przy okazji, jeśli "stosunek seksualny" to "wtykanie penisa w waginę", w takim wypadku "kola" z pewnością nie jest "zatrutą wodą", ale jak ktoś ma braki w słownictwie bo nikt nie wymyślił za scenarzystę żartu z napojem gazowanym to takie są właśnie efekty. Więc chociaż film okłamuje bezczelnie widza iż chce opowiedzieć o szacunku i współpracy, to tak naprawdę bardzo łatwo dostrzec jak gównianie traktuje własnych bohaterów, i to wyłącznie z własnego lenistwa.

Drugim powodem jest historia filmu, która mocno opiera się na tym, aby nie szanować innych. Matka napisała w testamencie, żeby ją skremować. Jej ojciec ma to w dupie i... To jest w jakiś sposób akceptowane. A nasz główny bohater i ich dzieci walczące aby egzekwować ostatnią wolę są wywalani z kościoła i muszą zaakceptować fakt, że zmarła będzie opuszczona sześć stóp pod ziemię. Czyli testamenty nie mają wagi prawnej? Społecznej? Czemu nikt nie protestuje podczas pogrzebu skoro przed chwilą usłyszeli, że zmarła życzyła sobie czegoś innego? Ot, scenarzysta znowu jest leniem i ma wszystko w dupie. Podąża schematami bez patrzenia na to, ilu ludzi po drodze obrazi.

Następnie jest taka sytuacja, że jeden z synów nie chce zostać z ojcem. Stary ma to w dupie i każe mu iść z nim. Brak szacunku dla którejkolwiek z postaci. Potem ojcowi się odwraca i każe zostać wszystkim dzieciom pod opieką innych, ale one chcą wracać razem ze starym, i on ma ich zdanie w dupie. Bez dyskusji, siadać, jestem waszym ojcem. Brak szacunku dla którejkolwiek z postaci. ZNOWU. Co z tego wynika? Ojciec sobie jedzie, dzieci za nim, spotykają się i wszystko jest super. A co na to dziadek? Ktokolwiek? Ojciec już znowu zmienił zdanie?

Aha, jeśli nowy sezon "Gry o tron" wam przeszkadza pod kątem braku logiki, to by zachować skalę musicie spalić wszystkie kopie (również cyfrowe) "Captain Fantastic", ponieważ głupota aż dudni w tym filmie. Dwa największe punkty dramaturgiczne opierają się na tym, że doświadczona alpinistka chodząca po płaskich górskich ścianach nie będzie pamiętała o asekuracji podczas chodzenia po dachu, a ojciec - wykształcony na wszystkie sposoby na temat ludzkiego ciała, dodatkowo umarła mu żona, więc jest naturalnie świadomy kruchości ludzkiej egzystencji - uświadomi sobie, że jego dzieciom może stać się krzywda w lesie... Ale dopiero gdy ktoś mu o tym POWIE. Mam pytanie: w którym roku urodził się reżyser? 2005? Stanowczy i pewny siebie główny bohater na końcu okazuje się tak naprawdę cipą która nie przeżyłaby w latach 90. i widoku jego pociech na rowerze. Bo na rowerze też się coś może stać.

W tym filmie w ogóle wpadają do sklepu i go okradają. Po całym tym gadaniu o nonkonformizmie, kapitalizmie, pieniądzach, korporacjach i chuj wie czym jeszcze, bohaterowie wpadają do sklepu i wykręcają numer, aby zabrać towar bez płacenia. Bo wiecie, jeszcze nie obraziliśmy ludzi którzy nie zgadzają się na Patriot Act. Środki mieli, aby za wszystko zapłacić. Dlaczego więc dokonali kradzieży? NIKT NIE WIE. Potem w filmie nawet do tego wracają, a odpowiedzią jest wzruszenie ramion. A uzasadniona jest tym, że jedna z córek NAGLE nie chciała strzelać do owcy... Bo nie. I nikt inny nie strzelił. Bo nie. I teraz wszyscy byli głodni. Więc trzeba było zjeść. Więc poszli do sklepu i ukradli. Scenarzysta potrzebował tylko czegoś aby zachowanie głównego bohatera i jego dzieci stało się bardziej nieodpowiedzialne, więc kazał im robić takie rzeczy jak okradanie ludzi. Skandaliczny brak szacunku dla postaci które sam stworzył. ZNOWU. Hańba i tyle. Scenarzysta nie ma nawet tyle inwencji aby zażartować z ekologicznego jedzenia. Mogli pójść do takiego sklepu, zobaczyć ceny, rzucić coś w stylu "Za te pieniądze na własnej farmie mógłbym mieć nie jeden a pięć kurczaków! To zdzierstwo" i dokonują kradzieży, zostawiając za sobą pieniądze które oni uznają za odpowiednie. Każdy możliwy temat filmu wyrażony w tej jednej scenie. Wymyśliłem to podczas seansu, a to znaczy, że scenarzysta myślał nad tym krócej niż trwa scena. Nie ma to jak oczekiwać pieniędzy od widza za fuszerkę...

Zaskoczony jestem jak wiele motywów i tematów prowadzi tutaj donikąd na każdym poziomie. Może nawet wszystkie. Testament nie ma żadnej wagi. Wszystkie zagadnienia na temat świata nie są rozwinięte aby cokolwiek powiedzieć. W zasadzie wszystkie są albo kłamstwem lub bajerem. Zresztą, chuj ze wszystkimi wartościami, w końcu wydarzyła się scena kradzieży. Szacunek wewnątrz grupy okazuje się kłamstwem. W jednej scenie przyjaciele zarzucają bohaterowi, że jego potomkowie nic nie wiedzą o świecie. Ten woła córkę, zadaje jej pytanie, ona zna odpowiedź... I kończymy wątek? Chociaż obie strony miały mocne argumenty i z tego można było wyciągnąć dużo więcej? Co jest, bocie się coś powiedzieć? Dziadek najpierw ma w dupie wolę zmarłej, a potem jej dzieci bawią się z nim jakby był postacią pozytywną. Jeden z synów najpierw chce na uniwersytet i męczy o to ojca, jest duża scena krzyczenia... A w finale leci sobie samolotem gdzieś. Zapominamy o studiach. A co z tym całym zagadnieniem braku umiejętności socjalnych? Etam, to było tylko kłamstwo, tak naprawdę ma się dobrze. A co z pieniędzmi? Dziadek wyłożył? Nie wiadomo. Co w ogóle osiągnięto w tym filmie? Na koniec spalili nielegalnie ciało matki i wysypali węgiel do kibla (zapewne jakieś jej prochy też tam były, ale zgaduję, że ognisko to nie krematorium i trochę trudno potem resztki odróżnić od siebie), i zamiast w lesie to mieszkali gdzieś na wsi. Za czyje pieniądze? Dzieci poszły do szkoły? Dlaczego? Jak? Wszystkie od pierwszej klasy? Czyli szkoły są dobre? Co zmieniło zdanie bohatera? Rozmowa z dziećmi które nic nie umieją dzięki szkole? Czy nie? Na czym teraz stoimy? Jakie jest stanowisko bohatera? I reszty? Ktoś ich zapytał o cokolwiek? Kiedy one dały znać, że chcą tam chodzić? Co dobrego w zasadzie ma z tego wyniknąć? Halo? Co się zmieniło? Czego ci bohaterowie się nauczyli? Po co to wszystko było? Czemu ten film nie skończył się na scenie nieudanego pogrzebu? Czyli życie w lesie jest do bani? Ale kradzież zwłok jest ok? I co było nie tak z lasem? Z poprzednim trybem życia? Co tak naprawdę się zmieniło poza lokacją? Ojciec przestał ich trenować? Uczyć? Poszedł do pracy?

Nie podobało mi się jeszcze jedno: zlanie istotności bohaterów dziecięcych. To w końcu opowieść o niezależności. Ojciec uczy formułować własne opinie, całość ma mocny wydźwięk przeciwko braku szacunku wobec innych ludzi, okłamywania ich i wciskania im kitu. Czemu więc wszystko musi robić ojciec? Czemu jego dzieci nie uczestniczą praktycznie w rozmowach? Czemu nie bronią się same podczas dyskusji? Czemu nie mają rozmów między sobą? Czemu dzieci same nie wpadły na pomysł aby odkopać swoją matkę? Bo tak naprawdę scenarzysta nas okłamuje. Dzieci i ryby głosu nie mają, hehe.

Film może być zły na wiele sposobów. Nie musi tylko być szkodliwy lub źle wykonany. Wiecie, jaką jest najgorsza scena w filmie? Absolutnie najgorsza, zła i obraźliwa? Pogrzeb na klifie. Gigantyczne ognisko wokół którego tańczą i śpiewają akustyczną wersję "Sweet Child of Mine". Dlaczego? Bez powodu. Nie jest wcześniej wspomniane, że zmarła lubiła ten kawałek. Bohaterowie nie wiozą na jej pogrzeb kolumn i odtwarzacza, aby puścić wtedy jej ulubiony utwór Gn'R. Ten odtwarzacz nie zostaje zniszczony, na przykład przez ojca zmarłej. Brakuje też realizacji bohaterów nad faktem, że odtwarzacz był zbędny od początku - w końcu wychowywali się tak aby móc sobie poradzić w każdej sytuacji, więc zaczynają improwizować i śpiewać sami piosenkę bez pomocy cywilizacji. Punkt dla życia w lesie. To mógłby być piękny moment, wykorzystujący wszystkie motywy poruszone przez tę produkcję, adresujący każde zagadnienie, jakby tylko twórcy wiedzieli co robią. Umieli tworzyć scenariusz i zatrzymali się na sekundę aby pomyśleć nad tym, o czym właściwie opowiadają. Zamiast tego co mamy? "Lubię ten kawałek. Wrzucamy do filmu". No rhyme or reason, Just Because. I ta nieumiejętność twórców do dodawania 1+1=2 jest tak obraźliwa. Puszczają piosenkę nie dlatego, że pasowała. Nie poruszają tych wszystkich tematów bo mają o nich coś do powiedzenia. Wydają się nieświadomi, że bycie artystą pociąga za sobą konsekwencje. Ten film jest obrazą dla jakiegokolwiek porządku jaki powinien panować w dziedzinie sztuki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz