czwartek, 21 lipca 2016

Nowe Horyzonty 2016 - krótko o każdym obejrzanym tytule.

W tym roku, poza podcastami, będzie też na blogu standardowa relacja z obejrzanych filmów w postaci tekstowej. Ot, kilka zdań o każdym tytule i tyle. Razem wyszło 47 pełnych metraży, jeden średni, trzy krótkie i dwa teledyski.




****31 lipca****


Mroczne bestie ("Dark Beast / Oscuro animal", 2016) - 6/10. W kolumbijskiej dżungli czają się bestie. Sieją postrach wśród mieszkańców interioru. Zabijają bezbronnych ludzi, nie oszczędzając kobiet i dzieci. To żołnierze formacji paramilitarnych, którzy pozostawiają po sobie opustoszałe wioski i rozpacz ocalonych. Felipe Guerrero portretuje trzy kobiety pod presją, na których życiu odcisnęły piętno wojny gangów. Pierwsza z nich nie zastaje nikogo żywego w rodzinnej wiosce, druga znosi brutalność jednego z siepaczy, trzecia jest członkinią bojówki. "Mroczne bestie" są pozbawione dialogów w taki sam sposób co kino Bartasa. Ludzie mówią coś, ale w obcym języku i nie jest to przełożone na jakiś znany nam język, więc traktujemy to jak słowa w piosenkach. Nie słyszymy ich. Ogólnie to podoba mi się taka praca, tylko jest tu jeden problem: nie miałem powodu, by samemu to rozgryzać, ponieważ opis wystarcza. Znacie opis, znacie cały film. Podczas seansu nie miałem nawet zbytnio ochoty by podziwiać i zastanawiać się, jak to zostało osiągnięte, albo czy ja bym to zrozumiał gdybym nie czytał opisu. Widownia na sali odpłynęła, i ja razem z nimi. Ale nie zasnąłem!

Kwiaty ("Flowers / Loreak", 2014) - 6/10. Kobieta dostaje kwiaty, ale nie wie od kogo. I w zasadzie trudno mi teraz napisać coś więcej, ponieważ jest to film dosyć oszczędny. Niewiele się dzieje, przesłanie szybko złapać, a film trwa, trwa i trwa... Spokojnie mógłby trwać z godzinę zamiast stu minut. Niemniej, podoba mi się ten hiszpański (baskijski) humor, konstrukcja fabularna i morał: warto kupować kobietom kwiaty, bo wtedy dzieje się magia.







****30 lipca****


Egzamin ("Graduation / Bacalauréat", 2016) - 7/10. Dziewczyna zaraz ma podejść do pisania matury, od której zależy czy dostanie stypendium i będzie mogła wyjechać do UK na studia. Dzień wcześniej jednak zostaje napadnięta, prawie zgwałcona, więc do egzaminów podchodzi roztrzęsiona i z ręką w gipsie. Ma nawet wątpliwości, czy w ogóle chce podchodzić. Jej ojciec uruchamia plątaninę układów,  wyświadcza różnym ludziom przysługi by zapewnić córce wysoki wynik na testach, zapewniający jej miejsce na uczelni. Zachwyca mnie ilość warstw, jaka w tym filmie jest. Jest oczywiście ta podstawowa, z bólem wywołanym przez napaść, oraz finezyjną strukturę fabularną - w końcu dowiadujemy się też, że ojciec ma kochankę, a jego córka chłopaka z którym nie chce się rozstawać. Na to jednak nakłada się obraz współczesnej Rumunii, która jawi się jako kraina opuszczona przez dobrych ludzi. Nie ma tu nadziei, stąd trzeba uciekać. Słyszymy historię rodziców, którzy tu wrócili w '91 roku myśląc, że coś się zmieniło. Tak jednak nie jest. Jest tylko gorzej. Nie chcą tego dla swojego dziecka, więc praktycznie zmuszają je, by uciekła. Ta jednak wciąż ma wątpliwości, a ich tylko przybywa gdy widzi jak jej tata robi przekręty by ona mogła oszukiwać na maturze. Bo wszyscy oszukują. Tym samym dochodzimy do najważniejszego dla mnie poziomu tej opowieści, czyli tego napięcia w życiu młodej osoby, która już teraz musi podjąć decyzję, która wpłynie na całe jej życie. Wszyscy wokół mówią jej jedno, a głos wewnętrzny dyktuje jej coś innego. Ten konflikt tylko narasta, i pogrążamy się w panice, że nie ma czegoś takiego jak "dobre rozwiązanie". Wszystkie te poziomy przeplatają się w "Egzaminie" w prawie każdej scenie. Dramaturgiczna perełka!

Nieznajoma dziewczyna ("The Unknown Girl / La fille inconnue", 2016) - 6/10. Bracia Dardenne znajdują gatunek filmowy w życiu ludzkim. "Nieznajoma dziewczyna" toczy się jak standardowa produkcja tych reżyserów, ale jednocześnie można tu dostrzec prawidła filmu noir, a nawet film gris. Młoda lekarka ma wyrzuty sumienia, ponieważ olała wezwanie o pomoc - ktoś zadzwonił do jej kliniki, gdy ta była dawno zamknięta, takie rzeczy powinno się ignorować. Tutaj jednak sprawy potoczy się inaczej, i kobietę znaleziono martwą. Podoba mi się balans w tym filmie, między życiem a fikcją, w której zazwyczaj tacy bohaterowie podejmują śledztwo. W "Nieznajomej dziewczynie" bohaterka pokazuje tylko zdjęcie nieznanej kobiety, która wtedy dzwoniła do jej kliniki. Została pochowana jako odpowiednik John Doe. Nikt jej nie zna, nikt nie wie, kim była. A takie pokazywanie potrafi doprowadzić do różnych rzeczy. Lekarz spotka na swojej drodze ludzi z mrokiem w duszy, robiących rzeczy, których nie chcielibyśmy widzieć jak to robią. Każdy coś ukrywa. Na minus zaliczam tutaj pewną scenę z demolowaniem samochodu, jak i zakończenie, w którym morderca sam się zgłasza, wszystko wyznaje, opowiada i jeszcze oddaje się w ręce policji. Mało to satysfakcjonujące.

Fuocoammare. Ogień na morzu ("Fuocoammare", 2016) - 6/10. Dokument o uchodźcach. Nie tych, co przyjeżdżają, żeby nic nie robić za darmowy socjal, ale o tych, którzy przechodzą piekło uciekając przez Saharę do innego kraju, tam też traktują ich jak śmiecie, wsadzają do więzienia, a potem jeśli im się uda, to przez morze płyną do Europy. "Ogień na morzu" pokazuje jak tacy ludzie są odbierani, badani, sprawdzani, jak się nimi opiekują. Od pierwszego kontaktu w eterze, gdy uchodźcy często nie potrafią podać nawet swojej lokalizacji. Gdy tak się dzieje, wysyłana jest pomoc. Ale to nie wszystko, co zobaczycie w tym dokumencie. Twórcy zależało tu na ścieraniu różnych światów i ukazaniu, że te wszystkie środowiska funkcjonują obok siebie. Jak? Tego nie widzimy. Ale podmiot jest wspólny zarówno dla murzyna ściąganego z tratwy siłą (bo sam jej nie miał i w zasadzie był ledwo przytomnymi zwłokami) jak i małego chłopca, który ścina drzewo, by zrobić procę i strzelać do kaktusów. Warto zobaczyć.

Arcade Fire: The Reflektor Tapes (2015) - 5/10. Dokument z trasy koncertowej zespołu grającego rock alternatywny, tytułowych Arcade Fire. Na produkcję składają się zapisy z koncertów przetykane myślami członków zespołu, w stylu: "Bycie artystą polega na przelaniu na język sztuki tego uczucia, którego doznajesz gdy w końcu oddajesz mocz po naprawdę długim stosunku oralnym". Albo coś w tym stylu. Ale muzyka jest całkiem miła, i dobrze trzęsło salą podczas seansu. Plus wywiad z zespołem po napisach końcowych.

Maquinaria Panamericana ("Panamerican Machinery", 2016) - 5/10. "The Office" w wersji Meksykańskiej. Firma, w którym każdy odpoczywa, a jak telefon dzwoni, to wyciągamy wtyczkę, żeby nie przeszkadzał. Szef jednak umiera, a płacił on z własnej kieszeni. Co teraz? Zatrudnieni wpadają na logiczne wyjaśnienie: barykadują się, nikomu o denacie nie mówią, żyją jak wcześniej aż dojdą do tego, co teraz będziemy robić. Wszystkie żarty opierają się na punkcie wyjściowym, to szybko zaczyna nużyć. Ludzie spali na sali.






****29 lipca****


Nieprawi ("Illegitimate / Ilegitim", 2015) - 7/10. Film-eksperyment. Aktorzy przyszli do reżysera mając już gotowe postaci. Ten z kolei wymyślił sobie, że wszystkie sceny będzie nagrywać tylko raz, bez dubli. Zamknęli się w mieszkaniu na dwa tygodnie, i zaczęli kręcić bez większego scenariusza. Materiał podjęli wstępnemu montażowi, wyszedł film trwający trzy godziny. Potem zaczął się montaż właściwy, gdy próbowali z tego zrobić produkcję "o czymś". Wiele wątków drugoplanowych poszło do kosza, podobnie losów postaci. Na pierwszy plan wyszedł temat aborcji i dwójki kochanków posiadających dziecko, którego nie do końca chcą zachować. Co z tego wyszło? Znakomity tytuł, ot co. W ogóle nie czuć tego o czym pisałem. To wydaje się znakomicie napisane. Wiele zdradzać nie będę, ale wyszedł film ponury i wyraźny, jednak nie jest on dołujący. Wspomniane zaplecze wyjaśnia jednak, czemu film podejmuje określone tematy, nie mając o nich wiele do powiedzenia. "24 tygodnie" w temacie aborcji są lepsze. To jednak nie wszystko, co znajdziecie w "Nieprawych". Oj nie!

Baby Bump (2015) - 7/10. Surrealistyczny tytuł, który można zrozumieć. Dotyczy dorastania. Oglądałem z przyjemnością.

Ja, Daniel Blake ("I, Daniel Blake", 2016) - 6/10. Lekki film o gościu, który dostał zawału serca podczas pracy, i teraz nie może do niej wrócić. Lekarz tak nakazuje. Musi się więc starać o rentę, ta jednak jest mu nie przyznana, bo urzędniczka wie lepiej od lekarza i orzeka, że Blake jest zdolny do pracy. W ten sposób nasz bohater trafia w obroty pomocy socjalnej, która robi wszystko, by udzielenie owej pomocy było nieosiągalne. Dlaczego? Nie wiemy. Jak do tego doszło? Nie wiadomo. Czy coś się zmieni? Nie. Ale podczas oglądania chcemy, żeby Daniel ich wszystkich pokonał! To nie jest opowieść o zwykłych ludziach, tylko o figurach dramatycznych. Ta opowieść jest zbyt wystudiowana. Oczywiście działa, można uronić łezkę, ale film jako całość stoi cały czas w tym rozkroku między produkcją która chce obnażyć system, a jednocześnie nic z tym nie zrobić. Oglądałem to, ale nie przejmowałem się zbytnio. Widząc samotną matkę z dwójką dzieci wolałem dowiedzieć się, jak do tego doszło, nic załamywać nad nią ręce. Plus wygodne zakończenie. Osobiście wolę obejrzeć kolejny raz dwuczęściowy epizod "All in the Family", w którym Archie traci pracę, i przechodzi przez podobny cyrk co Daniel. Efekt jest jednak bardziej naturalny i realny, a mówimy o sitcomie sprzed 40 lat.




Służąca ("The Handmaiden / Ah-ga-ssi", 2016) - 6/10. Korea, lata 30. Hrabia dogaduje się ze służącą, by opracować plan jak tu ogołocić z pieniędzy pewną arystokratkę. Fabuła należy do tych, które na koniec okazują się być o czymś innym, jednak najważniejsze są tu sceny erotyczne. Zdecydowanie najlepsze w tym roku, udało się ukazać każdy dotyk i pocałunek z olbrzymią pasją i potrzebą. Z czasem te sceny robią się coraz bardziej otwarte, ale to nadal może się podobać.

Mercy (2016) - 3/10. Idę na film na Nowe Horyzonty, a tutaj widzę logo Netflixa. Co dziwniejsze, filmu nie ma jeszcze nawet w bazie Netflixa... Nieważne. Produkcja należy do gatunku home-invasion, i jest cholernie nudna.







****28 lipca****


Wszystkie nieprzespane noce ("All These Sleepless Nights", 2016) - 7/10. Kiedy reżyser wspomina przeszłość, to nie pamięta tego, gdzie pracował i innych przykrych kwestii. Nie, on pamięta chwile relaksu. Jakieś pojedyncze kwestie lub scenki wyrwane z kontekstu, które dopiero po latach nabierają sensu. Sportretowany jest tu czas młodości i poszukiwań. Czas, który wydaje się stracony, bo w sumie wszystko wygląda na koniec tak samo. A jednak nie zmienilibyśmy tego za nic na świecie na coś innego. To był najlepszy okres naszego dotychczasowego życia. O tym są "Wszystkie nieprzespane noce". Produkcja nie stojąca za większością nowego pokolenia - nie ma tutaj tego, co było w "Knives Out" - tylko za tym 1%. Młodzieżą, która mieszka w Warszawie na Nowym Świecie. W nocy nie śpią, i cały czas coś tankują. Ale jest w tym pozytywna energia, bo nigdy nie piją po to, by się znaleźć gdzieś w błocie pod miastem. Nie, oni szukają radości w życiu. Swobody i czegoś więcej. A temu mi nieco bliżej niż w produkcji Wojcieszka. Polubiłem tę podróż, a do tego bonus za umieszczenie większości akcji w Warszawie. Niemniej, trochę znudzony byłem (cały czas to samo, dopiero w finale jest jakiś kontekst podany), ale jednak w kwestii oceny zwycięża mój zachwyt nad tym, że film w ogóle udało się zrealizować. Film zrodzony z wkurwienia, jak wygląda polskie kino. Taki bunt to ja rozumiem. Plus zabawna sesja Q&A z twórcami.

Praktykant ("Apprentice", 2016) - 7/10. Singapur zachęca ludzi, by ci przemyśleli jeszcze raz temat kary śmierci. W tym kraju to ważna kwestia, bo 70% społeczeństwa ją popiera, i wymierza się ją nie tylko za najcięższe zbrodnie. Ot, wystarczy handlować narkotykami i już idziesz na styczek. "Praktykant" to zniuansowana i wysublimowana opowieść od reżyserów i scenarzystów będących przeciw karze śmierci, starający się przebić do świadomości społeczeństwa mającego inne poglądy. Temat został podjęty od innej strony, mianowicie: kata. Osoby, która wcale nie jest diabłem który nie śpi po nocach z żalu. Wręcz przeciwnie - są normalni, żartują, a ze swojej pracy są wręcz dumni. Drugim ważnym czynnikiem jest opowiedzenie tutaj o tym, czego w Europie nie do końca jesteśmy świadomi, czyli jak taka kara śmierci wpływa na ludzi. Na dzieci skazanych, tworząc tym samym pętlę złej energii.

Ludzie bez jutra ("People with no Tomorrow", 1919) - 6/10. Seans na rynku. Jeden z najstarszych polskich filmów niemych, odkryty w Berlinie w 2003 roku. Ale już go odrestaurowali, nawet dodali polskie napisy i puścili go z właściwą prędkością 17 FPS. Nadal nie jest kompletny, szczególnie to widać po zakończeniu... A może miało być takie gwałtowne? Nie wiem. W każdym razie - "Ludzie bez jutra" w '19 roku wywołały skandal, bo opowiadały o romansie polki z żołnierzem Rosyjskim. A to w tworzącym się kraju było za dużo dla cenzury. Dziś ten film ogląda się... dobrze. Jest na tyle czytelny, że ludzie na rynku dawali radę wspólnymi siłami ogarnąć co się dzieje. A fabuła jak na tamte czasy jest całkiem złożona.

Oleg i dziwne sztuki ("Oleg and Strange Arts / Oleg y las raras artes", 2016) - 5/10. Dokument o pewnym nieznanym poza Rosją pianiście i artyście, Olegu Karawajczuku. Wyszedł film, o którym lepiej się opowiada niż go ogląda. Bohater nie lubił ludzi, coś tam sobie pogadał, grał całkiem miło. Zgodę na film wyraził dlatego, że reżyser pojawił się na spotkaniu z nim będąc ubranym w koszulkę o takim samym kolorze co Oleg. W trakcie kręcenie filmu lubił grać na fortepianie w Wernisażu przez 6-8 godzin pod rząd. Gdy poprosili go, czy mógłby grać np. osiem minut, to przystał bez radości. Ale potem się okazało, że wszystkie kawałki nagrane dla filmu trwały dokładnie osiem minut. A gdy wy to czytacie, czyli 29 lipca 2016, pan Karawajczuk już nie żyje, od dokładnie 41 dni. Zdążył zobaczyć film i być z niego zadowolonym.

Krzyk ("Scream / Grido", 2006) - 5/10. Delbono tworzy dla siebie, tym razem opowiada tu o znajomości z pewnym aktorem, którego znalazł w zakładzie psychiatrycznym. Teraz ten aktor występuje regularnie z trupą Delbono po całym świecie. Good for him. Przed seansem pokazano również krótki metraż z owym aktorem, "Wizyta".






****27 lipca****


Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie ("Perfect Strangers / Perfetti sconosciuti", 2016) - 7/10. Siedem osób w średnim wieku spotyka się na kolacji. W trakcie rozmowy pojawia się temat prywatności i tego, że nikt nie ma nic do ukrycia. A więc zaczynają grę, polegającą na tym, że kładą swoje telefony na stole i gdy do kogoś przyjdzie wiadomość albo połączenie, to wszyscy się z nim zaznajamiają. Na najbliższe kilka godzin nie ma żadnych tajemnic w tej grupie ludzi znających się od lat. Nastroje szybko się zmieniają, a wszystko to przy użyciu cudownej ilości żartów. Wszystkie trafiały w mój gust, śmiałem się cały czas, a widownia na Nowych Horyzontach miejscami rechotała tak głośno, że nie mogłem czytać napisów. Mam tutaj dwa ulubione momenty: pierwszy to chwila fałszywego kłamstwa, które zostaje pociągnięte dalej by wydobyć więcej prawdy z pozostałych osób. Cholernie inteligentny moment. Drugim jest zakończenie, bardzo przewrotne i zaskakujące. Nie spodziewacie się go. Jedyny minus z mojej strony to muzyka, pozbawiona subtelności. Gdy ma miejsce moment obyczajowy i poważny, to WIECIE o tym, co najmniej na kilka minut wcześniej. Niemal psuje to całą scenę, zagraną i napisaną wybornie. Ale poza tym? Jeśli już, to może wam nie pasować takie poczucie humoru. Ale jeśli lubicie francuskie komedie w stylu "Bazyla. Człowieka z kulą w głowie" albo "Święty Mikołaj to śmieć" to i ten wam podejdzie.

Miles Davis i Ja ("Miles Ahead", 2015) - 7/10. Tytułowa postać zniknęła kiedyś na pięć lat. Przestała tworzyć. Co wtedy robiła? Cóż... O tym ten film nie jest. Ale opowiada za to historię dziennikarza, który chciał się wykazać, więc zaczął męczyć pana Davisa o wywiad, czemu ten milczy. Wynikło z tego niezłe zamieszanie, uzupełniane jeszcze retrospekcją artysty w której pokazano jak poznał swoją ukochaną. Sama opowieść jest naprawdę udana - dynamiczna i z jajem, postaci nie dają sobie w kaszę dmuchać, i jest między nimi chemia. Początkowo negatywna, z czasem jednak uczą się przebywać w tym samym pomieszczeniu. Oglądałem ich z przyjemnością. Najważniejszy jednak jest styl tego filmu, ponieważ Cheadle okazuje się radzić wyjątkowo dobrze z drugiej strony kamery. Czuje obraz, czuje kadr. Jego opowieść jest pomysłowa i elektryzująca. Środki wyrazu zastosowano z głową, by uatrakcyjnić ten film. Oglądałem z przyjemnością.

Floating on Fire (2015) - 7/10. Podczas wczorajszego seansu "Ja, Olga Hepnarowa" obok mnie usiadł pewien mężczyzna. Okazało się, że to reżyser właśnie "Floating on Fire". Nie miałem o tej porze nic ciekawego do oglądania więc zagadałem, by mnie zachęcił do swojej produkcji. Zrobił to i obejrzałem. Jego dokument średniometrażowy opowiada o artystce, która zbudowała konstrukcję z szuflad by upamiętnić huragan Katrina. Ten projekt był potem pokazywany na całym świecie, również we Wrocławiu (w 2010 roku). Po tylu latach jednak trzeba było go zniszczyć, a dokument prezentuje przygotowania do tego. Naprawdę jestem zadowolony, że poświęciłem na obejrzenie go 50 minut, bo rzadko widuję poważnych artystów. Ludzi, którzy tworzą dla innych ludzi, i są przez nich nie tylko rozumiani ale faktycznie im pomagają. O zakończeniu projektu opowiadano w wiadomościach, a obywatele przyszli osobiście na to wydarzenie.

Psychonauci, zapomniane dzieci ("Psiconautas, the Forgotten Children / Psiconautas, los niños olvidados", 2015) - 6/10. Mroczna i ponura animacja o świecie przedziwnych istot,które próbują się wydostać z wyspy w wyspie, albo też godzą się z losem i zbierają miedź, by przeżyć. Puszczanie tego dzieciom to odpowiedzialna decyzja, bo krew tutaj się leje, a niektóre projekty poważnie mogą przerazić. Szkoda tylko, że nie do końca nadążałem za historią, ale to może być też wina mojego osobistego zmęczenia.

Knives Out (2016) - 6/10. Wyborny portret młodego pokolenia polaków. Ludzi kłócących się o Smoleńsk, plujących na Ukraińców przyjeżdżających do Polski, idących w ślepy nacjonalizm i patriotyzm. Szczerość jest tu istotna, a aktorzy i reszta ekipy w większości nawet nie stali obok takich stanowisk moralnych i społecznych. Jednak jeśli idzie o portret młodych, to taki obraz musiał wyglądać właśnie w taki sposób. Skupiać się na ludziach, których ja unikałem w szkole. Wiecie, takich, którzy gdy spotykają osobę z zagranicy to pytają się jej, jak w tym jej obcym języku można powiedzieć "Chuj ci w dupę". Ja jestem inną osobą. I chcę oglądać innych ludzi na ekranie kinowym. Ale doceniam realizm i ideę tego filmu. Co nie znaczy, że wy też musicie. BTW; Wojcieszek jest miłym człowiekiem.

"Floating on Fire" obejrzałem na pokazie kilku tytułów pod wspólnym szyldem "Powiększenie - zestaw 3", w skład którego wchodziły dwa teledyski ("Skalpel – Switch", "Italiano", ten drugi nawet ciekawy) oraz jeden krótki eksperyment filmowy ("To mija czas / As Time Goes By", bawiący się czasem ekranowym) i jeden krótki żart filmowy ("Hominism", w którym chłop np. bierze prysznic w wannie, a potem wychodzi, wyciera się, marze sprejem na kafelkach CHWDP i wtedy następuje cięcie).






****26 lipca****


24 tygodnie ("24 Weeks / 24 Wochen", 2016) - 7/10. Znakomity film o aborcji. Ale pogadajmy o tym, dlaczego jest to jeden z najgorszych filmów na festiwalu. Po pierwsze, bohaterka zarabia na życie wykonując stand up. I ponoć jest w tym taka dobra, że jest słynna w całych Niemczech, i ma chatę większą niż wszystkie mieszkania w których żyłem razem wzięte. Jak więc wyglądają jej żarty? Cóż... opierają się na pasywno-agresywnych uwagach odnośnie mężczyzn. "Na starość włosy zjeżdżają im z głowy na plecy, hehe". Koniec żartu. W takim porównaniu to Dave Chappelle powinien posiadać Japonię. A to nie koniec, bo bohaterka w ogóle nie ma pojęcia o komedii. W jej życiu zdarzyła się tragedia, a ona co? Wychodzi na scenę, milczy, wychodzi. Ojej. Jim Jefferies dowiedział się po 40 latach, że ma autyzm. Wyszedł na scenę i przekuł to na skecz. Tak działa prawdziwa komedia. Pomaga nam radzić sobie z pewnymi rzeczami. Ale nie w tym filmie. Idźmy dalej - bohaterka jest w ciąży. I co robi? Pije, pali, a potem nawet prowadzi po pijaku i wjeżdża w bagażnik innemu kierowcy. Dobra robota. Gdy policja się pojawia to ona zasłania się tym, że jest w ciąży i mają jej dać spokój. W porządku, w końcu dam jakiemuś filmowi na tym festiwalowi 1/10. Przejdźmy dalej - bohaterka dowiaduje się, że jej nienarodzone dziecko będzie mieć Downa. I radzi sobie z tym. Kontrolę nad sobą ma na poziomie chwastu rosnącego na polu, więc domyślacie się JAK sobie z tym radzi. Taka osoba nie nadaje się do tego by opowiadać o tym, jak to jest stawiać czoła takiemu problemowi. Powinni wziąć Brie Larsson i gościa będącego odpowiednikiem reżysera "Short Term 12", wtedy coś z tego by wyszło. Ale nie, tutaj woleli opowiadać o babce, która nie byłaby zdolna wyhodować ziemniaka,a co dopiero dzieciaka... nie mówiąc o takim, który potrzebowałby specjalnej opieki. Kino potrzebuje silnych postaci, a nie takie śmieci, dla których nawet zrobienia zastrzyku w szpitalu wywołałoby atak paniki i miliony pytań, czy to aby na pewno konieczne. Gdy idę na film o kobiecie przygotowującej się do urodzenia chorego dziecka, to chcę się czegoś nauczyć. Czego mnie "24 tygodnie" nauczyły? Żeby się wtedy najebać, zjeść ciasto, a każdego kto nie będzie mnie wspierać i klepać po główce, nazwać faszystą. A powinno być nazistą jeśli już, ta polityczna poprawność... Bo oczywiście podstawową decyzją jest zachować i spieprzyć małemu życie jeszcze bardziej swoją niedojrzałością. Zamiast powiedzieć z odwagą, że są zbyt słabi na to wyzwanie, to oni tchórzą jeszcze bardziej. Zero szacunku dla życia ludzkiego. Widzisz tych ludzi i wiesz, że jeśli do porodu dojdzie, to za rok wyrzucą dziecko na śmietnik. Nawet nie przygotowywali się w żaden sposób, tylko stwierdzili: "Zachowamy, a potem będziemy się martwić, hehe". Równie dobrze mogli urodzić dinozaura, film by się nie zmienił w ogóle.............. Dobra, kończę już. Bo chociaż to wszystko tutaj jest prawdą, to nie ma to znaczenia. "24 tygodnie" nie opowiada o wychowywaniu dzieciaka z Downem, tylko o aborcji. Powiedzmy, że w ciągu ostatnich 20 minut tak się staje. I wtedy film przechodzi gruntowną przemianę. Wtedy można go chwalić. Przede wszystkim, twórcy zrobili research i nie ma tutaj niczego niejasnego. Wiadomo na przykład, że aborcja w Niemczech po 24 tygodniu jest legalna, i polega na śmiertelnym zastrzyku wykonanym do serca płodu. Ono umiera w środku matki, i potem jest "poród". Takie rzeczy są nam wyjaśnione. Ponad to, zdjęcia w "24 tygodniach" są bardzo ładne, a reżyseria zachowuje w finale bliski kontakt, bezpośredniość i szczerość. Ów finał z kolei sprawił, że widownia na sali płakała. Ja sam poczułem ogromny ciężar na sercu gdy to oglądałem. Gdyby oceniać wyłącznie te ostatnie minuty, ocena powinna być jeszcze wyższa. Nie oglądajcie, jeśli boicie się bycia zmiażdżonymi. Jak to teraz ocenić? "24 tygodnie" są najgorszym jak i jednym z najlepszych filmów na Nowych Horyzontach 2016 roku.

Ja, Olga Hepnarová ("I, Olga Hepnarová / Já, Olga Hepnarová", 2016) - 7/10. Opowieść o kobiecie, która miała takie beznadziejne życie (bili ją, wyszydzali, była samotna), że postanowiła to odreagować rozjeżdżając 20 ludzi ciężarówką (#nice) i domagała się za to kary śmierci. Cały film jest fabularną opowieścią o tej postaci. Twórców interesowała samotność i krzywda, jaką jej wyrządzono, oraz to, iż zdecydowała się zrobić akurat to co zrobiła. Sama produkcja jest bardzo klarowna. Każdy kadr wypełnia przestrzeń i cierpliwość, dodają one te małe fragmenty do całości, budując ją aż do końca. Na minus zbyt poprawny wydźwięk. Mogę jeszcze zrozumieć wyraźne pokazanie, że twórcy nie popierają decyzji Hepnarowej, ale kilka monologów wyjaśniających w podobny sposób, dlaczego do tego wydarzenia doszło... Mogli sobie to darować.

(Nie)obecność ("(Dis)appearance", 2014) - 6/10. Poszedłem na dokument o Piotrze Łazarkiewiczu i nawet nie wiedziałem, że nic od tego pana nie oglądałem. Cóż, zdarza się. Sam dokument jest bardzo typowy i standardowy. Wspominamy zmarłego, mówimy jak nam go brakuje. Nic nie zapada w pamięci.

Ścieżka ("Path / Sendero", 2015) - 5/10. Młodzi miastowi jadą na weekend, odpocząć. Trafiają na ludzi wsi, którzy robią z nich mielonkę. Wspaniały slasher, w którym każdego czeka rozerwania na trzysta kawałków. Efekty praktyczne olśniewają, flaki i inne wnętrzności wyglądają wspaniale na dużym ekranie. Parada brutalności, strzelania, rozrywania i krzywdzenia siebie nawzajem. Problemem może być tylko brak płynności w narracji. Możecie na przykład zobaczyć scenę, w której ktoś klęczy, a w następnym ujęciu już stoi obok i przykłada pistolet do czyjejś głowy. Bez faktycznego pokazania, jak ta osoba wstaje z klęczek i przechodzi wymagany dystans. A poza tym, bez zarzutu. Idealny slasher. Krzykliwy, wulgarny i obrzydliwy.

Baba Vanga (2016) - 4/10. Polska reżyserka robi film na zakończenie szkoły filmowej, dając tym samym upust swoim fascynacjom malarstwem oraz ludźmi twierdzącymi, że mają dar jasnowidzenia. Tytułowa postać istniała naprawdę, umarła niedawno i przewidziała między innymi, że w 5046 roku dojdzie do końca świata. A w 2016 roku Europa będzie pusta. Film ma za zadanie opowiedzieć, jak może wyglądać żywot takiej osoby. Fikcyjna fantazja na temat postrzegania świata przez "obdarowaną" osobę. Wolne, męczące, nużące. Nie wiem, co powinienem z tym filmem zrobić.






****25 lipca****


Wieczna poezja ("Endless Poetry / Poesía sin fin", 2016) - 7/10. Najnowsza produkcja Jodorowsky'ego jest uosobieniem piękna artysty. Nie opowiada o nim, tylko nim jest! Tak po prostu. Fabularnie, to znana bajka: Jodorowsky opowiada autobiografię, w której pokazuje jak chciał być poetą, ale ojciec nazwał to pedalstwem, więc nasz Alejandro uciekł do bohemy, poznał ten świat, zaczął tworzyć... znane, znane, znane. Ale jak to jest opowiedziane! Przejrzyście, klarownie, a przy tym w każdej scenie można utonąć w ilości szczegółów oraz kreatywności. Matka wykonująca wyłącznie arie operowe, żywe cienie w tle, karły gestapo na szczudłach. Wyobraźnia twórcza zachwyca, a ogląda się to wspaniale, płyniemy przez tę opowieść. Całe piękno bycia artystą przelane i uformowane w postaci filmu. Dobra robota! Plus: w końcu jakieś poważne penisy na tych Nowych Horyzontach!

Sobowtóry ("The Similars / Los parecidos", 2015) - 6/10. Od pierwszych sekund z ekranu płynie uczucie satysfakcji. Rozległa muzyka, przywodząca na myśl "Psychozę", wzorowo buduje klimat. Chwilę potem widzimy wpływy "Twilight Zone", bo mamy doczynienia z narratorem, który próbuje podrabiać styl i manierę Roda Sterlinga. I przenosimy się na dworzec autobusowy, na którym jest poważne opóźnienie - brzmi znajomo? Bo był już o tym epizod "Strefy Mroku". Tym razem mamy doczynienia z ulewą, która wstrzymała autobusy, a ludziom się śpieszy. Mężowi właśnie rodzą się dwie córki, pewna matka potrzebuje jechać po pomoc dla chorego syna, a innej kobiecie zaraz zaczną odchodzić wody. Wydaje się, jakby gorzej być nie mogło... ale za godzinę tak właśnie będzie. Film warty polecenia szczególnie fanom amerykańskiego sci/fi i horroru lat 50. Miękkie barwy, wartka akcja, i demoniczny antagonista.

Martwe wody ("Slack Bay / Ma Loute", 2016) - 6/10. Inspektor prowadzi dochodzenie w sprawie zniknięć na terenie zatoki. Bogaci ludzie przyjeżdżają do rezydencji na zatoce, w celu odbycia wakacji. A okoliczni wieśniacy stoją za wspomnianymi zniknięciami. Swoje ofiary zjadają. "Martwe wody" to generalnie komedia, i ludzie się śmiali, ale ja rzadko. Czasami, to wszystko. Niemniej, rozumiem w jaki sposób poszczególne momenty miały mnie bawić. Inspektor jest tu bo bani w byciu inspektorem. Arystokraci są do bani w byciu arystokratami. Dziewczynka jest do bani w byciu chłopcem. Wszyscy tu są do bani. Ludzie są do bani w byciu ludźmi. W teorii nawet mnie to śmieszy, więc pozostaje wam sprawdzić na własnej skórze.




Ederly (2015) - 5/10. Mężczyzna przyjeżdża do pewnej wioski w celu renowacji tamtejszej rzeźby. Jest późno, więc kieruje swoje kroki do małej chatki, gdzie szuka noclegu. Na miejscu jednak rozpoznają w nim człowieka, który wyjechał stąd 20 lat temu. O co biega? Nikt tego nie wie. Widz sam ma sobie wybrać. Piotr Dumała we własnej osobie opowiadał na spotkaniu, że scenariusz był improwizowany, a zakończenie przyszło do niego we śnie. Inspirował się też serialem "Twin Peaks", chociaż go nie oglądał. Ale to właśnie coś dla fanów telewizyjnej legendy Lyncha - produkcja, w której masz się dobrze bawić ilością atrakcji, a nie szukać porządku i sensu. Ja jestem z tych co wolą porządek i sens. Dlatego "Ederly" to najsłabszy odcinek "Twilight Zone" jaki oglądałem. Głównie przez metraż.

Awaria ("Havarie", 2016) - 4/10. Miałem zupełnie inne wyobrażenie o tym filmie. Wiedziałem, że opowiada on na temat emigrantów i terroryzmu, biorąc za podstawę nagranie z pewnego statku, obok którego płynęła przez otwarte morze mała łódka z piętnastoma uchodźcami. Spodziewałem się jakieś inscenizacji tych wydarzeń, czy coś, ale nie. Otrzymałem wspomniane nagranie, tylko rozciągnięte do półtorej godziny, poprzez puszczanie go z prędkością jenej klatki na sekundę. Dzięki temu na ekranie widzimy pokaz slajdów, które zresztą wyglądają jak akwarele. Dodano do tego jedynie warstwę audio, gdzie ludzie o czymś gadają. Cytując znajomego: "Dupa, to nawet nie był film". Produkt zrobiony nieskładnie, nieprzemyślany. Ale mogło być gorzej. Mogłem zasnąć. Niemniej, 45 osób wyszło z seansu. Liczyłem na własnych paluszkach.






****24 lipca****



Sieranevada (2016) - 7/10. Mamy tutaj opowieść o spotkaniu rodzinnym, do którego dochodzi, gdy liczna familia zbiera się na stypie. Kłócą się, jest harmider, cały czas dochodzi do jakiegoś nieoczekiwanego zwrotu akcji. Widownia cały czas się śmiała, było dobrze. Całość wyreżyserowana, zagrana i napisana jest doskonale - jakbyście weszli do swojej rodziny, tu nie było cienia fałszu. Jednym słowem, "Sieranevada" to trzydziestosekundowy żart ze "Scrubs" to dysfunkcjonalnej rodzinie, ale rozciągnięta do trzech godzin. Problem polega na tym, że gdy połowa dialogów wywołuje głęboki śmiech, to po usłyszeniu drugiej połowy ma się ochoty rozmazać tych ludzi na podłodze. Albo chociaż wyjechać daleko za granicę, byle tylko dzielił was co najmniej jeden dodatkowy kraj. Za samo urządzeniu palarni w kuchni należą się baty i emerytura na galerach, ale ci ludzie byli po prostu toksyczni w każdych drobnych kwestiach. Nieprzyjemni, chamscy i obleśni. Rumunia, Polska, co za różnica? Wiecie więc o czym mówię. Nie chciałem z nimi przebywać w jednej sali kinowej. Z drugiej strony... Taka prawda. Ten film niczego nie fałszuje. A to oznacza, że tacy ludzie też musieli się pojawić. Poza tym, "Sierenevada" zapewne spełnia tu rolę demaskacji rumuńskiego społeczeństwa, które nie może zakopać topora wojennego nawet na stypie. Za to gwiazdka w górę.

Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham ("You Have No Idea How Much I Love You", 2016) - 7/10. Eksperyment filmowy Pawła Łozińskiego (tak, ten od "Stu lat w kinie" - miałem okazję podać mu rękę i podziękować za ten dokument!). Na czym to polega? Nie mogę zdradzić, bo sam reżyser woli zaskoczyć, a dopiero w napisach końcowych wyjaśnić zagadkę. Ja to uszanuję. Teraz napiszę tylko, że to poważnie angażujące i emocjonujące doświadczenie, uczące widza poszanowania dla psychologii. Nikt na sali nie został obojętny. Nikt.

Bandyci i aniołki ("Outlaws and Angels", 2016) - 7/10. Rabusie uciekają przez odludzie po tym, jak obrabowali bank. Trafiają na pewną rodzinę, u której spędzają noc. Nikogo nie chcą skrzywdzić, ale do rana to może się zmienić. Stylistyka filmu jest kiczowata jak być powinno, przywodzi na myśl spaghetti lat 60. Efekt końcowy jest miodny - głośny, krwawy, brutalny. Trup ściele się gęsto, a jedyne do czego mógłbym się przyczepić to potrzeba większego balansu humorystycznego. Mianowicie, "Bandyci i aniołki" idą jednocześnie w oba te kierunki: powagi oraz kpiny. I często to działa tak, że nie byłem pewny jak zareagować. Czy to widownia Nowych Horyzontów, która śmiała się prawie cały czas, czy to też sam film taki jest? Niekiedy jednak to dobrze wychodzi, jak w przypadku sceny męskiego gwałtu. Był brutalny i poważny, a przy tym wszyscy się śmialiśmy. Piątka z plusem. A moment, w którym Flo (grana przez córka Eastwooda) założyła spodnie - brakowało wtedy tylko motywu muzycznego Wonder Woman z filmu "BvS". Zakończenie naprawia z kolei resztę moich uwag. Uwielbiam całość. UWAGA: jest scena po napisach!

Zjednoczone Stany Miłości ("United States of Love", 2016) - 6/10. Początek lat 90. i polski blok wypełniony ludźmi, którzy właśnie zostali wypuszczeni z klatek... i jeszcze nie wiedzą, co z tą wolnością zrobić. Cztery kobiety i cztery historie, jedna po drugiej, rozgrywające się jednak jednocześnie. Dobrze, że w polskim kinie pojawiła się taka opowieść o seksualności - szkoda, że nie mieli coś więcej do powiedzenia, i nie weszli głębiej. Dla mnie wystarczyło się skupić na postaci Cieleckiej i na koniec zostać z nią do rana przy wódce i pogadać o tym, czym dla niej jest miłość. Ale zamysł reżysera był inny. Wasilewski to jednak dobry chłop, który rozumie, że widz może czegoś innego oczekiwać od jego filmów. Na minus zaliczę też urwane zakończenia. W teorii są otwarte, jednak brakuje w nich konfliktu, a ja takiej otwartości nie popieram. Znakomita reżyseria!

Fatałaszkument ("Outfitumentary", 2016) - 5/10. Pewna radykalna lesbijka i feministka postanowiła w 2001 roku, że ludzie muszą zobaczyć, jak taka osoba się ubiera. Zaczęła więc kręcić każdego dnia krótkie ujęcia, i pokazywać na nich swój strój. I robiła to przez 11 lat, aż do momentu gdy kamera jej się zepsuła. I to jest dosłownie cały film. Opowieść o poszukiwaniu siebie? Możliwe. Reżyserka nie wiedziała, co mi na to odpowiedzieć. Ale powiedziała na koniec, że strój wcale nie definiuje osoby. Inna osoba z widowni zapytała w takim razie, że po co ten dokument, skoro strój nic nie definiuje? Reżyserka jeszcze bardziej się zamknęła. Ja swoje zdanie podtrzymuje: dla mnie to ona szukała samej siebie w tych strojach, zmianach fryzur itd. Ale po 11 latach nadal miała ten sam strach w oczach. Nadal była nikim, a raczej: obawiała się zdecydować. Obrać jakiś kierunek i powiedzieć: taką osobą jestem. Eksperyment nie udał się, więc teraz mówi, że stroje nic nie znaczą. Ale to też dowód na to, że takie szalone projekty można obejrzeć. Plus: najlepszy soundtrack na festiwalu do tej pory, bo w tle lecą takie kawałki jak "Tell Me Baby" Chili Peppers, "Running Up That Hill" Kate Bush lub "Epithaph" King Crimson.






****23 lipca****


Po burzy ("After the Storm / Umi yori mo mada fukaku", 2016) - 7/10. Koreeda tym razem opowiada swoją nową historię z punktu widzenia mężczyzny: o człowieku który po rozwodzie widuje swojego syna raz w miesiącu. Nowością jest również współczesność. Niekoniecznie obecny rok, ale mógłby się dziś rozgrywać. Wszystko opowiedziane jest poprzez akcję, czyli działania bohaterów. Trochę przez to wkrada się chaos, bo możemy się zgubić w natłoku postaci i informacji, jednak to szybko mija. Dialogi są doskonałe, naprawdę miałem wrażenie, jakbym mógł z tymi ludźmi pogadać. Całość przypomina mi sztuki Tennessee Williamsa, gdyby opowiadały nie o figurach dramatycznych, ale o ludziach. Nie uświadczymy tutaj przemów i kłótni - zamiast tego bohaterowie usiądą pod ścianą i porozmawiają o swoich osobistych problemach.

Policzone dni ("With the Days Numbered / Días contados", 1994) - 6/10. Baskijski thriller erotyczny o zawodowym przestępcy planującym nowy wyskok, gdy w grę wchodzi mu zmysłowa sąsiadka. Ćpunka, której mąż spędza czas w więzieniu. Od początku zaczęło między nią i bohaterem iskrzyć. I to podnosi klasę filmu. Reszta elementów jest na przyzwoitym poziomie, jednak to właśnie erotyzm jest tutaj tak pociągający. Nie ma tu wiele nagości, i tylko jedna pełna scena łóżkowa, jednak kiedy do niej dochodzi - to jest zasłużona. Jest nagrodą. Takich rzeczy w kinie nie można zobaczyć zbyt często. I ten finał! Znakomity!

Kołysanka do mrocznej tajemnicy ("A Lullaby to the Sorrowful Mystery / Hele sa hiwagang hapis", 2016) - 5/10. Lav Diaz i jego nowy film. Tym razem trwa 485 minut, nadawany był bez żadnej przerwy... ale można było wyjść do łazienki i nikt za to nie strzelał. Sam film tyczy się rewolucji na Filipinach pod koniec XIX wieku, i zaboru Hiszpańskiego. Nic o tym nie wiedziałem, zresztą - hej, film tyle trwa więc zapewne pokrywa temat, nie? Nie. Cały pomysł fabularny polegał na skupieniu się na tych prawdziwych osobach i daniu im fikcyjnych pięciu minut, na dojście do głosu. I tak mamy na przykład wyznanie winy ze strony kochanki generała, która zdradziła mu pewne tajne przejście, dzięki czemu Filipiny przegrały jedno starcie. Spędzamy z tą kobietą trochę czasu, widzimy jak zaczyna żałować, i w końcu przyznaje się do wszystkiego we łzach. Problem w tym, że tak wygląda cały film. Mamy więc osiem godzin łażenia po lesie i słuchania jak postaci gadają o tym co czują w związku z tym, co się dzieje gdzieś tam. A widz nie jest w to poprawnie wprowadzany, wszelkie próby są bardzo koślawie. Niemniej, ogląda się znakomicie już od drugiej godziny. Nawet ostatnie trzy, gdy sprawdzałem zegarek co kwadrans, nawet wtedy ani myślałem o tym, by zasnąć. Diaz potrafi utrzymać moją uwagę. Jego nowy film ledwo zalicza się nawet do "slow-cinema". Dynamiczny montaż, krótkie scenki (dłuższe są, ale strasznie rzadko), wszystko podawane jest poprzez dialog, a do tego piosenki, piosenki i główny bohater, który zostaje postrzelony zamiast zastrzelony, i krwawi kilka dni, i ratują go oczywiście w ostatniej sekundzie. Bo jest głównym bohaterem. Straszny mainstream, no.






****22 lipca****


Skrzydła motyla ("Butterfly Wings / Alas de mariposa", 1991) - 8+/10. Komik Jim Jefferies podczas swojego ostatniego występu powiedział, że ludzie w ciąży są najgorsi. W tym filmie ludzie okazują się najgorsi, gdy ciąża dobiega końca. Hiszpania, XX wiek. Kobieta rodzi córkę, gdy wyczekiwany był chłopak. Po co komu córka? Mała dorasta w atmosferze niechęci. To się zmienia, gdy kilka lat później jej matka zachodzi w ciążę ponownie. I rodzi syna. Dochodzi wtedy do jedynej w swoi rodzaju sceny, której nigdy wcześniej nie widziałem. Tylko kino Hiszpańskie (Baskijskie) mogło pójść w takie rejony kina. A wtedy, gdy film zdaje się kończyć, on idzie dalej. Bo to zaledwie połowa. I każdy kolejny krok jest bezbłędny. Prze do przodu z odwagą aż do zakończenia. Dobry finał to taki, który daje nam dokładnie to, czego potrzebowaliśmy - ale nawet o tym nie myśleliśmy. Dwuznaczne, brutalne. Cały film taki jest. Widownia na NH czuła się zgnieciona na koniec. Potem było spotkanie z reżyserem, zadałem pytanie (jak przebiegała praca nad historią, czy były alternatywne zakończenia, ile z tego co się wydarzyło było już od początku "na stole", a ile wyszło w trakcie - odpowiedź była długa, i powiedział m.in. o "komunikacji ze scenariuszem, że on do nich mówił"), a potem jeszcze z nim gadałem na korytarzu. Best day ever! Zwycięzca Złotej muszli mnie nie zawiódł!

Bracia ("Brothers", 2015) - 6/10. Obiektywny dokument, który nie chce wywrzeć konkretnego wrażenia. Nie chce, byście się smucili, lub zaczęli wierzyć w swoje marzenia. Zamiast tego poznajecie tych ludzi, urodzonych w 1920's, ale żyją do dzisiaj i mają swoje życie. To jest możliwe. Niemniej, to smutna opowieść o relacjach między takimi braćmi, którzy swoje w życiu przeżyli, a teraz żyją w takich a nie innych warunkach. Szczególnie smutne są przebitki do nagrań z ich młodości.

Świt ("Dawn / Ausma", 2015) - 6/10. Coś jak "Darmozjad polski" - ten sam absurd, za którym trudno nadążyć, i nawet po kilku seansach nie wiadomo, o co chodzi. Z tym, że "Świt" nie jest aż tak interesujący, i trudniej mu utrzymać uwagę widza, gdy ten ogląda zlepek scen i nie wie, o co biega. Chaos jest konkretny, cały czas ktoś mówi do kamery, dziwne rzeczy się dzieją... Wpływy Monty Pythona są wyraźne. Plus: doskonała polska szkoła filmowa w dziedzinie pracy kamery. Film litewski, ale właśnie nasi obsługiwali kamerę. Wyszły piękne, masywne ujęcia, pełne ruchu.

Wojna ("Guerra", 2003) - 5/10. Artyści doświadczają skutków wojny i przetwarzają to na sztukę. W nadęty sposób, ale tacy po prostu są, nie mieli zły zamiarów.

Francesca (2015) - 4/10. Na stronie filmu stoi: "W odróżnieniu od wielu współczesnych neo giallo pozbawiona jest elementów pastiszowych, oddając sprawiedliwość włoskim mistrzom z pełną czci powagą.". To mnie zachęciło. Niemniej, to strasznie nużący film jest. Nie mogę słowa o nim powiedzieć. Chaos i zlepek scen, film bez celu. Na sali mało kto się dobrze bawił. Obok mnie były kobiety które śmiały się ze wszystkiego. Widzimy czyjąś twarz - śmiech. Ktoś dostaje dłutem w twarz - śmiech. Nic się nie dzieje - śmiech. A ja odliczałem minuty do końca. 79 minut to stanowczo za dużo.






****21 LIPCA****


Julieta (2016) - 5/10. Tytułowa bohaterka już ma się wyprowadzić do innego kraju, gdy spotyka na ulicy kobietę, która mówi jej, że widziała jej córkę. Niedawno. A ona zaginęła wiele lat temu. Julieta zmienia więc życiowe plany. Zostaje więc w Hiszpanii i... pisze autobiografię. Ok. Widz poznaje jej życie, w którym coś się działo, rzeczy następowały po sobie. Nie ma to żadnego celu i jest nużące. Dopiero w ciągu ostatnich 30 minut bohaterka zaczyna patrzeć na swoje losy z pewnej perspektywy, i cel się pojawia, ale nadal nic z tego nie wynika. Żeby niczego nie zdradzać: film opowiada o kobiecie, która piekła ciasto. Spaliła je i doszła do wniosku, że wcale nie musiała go spalić. Ale czy nauczyła się tego? Czy podporządkowała temu swoje życie? Czy następne ciasto będzie już właściwe? Tej części opowieści "Julieta" nie posiada. To znana historia na znany temat, który wcale mi nie przeszkadza - jeśli jest właśnie ta ostatnia prosta, na której bohaterka rozwija się. Pokazana jest droga i wysiłek potrzebny, by się zmienić. Wtedy takie historie mnie interesują. "Julieta" do nich nie należy. Jedyne co dobrego ten film zrobił to masowe przekonywanie widza, iż w przypadku śmierci ukochanej osoby dobrze jest przejść dalej. Każdy w tym filmie umiera, i każdy jego partner ma już w tym momencie jakąś swoją drugą połówkę! Często nawet za zgodą umierającego! Piękne!

Neon Demon (2016) - 5/10. Nicolas W. Refn pokazał już, że ma talent, jest artystą oraz rzemieślnikiem. Tym razem mu nie wyszło. Ponoć ludzie wygwizdali jego film na premierze w Cannes, ale u nas na NH reakcje widowni były zupełnie inne. Dalekie od negatywnych. U mnie, jeśli już, to "Neon Demon" wywołał żal, że tak to się skończyło. Ten film nie stoi fabułą, tę możemy spokojnie przewidzieć w całości już na samym początku. Modelka przybywa do LA, gdzie chce podbić świat. Najbardziej leniwy umysł na świecie jest potrzebny, by zgadnąć, co będzie dalej. Ale liczy się tylko to, w jaki sposób to zostało pokazane. Na tym polegała wizja Refna. Ale daleka ona była od planowej, co czyni jej urzeczywistnienie jeszcze trudniejszym. Scenariusz to zapewne pojedyncze hasła, opisujące to, co widział w umyśle. Pojedyncze synapsy, które przecież nie są słowami. Trzeba wiele wysiłku włożyć, by to przełożyć na ludzki język, żeby było zrozumiałe dla innego człowieka. Refn to olał i poszedł na żywioł. Wciąż umie rozmawiać z aktorami, zdobyć ich zaufanie, żeby robiły te wszystkie szalone rzeczy. Ale jego produkcja to stos chaotycznych sztucznych scen, które zapewne mają znaczenie, ale widz nie chce ich zgłębiać. W końcu ogólne wniosku powiedział sobie na godzinę zanim reżyser zaczął się do tego zbierać. I taki stan rzeczy jest zadowalający, po co brnąć głębiej? Widownia na Nowych Horyzontach reagowała tylko na dwa sposoby: nerwowo śmiała się z dialogów i pretensjonalności, oraz długo wdychała i wydychała powietrze. "Neon Demon" mnie zmęczył. Nic się nie stanie, jeśli zrobicie do niego podejście, ale osobiście nie jestem w stanie podać wam jednego powodu, byście to oglądali.







****WIDZIANE PRZED FESTIWALEM (13)****



Szczególny dzień ("A Special Day", 1977) - 8+/10. Hitler przybywa do Włoch. Dla faszystowskiego kraju to prawdziwe święto - kamienica pustoszeje. Zdaje się, że na kwadracie zostaje tylko gospodynia oraz jedna kobieta, która właśnie wyprawiła swoją rodzinę i została, by posprzątać. Za sprawą papugi uciekającej z klatki zauważamy obecność jeszcze jednej osoby: starszego mężczyzny z drugiej strony. Pomaga on w temacie papugi, a potem... przychodzi na kawę. Rozmawiają. Spędzają ze sobą czas, gdy reszta kraju z erekcją wiwatuje na ulicy widząc fuhrera. A najlepsze jest to, że nie mówimy tu o romansie, ale dwójce samotnych ludzi, którzy potrzebowali odrobiny ciepła. Z czasem okazuje się, że nawet gdy są sami, to tematy polityczne mają wpływ na ich życie. Dzielą ich oraz definiują. Piękny film, subtelny, dziejący się przeważnie w niedopowiedzeniach i szczegółach. A zdjęcia były doskonałe. Wyprane barwy, przez które jednak przebijają kolory. A jedno z pierwszych ujęć, od kamery wchodzącej przez okno do mieszkania i pokazujące pobudkę licznej rodziny na jednym cięciu, to dzieło sztuki! Polecam!

Pianista ("The Pianist", 2002) - 8+/10. Uwielbiam. Szczególnie za ostatnie pół godziny, jeden z moich ulubionych momentów w historii kina. Polecam!

Duch Roju ("The Spirit of Beehive", 1973) - 7/10. Magiczna opowieść o dziewczynce, miłości do kina i wojnie. Oglądać w skupieniu!

Nakarmić kruki ("Cria cuervos", 1976) - 7/10. Dzieci radzą sobie z żałobą. To działa nawet bez okazjonalnych metafor generała Franco. Smutny, plastyczny film. Warto!

Zagubiona autostrada ("Lost Highway", 1997) - 7/10. Jeden z najlepszyc filmów Lyncha. Tutaj pojawiła się sylwetka Mistery Mana. Warto, szczególnie w kinie!

Dyskretny urok burżuazji ("The Discreet Charm of the Bourgeoisie", 1972). Luis Bunuel w swoim stylu nabija się z klasy wyższej.

Młodość ("Youth", 2015) - 7/10. Banalny scenariusz, ale forma przepyszna. Dla nij samej warto zobaczyć tę opowieść o życiu, wypaleniu i kobiecym pięknie.

Pokój syna ("The Son's Room", 2001) - 7/10. Psychoanalityk Giovanni prowadzi spokojne życie u boku rodziny. Monotonię tę gwałtownie przerywa śmiertelny wypadek, któremu ulega syn mężczyzny, Andrea. Początkowo bohater nie potrafi pogodzić się z zaistniałą sytuacją i zastyga w paraliżującej rozpaczy. Z biegiem czasu Giovanni i jego żona rozpoczynają jednak trudny proces oswajania się ze stratą. Przy okazji oboje zdają sobie sprawę, że choć szczerze kochali syna, tak naprawdę nie wiedzieli o nim zbyt wiele.

Cmentarz wspaniałości ("Cemetery of Splendor", 2015) - 6/10. Odprężający film o świadomości tego, co było, i tego, że sami wzbogacimy otaczający nas świat pewnego dnia.

Moja matka ("Mia madre", 2015) - 6/10. Reżyserka filmowa próbuje tworzyć nową produkcję, gdy jej matka umiera w szpitalu. "Moja matka" daje radę po rozbiciu na poszczególne scenki, ale nie jako spięta całość. Dobre scenki rodzajowe, ale trudno dostrzec wizję która temu przyświecała. Wiele tematów naraz.

Korporacja ("Office", 2015) - 5/10. Johnnie To zapewne nigdy w biurze nie pracował, ale nie przeszkadza mu to w nakręceniu musicalu o tym, jak wygląda życie gdy pracujesz w wieżowcu dla dużej firmy. Jeśli to, oraz chińskie piosenki, was nie odrzuca, to otrzymacie standardowy romans między młodymi ludźmi, którzy powoli zdają sobie sprawę, że nie chcą żyć w ten sposób. Chcą odzyskać czas! Nie chcą być pionkami w maszynie!

Blue Velvet (1986) - 4/10. Najnudniejszy mindfuck jaki oglądałem. Gdyby nie dwa manekiny w scenie końcowej (no, i ucho zaczynające to wszystko), od biedy dałoby się to władować na dawną wtorkową ramówkę TVP1. Czyli: nudna fabuła, mnóstwo schematów, żadnego dramatyzmu, nudne postaci (oprócz tej baby – znajduje w szafie idiotę i od razu mu loda robi, ale czad)

Lourdes (2009) - 4/10. Film o niczym. Kamera towarzyszy grupie pielgrzymów w drodze do Lourdes. Niby coś się dzieje, a powodu i celu w tym nie ma. Zamysł reżyserki, by opowiedzieć widzowi o ludziach niepełnosprawnych i ich radzeniu sobie z życiem, jest dla mnie niejasny. Niemniej – film wykonano dobrze pod względem estetycznym. Dobra robota. Nieciekawa...

Love (2015) - 4/10. Najnudniejszy pornos jaki w życiu obejrzycie. Ale za to ma muzykę Johna Frusciante! xD Najlepsze doświadczenie kinowe w moim życiu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz