wtorek, 1 listopada 2016

Obejrzałem w październiku dobre filmy. I seriale.

Październik tegoroczny to przede wszystkim bajki dla dzieci ("Gravity Falls", "Over the Garden Wall"), zapomniane produkcje poświęcone dramatom kobiet (czyli trzy filmy Mikio Naruse - chciałem więcej ale nie zdążyłem), oraz horrory (powtórka dwóch ostatnich części "Piły" czy "Lśnienia"). Trafiło mi się też kilka tytułów popieprzonych w pozytywny sposób, jak "Człowiek-scyzoryk".


*****

Furman śmierci / Körkarlen (1921) - 8+/10. Powtórka. Siostra pracująca w przytułku jest umierająca. W swoich ostatnich minutach życia domaga się, by posłać po pewnego mężczyznę, którym okazuje się bezdomny pijak siedzący obecnie na cmentarzu. Dlaczego? I jaki z tym wszystkim ma związek tytułowy furman? Odpowiedzi są po kolei ujawniane widzowi, a warto je poznać, bo to jedna z najlepszych historii jakie zagościły na ekranach - i jestem w szoku, że to w pełni autorska produkcja! Jest tu zarówno horror jak i melodramat, rozczulające i szczere momenty pozwalają nam zapomnieć o tym, by widzieć w nich naiwność i prostotę. Z czasem fabuła przeobraża się w autentyczną tragedię, gdzie główny bohater dostępuje kary totalnej za grzechy których dopuścił się za życia. Na szczęście czasy produkcji były inne, i wtedy twórcy umieli jeszcze opowiadać z nadzieją w głosie. Nawet, jeśli ich historia głosu była pozbawiona. Piękna, malownicza produkcja, którą można się zachwycać albo bawić przy niej w CinemaSins. Jak to się stało, że chłop umiera od uderzenia butelką w głowę? Albo czemu bezdomny może chodzić w kurtce pełnej zarazków i żyć w najlepsze, ale gdy zakonnica trzyma ją w ręku przez pół godziny to zaraża się i umiera na śmierć? I jak to jest, że opowiadamy historię o tym, jak ktoś inny opowiada historię o tym, że ktoś opowiada historię? Ja wybaczam. Powtórzyłem po wielu latach i podniosłem ocenę o dwa punkty w górę.







Gdy kobieta wchodzi po schodach / Onna ga kaidan o agaru toki (1960) - 8+/10. Miejscem akcji jest luksusowa dzielnica, gdzie mężczyźni zjeżdżają tłumnie by spędzić czas w towarzystwie hostess pierwszej klasy. Bohaterką jest tutaj kobieta o pseudonimie "Mama", zbliżająca się do wieku kiedy to będzie musiała zdecydować się na zamążpójście... Albo - otworzenie własnego baru. Co wybrać? Kierować swój biznes i narazić się na całe ryzyko jakie z tym przychodzi, czy może zaakceptować propozycję pierwszego który się oświadczy? W tym wieku o poważnego kandydata nie może w końcu liczyć. A kolejne wyzwania tylko czekają by wychylić swoją głowę. Znakomity dramat o narodzinach kobiety nowoczesnej w Japonii i o tym, czego wymagało tak naprawdę wejście choć jeden stopień wyżej w tytułowych schodach. Film ląduje na 4 miejscu mojego rankingu najlepszych filmów 1960 roku.


Brzezina (1970) - 8+/10. Powtórka z okazji śmierci Andrzeja Wajdy. Kiedyś to właśnie "Brzezina" była moim ulubionym jego utworem, nakręconym na podstawie prozy Iwaszkiewicza. Opowiada o spotkaniu dwóch braci. Jednemu niedawno umarła żona, drugi jest nieuleczalnie chory i przyjechał, by umrzeć wśród tych brzezin. To bardzo prosty film. Nie ma tutaj sentymentalizmu i sytuacji, w której umierający przed odejściem pokazuje wszystkim w miasteczku wartość życia. Zamiast tego jest nabieranie pełnego oddechu, melancholia i radość z prostych powodów. Dla siebie. A w tle... rozgrywają się inne dramaty.


Dzień żywych trupów / Day of the Dead (1985) - 7+/10. Nie jestem fanem serii. Zarówno "Noc..." jak i "Świt..." mnie nużyły, i przeszedłem obok nich obojętnie, bardziej z obowiązku. "Dzień..." nie ma tego bagażu, i podszedłem do niego na zasadzie "zobaczę początek, jak umrę z nudów to włączę coś innego". Okazało się, że to nie jest taki film, który chciałbym wyłączyć. Pierwsza scena snu mnie chwyciła - pokazała mi, że to będzie inne kino. Opening, w którym główna bohaterka wędruje helikopterem po okolicy i szuka ocalonych - już ta scena samotnie zyskała z miejsca status ulubionej. Pustkowie, z pieniędzmi walącymi się po ulicy, gdzie pojedynczo zaczynają wyłaniać się zombie... A między nimi CHOLERNY KROKODYL! Co za klimat! Tutaj nie było kogo ratować. Wrócili do bazy, gdzie sobie... żyją. Tak, to zaskakujące, ale tak naprawdę nie ma tutaj fabuły. Są ludzie i ich życie, jakieś rzeczy się dzieją i następują po sobie, ale koniec końców nie mamy zielonego pojęcia do czego ta produkcja prowadzi. Każda scena jest jakąś niespodzianką, a niepokojące napięcie towarzyszy nam cały czas. Wiemy, że wybuch może nastąpić w każdej chwili, w końcu ile można tak siedzieć w bazie podczas inwazji zombie z myślą, że jesteśmy jedynymi żywymi ludźmi na świecie? Wśród tych ludzi wyjątkiem jest nasza główna bohaterka - ostatnia dorosła osoba na świecie? Reszta łatwo traci nerwy, ale w przeciwieństwie do wielu innych produkcji o zombie, oni nie byli po prostu debilami. Byli ludźmi, których sytuację omówiono zaskakująco barwnie, i jesteśmy w stanie ich zrozumieć. Czuć po prostu, że dawno przekroczyliśmy granicę kiedy można było powiedzieć coś w stylu: "Uspokójcie się!". To również buduję obłędną atmosferę, ale... cholera, te efekty specjalne! Wszystko co słyszeliście o filmie "Wołyń" jest prawdą, ale w "Day of the Dead". Słowa nie zdradzę, co tutaj się wyprawia - to może być najbardziej dorosły film jaki w życiu widziałem. Przemoc nie jest tutaj traktowana jak w "Wołyniu" albo "Pile", bo jest... mało filmowa. Oczywiście, można mieć frajdę z tego jak to wszystko wygląda, jak w każdym innym brutalnym filmie. Można też się zachwycać czysto technicznie efektami specjalnymi, które przecież powstały bez pomocy komputerów. Ale w żadnym momencie podczas seansu nie poczułem, że wszystkie te brutalne rzeczy które są na ekranie, były w jakiś sposób podbite. Ten temat zasługuje na oddzielny tekst, dlatego teraz napiszę tylko: one były naturalne. Były częścią życia. Pokazywano mi je w taki sam sposób jak całą resztę, bez ambicji wywołania szoku. To były okropne rzeczy, których nigdy bym nie chciał oglądać.

Płynące chmury / Ukigumo (1955) - 7/10. Kobieta zakochana w żonatym mężczyźnie szuka szczęścia w życiu. Ciężka sprawa i dojrzały dramat. Mało jest takiego kina.


Star Trek: W nieznane / Beyond (2016) - 7/10. Nie jestem fanem tego uniwersum, lubię "Gniew Khana" oraz niektóre odcinki TOS... A teraz także najnowszą część restartowanej serii. To nawet może być najlepsze, co dotyczy ST! Przyznaję przy tym jednak, że mało tutaj hard science fiction, to bardziej przygoda z silnym naciskiem na akcję. Od samego początku jest jasne, że najważniejsze są tutaj postaci i relacje między nimi. Enterprise zostaje zaatakowane, statek rozwala się na obcej planecie a rozproszona załoga musi zrozumieć kto i dlaczego chce ich zgładzić. Każdy z głównych bohaterów jest wyrazisty. W zasadzie dopiero tutaj czuję, że tacy Bones czy Scotty mają jakąś osobowość. Wcześniej tylko Spock i Kirk wyróżniali się w jakikolwiek sposób. Mamy sporo scen, w których ci ludzie po prostu spędzają razem czas. Piją drinka lub jadą windą. Gdy Enterprise zostaje zniszczone, wszystko obserwujemy z perspektywy kapitana, który jako ostatni ładuje się do kapsuły ratunkowej. Jesteśmy zamknięci razem z nim i widzimy katastrofę, a obok niej - odbicie w szkle naszego głównego bohatera. Potężny moment! Tak samo jak pierwsze odwiedziny Yorktown, miasta w kosmosie. Zapewne pierwsze grafiki koncepcyjne były nudne, ale reżyser to zobaczył i powiedział: "Wiecie, że ten film toczy się w kosmosie, nie?" i dopiero wtedy zrozumieli, że może im odjebać. Ten widok, razem z muzyką Giacchino, to kolejny wielki moment filmu. Akcja jest znakomita, bohaterowie współpracują ze sobą na medal, a finał zostawia widza z uczuciem ekscytacji - kończąc na akcencie zewu przygody. Co tam będzie? Co szykuje przyszłość? Przekonajmy się!








Lśnienie / The Shining (1980) - 7/10. Powtórka. W końcu rozumiem, czemu ten film dostał nominacje do Złotej Maliny. Właściwie to trudno tego nie dostrzec. Wyjaśnienie jest proste: wtedy ludzie podeszli do nowego filmu przysłowiowego "Wielkiego Mistrza" w ten sam sposób co dzisiaj. Zamieńcie tylko nazwisko Kubricka na takiego Spielberga i to wszystko. W 1980 roku jeszcze nie wiedzieli, że idą na tytuł który będzie uznawany za najlepszy w historii. Nie, oni zobaczyli tylko przeszarżowane aktorstwo i antypatycznych bohaterów. Nudną reżyserię i historię, w której nic się nie dzieje. A jak się dzieje to jest to tak głupie, że można się udławić ze śmiechu (dziecko gadające do swojego palca). W 1980 "Lśnienie" raziło Deus Ex Machinami, brakiem jakiekolwiek subtelności w budowaniu głównej postaci albo porządku w ogóle w całej konstrukcji tego filmu. Tu wszystko stoi na głowie. Nic dziwnego, że 36 lat temu wszyscy z radością wrócili do domu i wpisali w swoim zeszyciku (bo Internetu jeszcze nie mieli) coś w stylu "Lśnienie, reżyseria Stanlej Kabrik 3/10" i potem byli podjarani, że nisko ocenili film tego gościa który 20 lat wcześniej zrobił "2001: Odyseję kosmiczną". Teraz w sumie trudno nawet mi wyjaśnić, za co ten film można by lubić... Cóż, ten film miał straszyć. I temu celowi wszystko podporządkowano. Cel się udał, pacjent przeżył, oglądać się da, to chyba wystarczy.


Obecność / The Conjuring (2013) - 7/10. Lata 70. Małżeństwo demonologów zajmuje się takimi tematami jak opętanie przez siły nadprzyrodzone oraz egzorcyzmy. Służy profesjonalną pomocą ludziom, których los połączył z domem, gdzie ponoszą się siły nieczyste. Mamy więc znany schemat: przeprowadzka do nowego domu - pierwszej nocy słychać drobne sygnały, że coś jest nie tak - ptaki walą w ściany, pies nie chce wejść do środka i wyje na dworze, wszystkie zegary stają o 3:07 po północy. Zaprzeczenie przechodzi w strach i uwierzenie oraz szukanie pomocy. I na koniec odkrywamy przerażającą historię tego miejsca. Uwielbiam takie historie, i cieszę się ilekroć zrobiono je dobrze. A tutaj tak właśnie się stało. Nie ma tutaj drogi na skróty ani mrugania okiem do widza. "Obecność" jest samodzielną produkcją, która nie poszła na łatwiznę. Widz wie, czego się spodziewać, dlatego włożyli w to więcej wysiłku. Odkrycie tajnego przejścia wygląda tutaj jak pierwsza taka scena w historii. Przełożyli się do każdego elementu, budując tę solidną historię. Wiele tutaj znaczą postaci, jak je zbudowano i odegrano. Ich przeżycie jest prawdziwe, wiarygodne. Łatwiej nam uwierzyć w to co się dzieje na ekranie, bo oglądamy ludzi którzy reagują na wszystko tak jak my byśmy to zrobili. Najlepsza jest tu pewna scena w której dziewczynka grana przez 12-letnią Joey King budzi się w środku nocy, bo poczuła jak coś ja ciągnie za nogę. Zagląda pod łóżko, ale nie odrazu - po kawałku. W końcu wydaje się, że jednak rezygnuje, a widz czuje się bezpiecznie, bo nie będzie musiał widzieć tego co tam jest... I w tej chwili bohaterka zbiera się na odwagę i zagląda na dół. Perfekcyjny, ludzki moment. Tak, to idealny horror. Solidny - z postaciami które rozumiałem, historią którą pragnąłem poznać i przeciwnikami, których można było się wystraszyć. Oraz doskonałymi zdjęciami. One były tu najlepsze. Film idzie na 17 pozycję moich ulubionych filmów 2013 roku.



Apart From You / Kimi to Wakarete (1933) - 7/10. Kino nieme. Syn ma do matki żal, że wykonuje ona haniebny zawód (jest gejszą). Robi to, by móc go wychować i poprawnie wykształcić. Młody zaczyna pić, kobieta zgadza się na jego gniew. W tym wszystkim znajdzie się jednak trzecia osoba która będzie chciała młodemu coś pokazać. Oczywiście po to, by ten czegoś się nauczył. "Apart From You" to bardzo dojrzałe kino, precyzyjne, dzięki czemu ma szansę zapaść w pamięci. Uwagę zwraca również realizacja tej produkcji - spora liczba najazdów kamerą, często powtarzających się. Duża nowoczesność sprawia też, że dobrze to się ogląda mimo lat na karku, jakie ma ten tytuł. 


Dziennik zapowiedzianej śmierci (2000) - 7/10. Krótki dokument poświęcony człowiekowi który posiadał "Avengers" na kasecie VHS, czyli Tomaszowi Beksińskiemu. Tłumaczowi filmowemu, prowadzącemu audycje w radiu, kinomanowi. Początkowo to miała być produkcja o innym kształcie. Bohater popełnił samobójstwo, dlatego obecnie "Dziennik..." próbuje przedstawić te osobę światu i jej złożoność. Stan psychiczny, charakter i prawdę o niej. Wszystko przez usta postronnych, bo nawet wywiady z prawdziwym Tomaszem są tutaj użyte przez kogoś kto go nie rozumiał, a jedynie chciał to zrobić. W efekcie dowiadujemy się wiele o tych ludziach którzy mówią o Beksinskim, ale niewiele o nim samym. "Rosebud" 





Porąbani / Tucker & Dale vs Evil (2010) - 7/10. Znakomite kino pełne pomysłów które mogły być lepiej poskładane. Produkcja ta opiera się na jednym założeniu - co by było, gdyby w standardowym układzie slasherowym nie było mordercy? Wtedy wszystko wynika z nieporozumienia. Grupa nastolatków jedzie na wieś, a na miejscu bierze dwoje nieszkodliwych wieśniaków za typowych morderców z filmu grozy. Chwytają więc siekiery w dłoń... I to co następuje potem to znakomita beczka śmiechu, krwi i głębi, jaką wyłącznie takie popieprzone kino może oferować. Dość powiedzieć, że mówi on więcej o Wołyniu niż "Wołyń". Mamy tu dokładną i poważną analizę pewnego rodzaju ludzi i tego jak się zachowują gdy tylko czują iż wolno im robić pewne rzeczy, oraz są one słuszne i sprawiedliwe. W ich ocenie. Obejrzeć trzeba koniecznie, choćby ze względu na kreatywność twórców oraz niesamowicie sympatyczną trójkę głównych bohaterów. I co? Czekamy na kontynuację!







Swiss Army Men (2016) - 7/10. To ten słynny film, w którym Harry Potter gra pierdzącego trupa. Matt jest rozbitkiem, który właśnie próbuję się powiesić. Na brzeg w tej chwili wypłynęły wspomniane zwłoki. Okazują się one posiadać tzn. "napęd grochówkowy", dzięki któremu Matt używa ich jak motorówki, by dotrzeć do cywilizacji. Teraz tylko trzeba przebić się przez las, i jesteśmy w domu. Tylko czym jest dom? Czy jest człowiek i życie? I dlaczego o to pytam? Bo najwyraźniej sam film jest zaintrygowany tymi tematami. I rozmyśla nad nimi na swój oryginalny sposób, biorąc zwłoki i sprawiając, że stają się one czymś więcej niż zbiorem związków chemicznych. Wbrew pozorom, nasz czterooki denat nie jest w centrum zainteresowania. Autorów bardziej intryguje Matt i jego osobiste życie, problemy i słabości, które coraz bardziej wychodzą na wierzch, im więcej czasu spędza że swoim nieświeżym kolegą. Ale czy zapach i brak kontroli nad zwieraczem jest przeszkodą? W żadnym wypadku! Czy pierdzenie uniemożliwia zaistnienia lirycznym sekwencjom? Nie. "Swiss Army Men" jest momentami pięknym kinem. I mówi więcej niż można się spodziewać. Tu jeden seans może nie wystarczyć.








American Psycho (2000) - 7/10. Powtórka i mocna podwyżka w ocenie. Opowieść o gościu, który stara się być człowiekiem, ale mu to średnio wychodzi. Chcę spełniać normy, być ludzki, wpasować się. Czy robi to na pokaz, by ukryć to kim jest - czyli seryjnym mordercą? A może wszystkie morderstwa to tylko wytwór jego wyobraźni i metoda na zbudowanie poklasku do samego siebie, we własnych oczach? Wyraz pragnienia bycia wyjątkowym? W czasach gdy kultura i obycie w pewnych tematach, to co się ma do powiedzenia, nie jest poważane... Wtedy zaczynamy szukać innych metod, zamiast szukać błędu. Cholernie cwany film, trzeba przyznać.




Wołyń (2016) - 7/10. Jak pokrótce opisać wrażenia z filmu, o którym jak zacząłem pisać, to wyklikałem ponad 17 tysięcy znaków? "Wołyń" otrzymuje ode mnie wysoką ocenę: za wspaniałą, prostą opowieść w której wszystkie minusy składają się finalnie na wielką zaletę. W zakończeniu nie ma znaczenia kim jesteśmy i na kogo patrzymy. Ogarnia nas uniwersalny chaos i zło, którego nie potrafimy zrozumieć. Nawet nie wiemy, gdzie zacząć. Przed nim można tylko uciekać. By uratować człowieczeństwo - a na to jest zawsze szansa, zdaje się nam mówić w zakończeniu. Smarzowski chyba zrobił tu wszystko co było w jego zasięgu - pokazał świat ogarnięty zarazą nienawiści w którym nie ma nikogo kto ma pewność, że następnego dnia zobaczy wschód słońca. W takim świecie nie ma wygranych. Nie tędy droga. Nie zrobił jednak filmu wystarczająco mocnego, by po jego obejrzeniu ludzie nie próbowali nią nadal podążać. TUTAJ NAPISAŁEM WIĘCEJ.


Wołyń - zapiski zbrodni (2003) - 6/10. Krótki dokument na który natknąłem się przypadkiem. Zawiera wywiady z ludźmi, którzy doświadczyli tej tragedii na własne oczy. Najpierw słuchamy reakcji Polaków, by w połowie doznać zaskakującego zwrotu akcji, kiedy to zaczynamy słuchać Ukraińskiej strony wydarzeń. Obie strony mówią to samo - że druga strona zaczęła jako pierwsza.







Obrońca / Tom yum goong / The Protector (2005) - 6/10. To ten film w którym występuje słynna scena walki wręcz na kilku piętrach restauracji, nakręcona w jednym ujęciu trwającym 4 minuty. A jak wygląda początek tej produkcji? Jakieś Indie, jakieś słonie, jakiś rynek... Motorem napędowym tej historii jest właśnie porwanie słoni. A główny bohater postanawia je odzyskać. Co kraj to obyczaj. To co potem następuje to kino przywodzące mi na myśl te amatorskie produkcje klasy B z gatunku J-Splatter, gdyby były dobrze zrobione. Co prawda nie ma tutaj istot nadnaturalnych, ale reszta składowych się zgadza. Aktorzy pełni pasji i pomysłowość choreografów wystarczyła by stworzyć fascynujące, piękne kino walki. Starcie w fabryce i pojedynki w świątyni to arcydzieła kiczowatych, niepoważnych starć wręcz. Śmiałem się i byłem pod wrażeniem jednocześnie. Poniższe trzy sceny musicie zobaczyć i tyle. 













Piła 6 (2009) - 6/10. Powtórka. Już pierwsza scena mówi nam, że to nie jest znana nam "Piła". Nie ta, którą kochamy. Co ciekawe - jest to efekt zamierzony! W końcu oryginalny morderca już nie żyje od kilku części, i nowe wyzwania tworzy jego następca. Policja jednak zauważa różnice i szybko wpada na jego trop. Wszystko zazębia się z ostatnim testem, który John Kramer dosłownie zostawił w swoim testamencie, chcąc zza grobu wyrównać rachunki z człowiekiem który odmówił mu przyznania środków z jego ubezpieczenia zdrowotnego. Szósta część "Piły" trzyma poziom. Wciąga i ogląda się na jednym wydechu. Fabularnie jest zadowalająca (dowiadujemy się w końcu, co było w liście do Amandy w trzeciej części!) i skutecznie wypełnia brakujące punkty historii, zostawiając nam jedną ostatnią rzecz do zamknięcia w siódmej części. To co mnie zaskoczyło to kilka naprawdę dobrych dialogów (Kramer kontra ubezpieczyciel), a scena w której policja próbuje zdjąć filtry zmieniające głos z nagrania... cholera, to najlepsza scena w filmie. I jedna z najlepszych scen w całej serii. Napięcie jest wtedy nieziemskie, a zamknięcie wynagradza czekanie. Pułapki wciąż robią wrażenie, i nawet angażują oglądającego w to wszystko - co by on sam robił na miejscu ofiar?




Piła 7 (2010) - 6/10. Powtórka. Finałowa konfrontacja i ostatnia gra zaplanowana przez Jigsawa. Tym razem mamy doczynienia z ludźmi, którzy przetrwali już w życiu starcie z Człowiekiem Zagadką. Problem w tym, że jeden z nich... kłamie. I zarabia na tym. Występuje w telewizji, wydał książkę jak to owe wydarzenie zmieniło jego życie, jest teraz osobowością medialną. Oczywiście, że stanie się nowym pionkiem w grze Kramera, prawda? Pułapki w tej części akurat są bardzo przemyślane (*chociaż najłatwiejsze w oszukaniu systemu, że tak to ujmę) i przypominają mi w sumie trzecią część - tam też bohater cierpiał głównie psychicznie, i była ta ciekawa bariera bezpieczeństwa która go otaczała. Tak samo jest w części siódmej. Fabularnie domyka ona w zasadzie wszystkie wątki, oferując naprawdę niecodzienne zwroty akcji (zły... wygrywa?). Patrząc wstecz po powtórzeniu wszystkich filmów... to naprawdę jest kompetentna seria filmów! Fabuła jest solidna i trzyma w napięciu, Hoffman w ostatnich częściach wyrasta na kozaka, i wydaje się jakby to wszystko naprawdę było rozpisane na siedem zwartych części. Piszę poważnie. "Piła" jako całość nadal robi na mnie wrażenie. Poszczególne filmy nie do końca. Ich największą wadą było to, że są takie małe i krótkie, oraz robili je rzemieślnicy. Widać to szczególnie w montażu równoległym gdy przebijane są różne sceny... I one nie budują całości. Dobrze przynajmniej, że nie osłabiają efektu.




Butch Cassidy i Sundance Kid / Butch Cassidy and the Sundance Kid (1969) - 6/10. Powtórka. Opowieść o przestępcach wybielonych do tego stopnia, że nie ma w nich nic złego. Poza tym, że są przestępcami. To produkcja z gatunku "Bonnie i Clyde", gdzie na głównych bohaterach od początku wisi fatum nieuniknionej śmierci. I teoretycznie powinno to budować żal, ale podczas seansu bardziej mnie męczyło to, że nie rozumiem, dlaczego aż taką obławę na nich zorganizowano. Są sympatyczni! Mili! Muchy by nie skrzywdzili. A przy tym są w jakiś sposób przestępcami i nie mają problemu z okradaniem ludzi... Nie łapię tego. To taki strasznie dziwny pomysł, zrobić lekki film przygodowy o takich osobach. Szczytem absurdu jest napad na bank w Boliwii, przed którym uczą się języka. Super zabawa i zero smaku. Jest tutaj nawet taka krótka scena, w której kobieta pyta tytułowy duet: "Hej, a może będziecie robić coś innego? Popracujecie na roli?", na co ci odpowiadają: "A weź się, jeszcze się zmęczymy... To nie dla nas". Kolejny zastanawiający moment. Wtedy to przestała być opowieść o żalu za przeklętymi ludźmi, i zaczęła się przypowieść o dwóch patentowanych leniach którzy mieli zbyt miękką dupę na ten świat. Wystarczyła jedna scena. Dlaczego mam oglądać film o nich? Ponad to - montaż w tej produkcji miewa bardzo poważne problemy. Najgorzej było wtedy, gdy jechali przez filmowe pół godziny od miejsca A do B, tam skoczyli do rzeki... i są już w miejscu A w następnej scenie! Wycięto całe przejście! Jak to?!

Abbott i Costello spotykają dr. Jeckylla i pana Hyde'a (1953) - 5/10. Powtórka. Od lat nie oglądałem tych komików. Odpalam ich film sprzed 63 lat... a tutaj "czarny protest". Feministki walczą o prawa kobiet, a mężczyźni się z nich śmieją. Dziwny zbieg okoliczności. Poza tym mamy tutaj tytułową sytuację - poważny dramat sci-fi o człowieku, który potrafi się zmieniać w potwora. Głębia oryginału została tutaj zlekceważona, i cała opowieść sprowadza się tylko do zbudowania groźnego otoczenia, a potem wpuszczenia tam duetu komików. I bach!, mamy komedię. Żarty są miejscami nawet solidne. Obejrzeć z pewnością można, ale tylko wtedy, jeśli akceptujecie, że kiedyś komedie wyglądały inaczej niż dziś. Są wolniejsze, bardziej nastawione na sytuacyjność, mało w tym żartów słownych.

Machine That Kills People / La Macchina ammazzacattivi (1952) - 5/10. Rossellini ku mojemu zaskoczeniu nakręcił komedię. Małe miasteczko we Włoszech, gdzie fotografowi objawia się miejscowy Święty. Prosi go o cud, by pomóc okolicy. Święty w odpowiedzi opowiada o tym, że ludzie nie zasługują na pomoc, bo są źli. A są źli, bo nic nie robią gdy dzieje się zło. Co więc mają zrobić? Jak pozbyć się złych? A no, zabijając ich. Logiczne. Tak powstaje tytułowa maszyna, dzięki której rodzi się całkiem sympatyczna komedia pomyłek, zawierająca jednak odpowiedzi poziom głębi.

Rewelacyjny film (2010) - 5/10. Krótkometrażowy żart filmowy Marcina Wrony na jednym "przypadkowym" ujęciu.



****SERIALE****



Wodogrzmoty małe / Gravity Falls (2 sezony, 2012-16) - 8+/10. Produkcja całościowa. Łącznie 40 epizodów (finałowy jest podwójny), z których widziałem w sumie połowę. Bohaterami są tutaj brat i siostra - Dipper i Mabel, oboje mają 12 lat. Trwa przerwa wakacyjna i rodzice robią im krzywdę - wysyłają na wakacje do wujka, który mieszka na zadupiu i prowadzi atrakcję turystyczną. A wokół tylko las i nudne miasteczko, gdzie nic się nie wydarzy. Dipper znajdzie jednak pewną księgę opisującą niewidoczny wymiar tej okolicy - okazuje się, że tutaj można spotkać magiczne stworzenia, jak jednorożce i gnomy. Dzięki temu odkryciu bohaterowie będą mieć wiele niesamowitych przygód - podróże w czasie, próby zagadania do dziewczyny, wszystko co najlepsze. Na takim fundamencie właśnie zbudowano resztę opowieści - jak już wspomniałem, jest ona całościowa. Szybko zaczynamy szukać odpowiedzi na pytania, na które zazwyczaj takie produkcje nie odpowiadają. Skąd księga się wzięła? Kto ją napisał? Czemu się jej pozbył i gdzie są jej pozostałe egzemplarze? A co jeszcze bardziej zaskakujące - te odpowiedzi są kompletne i satysfakcjonujące. Przeżywamy tę ogromną opowieść płynnie, bez jednego potknięcia, razem z bohaterami których uwielbiamy oglądać. "Gravity Falls" prezentuje idealny balans, mieszając atrakcje dla każdej grupy wiekowej. Wiąże się z tym jedna nieprzyjemność - okazuje się, że nie jestem dzieckiem. Oba sezony oglądałem z dystansu - miałem świadomość, jak wspaniałe jest to kino dla dzieci, które w ogóle nie czuło się skrępowane przez ograniczenia wiekowe. Przeciwnie! Twórcy robili dokładnie to co chcieli. Jako dorosły jednak mogłem tylko to podziwiać, zamiast zaangażować się tak jak bym to zrobił wiele lat temu. Jeśli macie dzieci i sentyment do "Lost" oraz "Z archiwum X", to jest seans dla was. 






Steins;Gate (miniserial, 2011) - 7/10. Anime liczące 24 epizody o podróżach w czasie. Grupa ludzi odkrywa, że z pomocą mikrofalówki może wysyłać SMS-y w przeszłość i zmieniać rzeczywistość. Krok po kroku doświadczają nieprzewidzianych konsekwencji. "S;G" to niezbyt przystępne anime, opowiedziane jest z początku w chaotyczny i męczący sposób. Na koniec pierwszych epizodów trudno nawet powiedzieć, co właśnie obejrzeliśmy. Niby dzieje się dużo, a całość jest wielowątkowa, ale... Nie angażowałem się w to i spokojnie bym nie oglądał dalej, gdyby na forum fan nie napisał, że dopiero później robi się ciekawie. Uwierzyłem mu na słowo. Ponad to, "S;G" nie jest przeznaczone dla początkujących miłośników anime, bo ilość schematów gatunkowych i dziwactw przeróżnej maści jest tu za dużo. Mamy laskę, która każde zdanie kończy miałczeniem. Każda postać mówi tutaj do wszystkich używając pseudonimów, na które oni nie wyrazili zgody i praktycznie w każdym epizodzie się o to kłócą. Jest też zboczony nerd, który ślini się, gdy jego koleżanka założy strój uczennicy. Główny bohater łatwo przechodzi od cichego człowieka do szalonego naukowca, śmiejąc się demonicznie i z pełną powagą krzycząc o doniosłości faktu, iż jego mikrofalówka wysyła wiadomości w przeszłość. To zresztą kolejna cecha anime - łączenie powagi i niepowagi w jedno. Z głupiutkiego założenia wynikają ważne sytuacje. Każda wiadomość wysłana w przeszłość coś zmienia, i nie wiemy tego odrazu. Często nie wiemy nawet ile i w jaki sposób się zmieniło. Czasami tylko zauważamy pojedyncze objawy, a o tym co naprawdę się stało i w jaki sposób mówi się nam po 10 epizodach. Niemniej od połowy, gdy dowiadujemy się o szerszej skali wydarzeń, wtedy serial autentycznie wciąga, a misterne budowanie świata i bohaterów we wcześniejszych odcinkach opłaca się. Wtedy oglądamy opowieść o wyborach, które zawsze mają jakąś konsekwencję. Powtarzamy wiele epizodów, część z nich anulujemy, szukając sposobu by uratować wszystkich... Ale czy to jest możliwe? Każdy dokonuje makabrycznego poświecenia, i żaden z nich nie gwarantuje szczęśliwego zakończenia. Jeśli macie ochotę na klimaty "Efektu motyla", bo lubicie generalny koncept na konfrontację człowieka z podróżami w czasie, to obejrzyjcie koniecznie!






MacGyver (sezon I, 1985-86) - 7/10. Powtórka po latach. Na Hulu obecnie jest tylko pierwszy sezon, z czego obejrzałem 10 epizodów - i bawiłem się przednio, powiem wam. Zapewne znacie ten serial i tę postać - człowieka, który ucieknie z celi korzystając wyłącznie z łóżka, a do sejfu włamie się przy użyciu butelki wina. Serial idealnie trafił w swoje czasy i widownię - wtedy każdy chciał być jak MacGyver. Swobodny i zorganizowany, umiejący sobie poradzić w dowolnej sytuacji. Uczył każdego dzieciaka wartości "odwrócenia uwagi przeciwnika". Trudno było podpiąć umiejętności MacGyvera do jednej gałęzi wiedzy. Zdawał się on znać na wszystkim, od fizyki przez biologię na szkole przetrwania kończąc. A my chcieliśmy wiedzieć tyle samo, by być takim jak on. Dowiedzieć się, jak działa to co widzimy na ekranie - bo tego nigdy nie pokazywano. Wiemy, że można otworzyć zamek scyzorykiem, a samochód odpalić korzystając z gumki recepturki, ale w jaki sposób? Tego nie było nam dane obserwować. Jego praca? Były wojskowy od zadań specjalnych. Ochrona świadka, dostarczenie ważnych dokumentów, odebranie skradzionych dóbr. Pod względem konstrukcji ten serial jest prawie jak produkcja o idiocie który ma dużo szczęścia. Głupku, który rzuca podkową przez ramię we właściwym momencie i trafia zawodowego mordercę światowej klasy. Inni to widzą i myślą sobie: "Czyli ten głupek tylko udaje głupka!". Wiecie o czym mówię? Tak też jest tutaj - przeciwnicy MacGyvera nie dotrzymują mu klasy. Oglądając serial miałem kilkukrotnie wrażenie, że gdyby kolejne zagrożenie dla życia naszego bohatera było faktycznie poważne, to MacGyver by przegrał bardzo szybko. Czy to przeszkadza? Niekoniecznie. Jak dla mnie ten balans jest dobrze wyważony, i akcja jest odpowiednio dramatyczna. Trzyma w napięciu, a okoliczności są wyjątkowe dla każdego epizodu.  Metody bohatera zawsze umieją utrzymać uwagę, a on sam jest niezwykle sympatyczny. Chce się go oglądać. Chętnie obejrzę kolejne sezony, gdy będę miał taką możliwość. Najlepsze epizody: "The Heist" (Mac napada na kasyno w pojedynkę!), "The Prodigal" (Mac prowadzi skradziony samochód zanim jeszcze wypił poranną kawę!), "Target MacGyver" (słynny morderca zostaje wynajęty by sprzątnąć naszego bohatera, więc Mac odwiedza swojego dziadka. Pojedynek z zabójcą jest wyjątkowo niepoważny, ale rozbudowa relacji jest wystarczająco dobra!), "Nightmares" (Mac ma tylko sześć godzin, by położyć łapy na odtrutce, inaczej umrze!), "Countdown" (bomba na statku podłożona przez błyskotliwego terrorystę, znakomity pojedynek umysłów!), "The Escape" (Mac ucieka z więzienia!) i "The Assassin" (kolejny pojedynek wielkich umysłów). Dobra, trochę tego się zebrało. Najlepszym jest " The Escape" (1x20).







Over The Garden Wall (2014) - 7/10. Zaskakująca produkcja, bo to w zasadzie pełnometrażowy film podzielony na 10 epizodów trwających mniej więcej po dziesięć minut. Opowieść zaczyna się od braci idących przez las w drodze do domu. Będąc w trasie mają różne przygody, jakby wyjęte ze "Strefy mroku". Zwierzęta mówią, stary dziad z latarnią chodzi i ostrzega przed bestią snującą się między drzewami, a na polanie pośrodku niczego można trafić na gospodę wyjętą prosto z "Twin Peaks" albo Miyazakiego. Każdy epizod to oddzielna przygoda, po której bohaterowie wracają szukać domu. Dopiero dwa ostatnie epizody nadają temu szaleństwu pewnych ram. Wtedy dopiero dowiadujemy się, o co w tym wszystkim chodzi... I że to wszystko naprawdę ma jakiś cel. Czemu latarnik musi utrzymać ogień? Dlaczego młodszy z braci ma na głowie czajnik? I o jakiej ścianie mówi tytuł? To zaskakujące, że spośród tylu tytułów właśnie produkcja skierowana wyłącznie dla dzieci (*naprawdę - pierwsze osiem odcinków mnie nużyło, chociaż dostrzegłem w nich potencjał dla młodszych i jak cennych lekcji im udziela) zachęca odbiorcę do stawiania pytań i ciągłego szukania odpowiedzi. Jest wymagająca w stosunku do odbiorcy. "Over the Garden Wall" zaskakuje też w innych aspektach - to baśń w klasycznym i nowoczesnym wydaniu jednocześnie! Podczas seansu czułem się wielokrotnie jakbym przekładał strony księgi ze zbiorem starych bajek. To mroczna opowieść, w której bohaterowie często znajdują się w trudnej sytuacji, pełnej niepokojących projektów postaci i lokacji. Poczucie humoru jest nowoczesne w większości (starszy z braci dostaje do ręki liście i słyszy, że może polecieć na drugą stronę lasu, na co odpowiada: "To wydaje mi się bardzo mało prawdopodobne"), z kolei młodszy jest dzieckiem i myśli jak taki. Nawet śpiewa kilkukrotnie. I wystarczy. Jak macie dzieci to koniecznie obejrzyjcie to z nimi! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz