wtorek, 5 września 2017

Widziałem w sierpniu dobre seriale i kilka filmów

W sierpniu mało filmów, ponieważ byłem na Nowych Horyzontach gdzie widziałem ponad 50 produkcji (jakieś 45 pełnometrażowych) więc od takich rzeczy biorę urlop do października. Skupiłem się na serialach, więc niewiele produkcji poniżej omawiam, jednak arcydzieła się znalazły w obu formach. Jedno odkryłem w latach dwudziestych, a drugie dostarczył mi twórca mojego ulubionego serialu. Zapraszam.



****FILMY****



Burzliwe lata dwudzieste ("Roaring Twenties", 1939) - 8+/10. Ten film ma wszystko: doskonały pomysł wyjściowy (zakorzeniony głęboko w problematyce normalnych ludzi, w tym wypadku jest to powrót z Pierwszej Wojny Światowej i brutalna rzeczywistość pozbawiona godnego życia dla ludzi, którzy ledwo uniknęli śmierci na froncie), idealne przeplatanie wątków (są postaci które znikają z ekranu na 40 minut i więcej, by wrócić w trzecim akcie) oraz doskonałego głównego bohatera, który miesza się z przestępczością z konieczności, aby cokolwiek osiągnąć. Chociaż to anty-bohater, to jednak cały czas widzimy w nim przebijający się blask człowieczeństwa. Dojrzały, poważny i brutalny film. Piękne kino!


Kochaj mnie dziś ("Love Me Tonight", 1932) - 6/10. Schemat znany dzisiaj bardzo dobrze: koleś udaje, że jest kimś innym, zdobywa w ten sposób miłość swojego życia, a potem musi przyznać, że tak naprawdę udawał... I co teraz? Wszyscy wiemy. Ale wciąż warto zobaczyć "Kochaj mnie dziś", bo to nie jest typowy musical. Tutaj rytm i rym są ważne powszechnie, nie tylko w scenach tradycyjnie muzycznych. Plus: szacunek za scenę zatrzymania pociągu. Gratuluję odwagi, chociaż to też trochę zabawna scena.

Imperatorowa ("The Scarlet Empress", 1934) - 5/10. Film o prostej kobiecie która zostaje wylosowana na królową. Dzięki temu wyrywa się z okropnej rodziny tylko po to aby trafić do innej, równie okropnej, gdzie od razu jej mówią: ma tylko rodzić dzieci a potem najlepiej umrzeć. Mamy więc najbardziej jaskrawy z możliwych scenariuszy w którym wystraszone kluchy pod koniec historii zaczynają wierzyć w siebie i przejmować kontrolę. To więc mnie odstrasza, ale z drugiej strony jestem ogromnym fanem gry światłem i cieniem, a pokaz tego w "Imperatorowej" jest prawdziwie imponujący. Scena zaślubin chyba zachwycała wszystkim widzów. Mi też udzieliła się jej magia.




****SERIALE****

Pozostawieni, sezon I (The Leftovers, 2014) - 8+/10. Dziesięcioodcinkowa zamknięta całość poświęcona ludziom w których życiu przydarzyło się Odejście. Tak nazwany został dzień 14 października, kiedy to bez wyjaśnienia i dźwięku odeszło w mgnieniu oka 2% ludzi. 140 milionów ludzi, a my jesteśmy w Mapleton, w stanie Nowy Jork, oddaleni od tamtego wydarzenia o trzy lata. Śledzimy losy ludzi jak i całego świata który zetknęło się z incydentem którego nie można objąć rozumem. Każdy odbiera je inaczej, zadaje inne pytanie w związku z nim, i żyje w innej rzeczywistości niż to które znamy my - widzowie. Policjant, którego ojciec zwariował. Pracownica rządowa prowadząca ankiety mające nakreślić wzór spośród tych którzy zniknęli. Uczennice, które dorastają w nastroju depresji i opuszczenia. Sekta milczących palaczy papierosów, którzy coś kombinują; prowokują i włamują się do obcych domów. Ksiądz, którego kościół może pójść pod młotek. "Pozostawieni" to mozaika Altmanowska odkryta na nowa, pozorny chaos łączący masę wątków z porządkiem formatu serialowego, w którym bez powracania do przeszłości i oglądania znanych wydarzeń z innych perspektyw, doświadczamy czegoś dużego. Wszystko toczy się jednocześnie. Bohater trzeciego odcinka w pierwszym może nam tylko mignąć na ulicy. Ktoś kogo nie będziemy mieć szansy poznać za życia - zobaczymy tylko jak umiera - za kilka odcinków może nam się przedstawić pięć epizodów dalej w retrospekcji. Masa detali rozsiana jest tu na przestrzeni tych dziesięciu godzin, i dopiero na koniec rozumiemy zachowania bohaterów z początku (płacz podczas strzelania do psów). Do tego masa pętli i kontrastów (ucinanie sznurów, palenie papierosów), które pewnie można odkrywać w nieskończoność. Jednym słowem: narracyjne niebo, perła i złoto godne "Lost", którego jako ludzie chyba nie jesteśmy godni. Podoba mi się aspekt religijny tej produkcji - bo on z całą pewnością jest, i to nawet mocno nakierowany na katolicyzm, ale tak naprawdę nie chodzi o nic konkretnego. Jedynie o sam koncept religii w życiu człowieka, znajdywanie w nim oparcia, nadziei i siły. A może nawet faktycznej obecności dodatkowego wymiaru którego nie widzimy, musimy tylko wierzyć, ufać i żyć akceptując, że to się nie zmieni. To opowieść o ludziach, oferująca cudowne uczucie bycia blisko ludzi.


Newhart (1982-90) - 6/10. Coś na kształt "Hotelu Zacisze" w wersji amerykańskiego sitcomu lat 80. Główny bohater - Dick Loudon - jest pisarzem i przeprowadza się do Vermont, gdzie razem z żoną otwierają motel i mają przeróżne perypetie oraz poznają wielu niezwykłych przyjaciół: notorycznego kłamcę Kirka, próżną pokojówkę Stephanie, dziecinnego George'a złotą rączkę oraz najlepszy element całego serialu, czyli trio Larry, Darryl i Darryl - rodzeństwo braci dzielących jeden mózg, z czego dwóch nie mówi; typowi wieśniacy, potulni, zdolni do wszystkiego i uwielbiani przez publiczność. Sam Dick bardzo mocno kojarzył mi się z Johnem Cleese, chociaż to nie jest dobre porównanie. Grający Dicka Bob Newhart jest flegmatyczny, zamknięty w sobie i ostrożny; wyobraźcie sobie Martina Freemana grającego introwertyka i macie Dicka. Humor jak na sitcom opiera się na paru schematach, w tym wypadku jest to postawienie bohaterów w sytuacji do której nie pasują. Dick nagle dostaje propozycję aby prowadzić program w telewizji na co zgadza się, ale okazuje się, że producenci chcą aby program był popularny, więc mamy kontrast który rodzi humor. Nasz bohater z rezerwą i kamienną twarzą próbuje prowadzić program którego gość przyprowadził do studia najmniejszego konia na świecie. Ten odcinek mocno przypomniał mi o dokonaniach grupy Monty Pythona. Bohaterowie "Newhart" to ogromna zaleta serialu, bo są to ludzie których chciałem zobaczyć ponownie, i autentycznie ucieszyłem się kiedy zobaczyłem na IMDb, że Larry, Darryl i Darryl pojawiają się w ponad połowie odcinków. Drugi ważny czynnik to humor, który oferował mi ciepło. Nawet jeśli odcinek jako całość nie był najlepszy, to wciąż dostawałem swoją dawkę odprężenia. W późniejszych sezonach to zaczęło się zmieniać. Sytuacje budowane wokół Dicka były coraz bardziej męczące i niesprawiedliwe (oskarżyli go w jednym odcinku, że jest kosmitą), a bohaterowie drugoplanowi stawali się centralnymi twarzami odcinków, a tego nie chciałem (po co mi Stephanie?). Absolutne dno to odcinek "The Nice Man Cometh" w którym Dick jest gościem programu wieczornego, w którym nic innego nie robią poza obrażaniem naszego bohatera. Ale odcinek finałowy faktycznie warto zobaczyć. Ciekawy pomysł i skuteczna egzekucja, chociaż zabrakło emocji i poczucia pożegnania.



Najlepsze odcinki "Newhart" (kolejność chronologiczna)
1.1 In the Beginning
1.2 Mrs. Newton's Body Lies A-Mould'ring in the Grave (mój ulubiony?)
2.14 Book Beat
2.20 Vermont Today
4.15 The Stratford Horror Picture Show
8.24 The Last Newhart
...po obejrzeniu 40 odcinków.


Pacyfik ("The Pacificę", 2010) - 6/10. Serial poświęcony wojnie na Pacyfiku, czyli Hitler i Europa nie jest w centrum naszego zainteresowania, a konflikt trwa jeszcze trochę po zdobyciu Berlina. Rok temu widziałem dokument Kena Burnsa "The War" więc coś już wiedziałem na ten temat o byłem ciekawy, co twórcy z tym zrobią. Odpowiedź: absolutnie nic. "Pacyfik" to wojenka jakiś wiele. Chaos podczas starć i nie wiadomo, co się dzieje. Można więc zatrudniać słabych scenarzystów i reżyserów, którzy nie będą musieli trudzić się z prezentacją wydarzeń. Zamiast tego COŚ SIĘ DZIEJE, KRZYCZYMY, BIEGAMY, CIĘCIE i koniec sceny. Do tego bohaterowie w domu pałający ochotą do chwycenia za karabin, by następnie na polu walki zdać sobie sprawę, że ludzie na wojnie umierają. Bieganie pomiędzy wybuchami i przeżycie, słabe wątki osobiste (na przepustce żołnierz podchodzi do dziewczyny, poznaje jej imię, ona robi mu obiad i już są w łóżku, zakochani na zawsze. Co za dziwka z niego, dawać dupy za obiad...) a na koniec jesteśmy częstowani 8 minutami przebitki zdjęć aktorów wcielających się w autentycznych bohaterów wojennych i dowiadujemy się, jak potoczyły się ich dalsze losy. Schemat aż dudni, ale muszę przyznać: ogląda się to dobrze. Mogę włączyć sobie odcinek i obejrzeć w całości, a potem mieć ochotę na więcej. Mogę wyżej sobie żartować, że scenarzyści byli słabi, bo zrobili produkt taki jak inne, ale tak naprawdę mieli po prostu inne podejście od tego, które ja oczekiwałem. Chcieli opowiedzieć o prawdziwych ludziach, opowiedzieć ich historię. To był wyraźnie efekt pasji. Realizacyjnie z kolei to jest widowisko. To jest superprodukcja. Dzisiaj już niewiele te terminy znaczą, ale uwierzcie mi: to jest jedno z najlepiej wyglądających filmów wojennych jakie widziałem. Do tego stopnia, że trudno jest mi wyobrazić sobie jak niektóre rzeczy udało się zachować "na taśmie". "Gra o tron" zbiera pochwały, chociaż tak ogólnie to wygląda co najwyżej porządnie i da się oglądać, jeśli tylko nie zwróci się uwagi na rozmazane tła generowane komputerowo - ale w porównaniu do "Pacyfiku" to wygląda jak przedstawienie kukiełkowe z przedszkola w Etiopii. Nie wiem ile wynosił budżet tej mini-serii, ale to i tak pewnie były absurdalnie małe kwoty w porównaniu do tego co zobaczyłem. Soundtrack również warto sprawdzić poza oglądaniem - choćby główny theme który naprawdę doceniłem dopiero na słuchawkach. Na głośnikach połowa instrumentów mi uciekła po prostu. Polecam wam sprawdzić choćby 7 odcinek który w całości jest prowadzony z perspektywy jednego bohatera, a więc angażuje o wiele bardziej od reszty. Biorąc to wszystko pod uwagę naprawdę żałuję wystawiania stosunkowo niskiej noty - bo to po prostu "kolejna taka sama wojenka". Nie dowiadujemy się niczego o konflikcie, nie dodaje on niczego do dramaturgii i nie porusza w ogóle dylematu jakim było zrzucenie bomby atomowej, a to jedna z najtrudniejszych dobrych rzeczy jakie się wydarzyły kiedykolwiek. Przynajmniej zarysowano w jakimś stopniu temat kamikadze i tego, że Japończycy byli zwyrodniałymi przeciwnikami w tym konflikcie. Niewystarczająco, ale jednak mogę powiedzieć, że ten serial dodaje coś od siebie. Tak jak "Kampania Braci" dodała spadochroniarzy, tak "Pacyfik" pokazuje strach przed płaczącym niemowlakiem - wszyscy wokół nie żyją i wydaje się, że można - nawet trzeba - podnieść małego, jakoś się nim zaopiekować (chociaż to dziecko wroga). Ale w tamtym momencie uzasadniony był strach, że to dziecko może być pułapką, mały może spoczywać na minie przeciwpiechotnej. Co więc zrobić? Odejść i zostawić dziecko na śmierć głodową? Czy ryzykować i nabrać się na sztuczkę wroga, którego nie obchodzi wygrana lub przeżycie, byle tylko Jankes zdechł? Tego w kinie wcześniej nie widziałem, i "Pacyfik" oddaje temu słuszność. Chciałbym tylko więcej tego, chociaż po 7 latach od premiery i tak jestem zaskoczony jak otwarcie w tym serialu wyrażana jest nienawiść do Japończyków. Dzisiaj zapewne by to nie przeszło, bo ktoś mógłby się obrazić.


Carnivale, sezon I (2004) - 5/10. Lata 30 XX wieku. Serial o grupie cyrkowej pełnej dziwolągów, tułających się przez pustynne, trudne tereny, zamieszkane przez dzikich ludzi. Niby więc mamy tutaj wątki paranormalne i z innego świata, motyw dobra i zła na poziomie Boga i Szatana. Ludzie czytają w myślach, we snach doznają wizji, a w przypadku innych nawet nie wiemy jak wygląda ich cielesna forma - jeśli takową w ogóle mają. Brzmi to wszystko ciekawie, ale tak naprawdę to jest to serial o jakimś kolesiu, który zakochał się w prostytutce, i potem mieli trudne rozstanie. Mamy tu też innego kolesia, który chce się bzykać z jedną ale zakochany jest w drugiej. Mamy tu też jakieś tancerki, które są zazdrosne o siebie nawzajem, i konkurują o to, która poderwie więcej widowni. Słowem: schematy na schematach, woda leje się strumieniami, wszystko co potencjalnie mogłoby być interesujące zostało zakopane pod hektolitrami lenistwa scenariuszowego, pod którym wstyd byłoby mi się podpisać, a co dopiero wyjść z tym do ludzi. To mogła być zapewne interesująca trylogia filmów kinowych, ale zrobiono z tego serial, pierwszą godzinę lub dwie rozciągnięto na 12 odcinków, dodano masę wątków pobocznych które równie dobrze mogły by się znaleźć w jakimś masowym serialu komediowym. Kostium jest więc dobry, tylko twórcy w ogóle nie mieli pomysłu na tę produkcję. Dodać do tego kiepską realizację - nijaki montaż, banalną dramaturgię - i mam serial, który można sobie odpuścić... Ale zapewne robi się on dobry w drugim sezonie (sądząc po ocenach na IMDb). Tylko mi się w ogóle nie chce o tym przekonać. Trudno. Jeśli chcecie to próbujcie mnie przekonać. Może się wam uda. Bo potencjał tutaj widzę - cholera, technicznie rzecz biorąc to mógłby być kolejny "Lost"! - ale w twórcach i ich podejściu nie dostrzegłem żadnej ambicji lub kreatywności. Obejrzałem i zapomnę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz