Romance & Low Fantasy, 2011
"Harold i Maude" na smutno i z Wasikowską zamiast starej. To w sumie wyczerpuje temat, ale spróbuję coś napisać. Otóż, Enoch Brae chodzi na pogrzeby ludzi, których nie znał. Na jednym z nich poznaje Annabel Cotton, która go rozpracowuje na pierwszy rzut oka. Jest w jego wieku, oboje nie chodzą obecnie do szkoły, i zaczynają wspólnie spędzać ze sobą czas. Między innymi chodząc na pogrzeby, albo porozumiewając się z duchem Japończyka z WW2. Poznają się. Widz dowiaduje się, jak wygląda ich życie osobiste, oraz że jedno z nich umrze za trzy miesiące...
W teorii brzmi to bardzo dobrze, ale szybko zacząłem zadawać sobie pytanie: czemu to nie wychodzi tak uroczo jak powinno? Taka scena nad grobem rodziców Enocha - Annabel zaczyna się zachowywać, jakby żyli, i właśnie się poznali. A Enoch się przyłącza i mają ten dziwny-ale-pozytywny moment. Ten film ma sporo momentów, które czuję i które działają, i owa rozmowa to jeden z nich. Czemu cały film nie jest taki? Nawet na wspomnianym "Harold i Maude" bawiłem się przednio, choć to film anarchistyczny.
Obstawiam nijakich bohaterów. Relacje między nimi są świetne, ale oni sami już nie. To bardziej główne osoby dramatu, który już nieraz widziałem. Zachowują się jak z góry zaplanowano, brakowało w nich naturalizmu - jedno dowiaduje się o stanie drugiego, "ojej, umierasz! Cóż, widać musimy się w sobie zakochać teraz". I jest miło, są razem, miłość po grób, seks, wymuszone rozstanie w gniewie żeby nie było zbyt monotonnie, powrót i zakończenie. A ja bym chciał zobaczyć bohaterów, którzy tylko się zaprzyjaźniają. Szczególnie wobec faktu, że wcześniej nawet tym nie byli. To by było coś!
Jak wspominałem, poczułem kilka momentów, i ogólnie zapamiętam ten tytuł. Przynajmniej niektóre momenty, szczególnie motyw Hiroshiego.
https://rateyourmusic.com/film/restless_f1/
"Jest ptak, który myśli, że umrze gdy zajdzie słońce. Dlatego codziennie rano śpiewa, by wyrazić swoją radość, gdy odkrywa, że wciąż żyje"
Top 5 van Santa
1. Buntownik z wyboru
2. Restless
3. Moje własne Idaho
4. Słoń
5. Paranoid Park
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ranking reżysera. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ranking reżysera. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 13 stycznia 2014
Restless (6/10)
Etykiety:
2011,
cytaty,
Drama,
Low Fantasy,
ranking reżysera,
Romance,
United States
środa, 18 września 2013
CYRK (trzeci seans)
Romance & Comedy, 1928
Właściciel tytułowego przybytku ma kłopoty - klauni których zatrudnia nie umieją już rozśmieszyć widowni, brakuje im energii. Na ratunek przybywa legendarny tramp, który akurat przebiegał obok uciekając przed policjantem, i rozśmieszył wszystkich. Przede wszystkim dzięki temu, że nie miał bladego pojęcia o tym, co się wokół dzieje. I w ten sposób znajduje nasz bohater pracę...
Gagi może nie są tak rozbudowane i zgrane jak w "City Lights", ale jednak to tutaj są one najlepsze. Pierwsza ucieczka przed policjantem, motyw z gabinetem luster i figurami, uczenie się różnych sztuk wraz z resztą klaunów, scena z lwem, końcowe chodzenia na linie... To jedna z najlepszych komedii jakie w życiu widziałem, kropka. Nieprawdopodobna dawka świeżości, energii i pomysłowości - co widać szczególnie dziś.
Z drugiej strony jest to też jeden z najmocniejszych dramatów, jakie w życiu zobaczyłem. Szczególnie ze względu na kontrast - nie ma tu nawet jednego mocnego wydarzenia, nikt nie umiera ani nie jest choćby ranny. Wielokrotnie o tym pisałem - przez 70 minut jakie film trwa, byłem przekonany, że oglądam komedię. Ostatnie 20 sekund uświadomiło mi, że oglądam dramat. Tak proste, tak piękne, tak bardzo dobre zakończenie - ono zmienia wszystko. I gdy oglądam to ponownie, miejscami zastanawiam się, jak kiedyś mogłem to brać za 100%-ową komedię? Dosłownie pierwsza scena, w której właściciel cyrku po występie krzyczy na córkę za to, że popełniła błąd podczas akrobacji, więc teraz nie zje nic na kolację... A następnie łapie ją za pysk i rzuca na podłogę. W tym po prostu nie ma żartu. Czysty dramat. Jak mogłem tego nie widzieć za pierwszym razem?
"Cyrk" to film, który najlepiej wypełnił główny motyw sztuki Chaplina, czyli: "Życie jest tragedią, gdy widziane z bliska, a komedią, gdy widziane z daleka".
9+/10.
http://rateyourmusic.com/film/the_circus/
Top 5 Chaplina
1. Cyrk - 9+/10
2. Światła rampy - 9+/10
3. Światła wielkiego miasta - 8+/10
4. Dzisiejsze czasy - 8+/10
5. Gorączka złota - 8+/10
Właściciel tytułowego przybytku ma kłopoty - klauni których zatrudnia nie umieją już rozśmieszyć widowni, brakuje im energii. Na ratunek przybywa legendarny tramp, który akurat przebiegał obok uciekając przed policjantem, i rozśmieszył wszystkich. Przede wszystkim dzięki temu, że nie miał bladego pojęcia o tym, co się wokół dzieje. I w ten sposób znajduje nasz bohater pracę...
Z drugiej strony jest to też jeden z najmocniejszych dramatów, jakie w życiu zobaczyłem. Szczególnie ze względu na kontrast - nie ma tu nawet jednego mocnego wydarzenia, nikt nie umiera ani nie jest choćby ranny. Wielokrotnie o tym pisałem - przez 70 minut jakie film trwa, byłem przekonany, że oglądam komedię. Ostatnie 20 sekund uświadomiło mi, że oglądam dramat. Tak proste, tak piękne, tak bardzo dobre zakończenie - ono zmienia wszystko. I gdy oglądam to ponownie, miejscami zastanawiam się, jak kiedyś mogłem to brać za 100%-ową komedię? Dosłownie pierwsza scena, w której właściciel cyrku po występie krzyczy na córkę za to, że popełniła błąd podczas akrobacji, więc teraz nie zje nic na kolację... A następnie łapie ją za pysk i rzuca na podłogę. W tym po prostu nie ma żartu. Czysty dramat. Jak mogłem tego nie widzieć za pierwszym razem?
"Cyrk" to film, który najlepiej wypełnił główny motyw sztuki Chaplina, czyli: "Życie jest tragedią, gdy widziane z bliska, a komedią, gdy widziane z daleka".
9+/10.
http://rateyourmusic.com/film/the_circus/
Top 5 Chaplina
1. Cyrk - 9+/10
2. Światła rampy - 9+/10
3. Światła wielkiego miasta - 8+/10
4. Dzisiejsze czasy - 8+/10
5. Gorączka złota - 8+/10
wtorek, 27 sierpnia 2013
SŁAWA (powtórka)
Teen Movie & Dance Film, 1980
Opowieść o artystach, zanim stali się artystami. Oni mają za sobą tylko początek tej drogi, przed nimi kolejny przystanek: przetrwanie szkoły wyższej. A nawet on niczego nie gwarantuje. Muzycy, tancerze, aktorzy, wokaliści. Wszyscy młodzi i pełni pasji, zamknięci razem, by się rozwijać. Ta opowieść wyróżnia się zaskakującym realizmem - przed kamerą przewija się mnóstwo ludzi, ale nie ma tu wyraźnej fabuły, bohaterowie po prostu są sobą i robią normalne rzeczy, choćby ćwiczą w szkole. I tyle.
Ten film wygląda, jakby naprawdę w 1980 Alan Parker poszedł z kamerą do szkoły na Brooklynie i spędził tam sporo czasu. To jedyny film w którym taniec synchroniczny naprawdę wydaje się spontaniczny, a sceny śpiewania nie są typowo musicalowe. Bohaterowie nie mają "swoich" piosenek, które nagle zaczynają śpiewać, by potem zachowywać się jak gdyby nigdy nic. Do tego dochodzi muzyka, którą później ludzie będą utożsamiać z latami 80 - a spójrzcie na datę powstania filmu! Wszystko to miesza się z klimatem Nowego Jorku, ujęciami z ręki i namacalnością każdej chwili.
To co jest zaletą, jest też wadą. Przez 3/4 filmu ogląda się to świetnie - tempo jest świetne, reżyser zapanował nad wszystkim, bohaterowie tryskali świeżością i naturalizmem, do tego co chwila pojawia się coś fajnego. Żarcik, świetna scena, jakiś moment warty zapamiętania. Dopiero na koniec zauważyłem, że żaden z wątków nie zostanie zakończony. Żaden motyw nie zostanie domknięty. Żadna postać nie rozwinie się do końca. Film w końcu nie zyska wyrazu - nie będzie ani filmem nastolatkowym, ani dramatem. Nie będzie o ciężkim życiu artystów, którzy często kończą jako kelnerzy, ani o tych, którym się udaje. Nie będzie to też opowieść o systemie, który uczy nowoczesną młodzież starymi metodami. Koniec końców chciałem zapamiętać ten film, ale w sumie nie wiem, jako co go zapamiętać. Ciekawy i udany eksperyment?
Jeszcze jedno, pozytywne słowo. Scenę improwizacji w stołówce oglądałem kilkanaście razy, i dopiero za 4-5 razem zauważyłem, że nie widać tam ani razu kamery. A to naprawdę duża, dzika scena, z mnóstwem aktorów na bardzo niewielkiej przestrzeni, która wymagała mnóstwa zbliżeń na wiele jej elementów jednocześnie. I wtedy sobie przypominam, że to tylko film, że były powtórki, a owy chaos to przecież wyśmienita reżyseria, aktorzy z kolei za każdym razem po prostu dawali z siebie wszystko. Magia kina, trudna do przyjęcia.
Dzięki stacji TCM, że kiedyś przypadkiem natknąłem się na ten film.:) To było dobre czasy...
7/10.
PS. Gdzieś tutaj ponoć pierwszy raz pojawia się Harold Perrineau.
- Chyba każdy lubi swojego terapeutę, prawda? Jest chyba na to jakieś słowo...
- Homoseksualista.
Ranking Parkera (czołówka):
1. Ściana - 7/10
2. Harry Angel - 7/10
3. Sława - 7/10
4. Evita - 7/10
5. Najwyższa stawka - 7/10
Opowieść o artystach, zanim stali się artystami. Oni mają za sobą tylko początek tej drogi, przed nimi kolejny przystanek: przetrwanie szkoły wyższej. A nawet on niczego nie gwarantuje. Muzycy, tancerze, aktorzy, wokaliści. Wszyscy młodzi i pełni pasji, zamknięci razem, by się rozwijać. Ta opowieść wyróżnia się zaskakującym realizmem - przed kamerą przewija się mnóstwo ludzi, ale nie ma tu wyraźnej fabuły, bohaterowie po prostu są sobą i robią normalne rzeczy, choćby ćwiczą w szkole. I tyle.
Ten film wygląda, jakby naprawdę w 1980 Alan Parker poszedł z kamerą do szkoły na Brooklynie i spędził tam sporo czasu. To jedyny film w którym taniec synchroniczny naprawdę wydaje się spontaniczny, a sceny śpiewania nie są typowo musicalowe. Bohaterowie nie mają "swoich" piosenek, które nagle zaczynają śpiewać, by potem zachowywać się jak gdyby nigdy nic. Do tego dochodzi muzyka, którą później ludzie będą utożsamiać z latami 80 - a spójrzcie na datę powstania filmu! Wszystko to miesza się z klimatem Nowego Jorku, ujęciami z ręki i namacalnością każdej chwili.
| lol, wygląda jakby się bili :) |
To co jest zaletą, jest też wadą. Przez 3/4 filmu ogląda się to świetnie - tempo jest świetne, reżyser zapanował nad wszystkim, bohaterowie tryskali świeżością i naturalizmem, do tego co chwila pojawia się coś fajnego. Żarcik, świetna scena, jakiś moment warty zapamiętania. Dopiero na koniec zauważyłem, że żaden z wątków nie zostanie zakończony. Żaden motyw nie zostanie domknięty. Żadna postać nie rozwinie się do końca. Film w końcu nie zyska wyrazu - nie będzie ani filmem nastolatkowym, ani dramatem. Nie będzie o ciężkim życiu artystów, którzy często kończą jako kelnerzy, ani o tych, którym się udaje. Nie będzie to też opowieść o systemie, który uczy nowoczesną młodzież starymi metodami. Koniec końców chciałem zapamiętać ten film, ale w sumie nie wiem, jako co go zapamiętać. Ciekawy i udany eksperyment?
Jeszcze jedno, pozytywne słowo. Scenę improwizacji w stołówce oglądałem kilkanaście razy, i dopiero za 4-5 razem zauważyłem, że nie widać tam ani razu kamery. A to naprawdę duża, dzika scena, z mnóstwem aktorów na bardzo niewielkiej przestrzeni, która wymagała mnóstwa zbliżeń na wiele jej elementów jednocześnie. I wtedy sobie przypominam, że to tylko film, że były powtórki, a owy chaos to przecież wyśmienita reżyseria, aktorzy z kolei za każdym razem po prostu dawali z siebie wszystko. Magia kina, trudna do przyjęcia.
Dzięki stacji TCM, że kiedyś przypadkiem natknąłem się na ten film.:) To było dobre czasy...
7/10.
PS. Gdzieś tutaj ponoć pierwszy raz pojawia się Harold Perrineau.
- Chyba każdy lubi swojego terapeutę, prawda? Jest chyba na to jakieś słowo...
- Homoseksualista.
Ranking Parkera (czołówka):
1. Ściana - 7/10
2. Harry Angel - 7/10
3. Sława - 7/10
4. Evita - 7/10
5. Najwyższa stawka - 7/10
Etykiety:
1980,
cytaty,
Drama,
Music Dance Film,
Musical,
ranking reżysera,
Teen Movie,
United States
piątek, 12 lipca 2013
PINA (można luknąć)
Art Documentary & Dance Film, 2011
Wenders kręci film-hołd dla Piny Baush, choreografce zajmującej się teatrem tańca. Mało słów, dużo momentów tanecznych wykonywanych przez ludzi znających Pinę osobiście, będących jej uczniami itd. Ciekawy zabieg - często widzimy ludzi przygotowanych jak do wywiadu w normalnych dokumentach. Nawet słychać, co mówią - ale nie przed kamerą. Tekst leci z offu, ludzie tylko patrzą się w kamerę, rozmyślają nad tym, co powiedzieli itd.. Świetne.
Ale zanim będę pisał dalej, uprzedzę, że przez ten film zacząłem uważać teatr tańca za coś strasznie prymitywnego, dosłownie wyrwane z jaskini i zmuszane by egzystowało w XX i XXI wieku. Tak więc film nie był ciekawy pod tym względem.
Ale patrzeć na niego już jest lepiej. Wenders miał kilka pomysłów, wspomniany trik z filmów dokumentalnych jest tylko jednym z wielu. Same tańce w większości też oglądało mi się świetnie - czułem wysiłek, mnóstwo prób, miałem świadomość że oglądam ich finalny występ. Do tego wysiłek przy wymyślaniu, przy włożeniu w to autentycznego uczucia, do tego spora część to bardzo rozbudowanego kompozycje, długie i brało w nich udziału wielu tancerzy naraz. Pod tym względem, to udane widowisko. Tylko niektóre momenty są po prostu głupie, jak z tą babą w metrze, i ludźmi traktującymi ją jak bezdomną.
Nie trzeba oglądać. Choć w sumie można.
6/10
http://rateyourmusic.com/film/pina/
Top reżyserski Wendersa (tylko czołówka)
1. Z biegiem czasu - 8+/10
2. Paryż, Teksas - 7/10
3. Niebo nad Berlinem - 7/10
4. Million Dollar Hotel - 7/10
5. Twelve Miles to Trona - 7/10 (nowelka z "10 minut później: Trąbka")
...
7. Pina - 6/10
Wenders kręci film-hołd dla Piny Baush, choreografce zajmującej się teatrem tańca. Mało słów, dużo momentów tanecznych wykonywanych przez ludzi znających Pinę osobiście, będących jej uczniami itd. Ciekawy zabieg - często widzimy ludzi przygotowanych jak do wywiadu w normalnych dokumentach. Nawet słychać, co mówią - ale nie przed kamerą. Tekst leci z offu, ludzie tylko patrzą się w kamerę, rozmyślają nad tym, co powiedzieli itd.. Świetne.
Ale zanim będę pisał dalej, uprzedzę, że przez ten film zacząłem uważać teatr tańca za coś strasznie prymitywnego, dosłownie wyrwane z jaskini i zmuszane by egzystowało w XX i XXI wieku. Tak więc film nie był ciekawy pod tym względem.
Ale patrzeć na niego już jest lepiej. Wenders miał kilka pomysłów, wspomniany trik z filmów dokumentalnych jest tylko jednym z wielu. Same tańce w większości też oglądało mi się świetnie - czułem wysiłek, mnóstwo prób, miałem świadomość że oglądam ich finalny występ. Do tego wysiłek przy wymyślaniu, przy włożeniu w to autentycznego uczucia, do tego spora część to bardzo rozbudowanego kompozycje, długie i brało w nich udziału wielu tancerzy naraz. Pod tym względem, to udane widowisko. Tylko niektóre momenty są po prostu głupie, jak z tą babą w metrze, i ludźmi traktującymi ją jak bezdomną.
Nie trzeba oglądać. Choć w sumie można.
6/10
http://rateyourmusic.com/film/pina/
Top reżyserski Wendersa (tylko czołówka)
1. Z biegiem czasu - 8+/10
2. Paryż, Teksas - 7/10
3. Niebo nad Berlinem - 7/10
4. Million Dollar Hotel - 7/10
5. Twelve Miles to Trona - 7/10 (nowelka z "10 minut później: Trąbka")
...
7. Pina - 6/10
Etykiety:
2011,
Art Documentary,
Dance Film,
French,
German,
ranking reżysera
niedziela, 7 lipca 2013
Urodzony sportowiec (nudny)
Sports & Drama, 1984
Jakąś klasę niżej niż "Moneyball". Historia zawodnika grającego w baseball. Typowa scena wygląda w tym filmie tak: Robert Redford podchodzi z pałką, ma wybijać w ważnym meczu. Nie trafia. Nie trafia. I za trzecim razem trafia... piłka leci do niego 5 minut, on ją uderza w zwolnionym tempie, w momencie samego uderzenia piorun wali nad stadionem, zaczyna padać deszcz, piłka poszła w pizdu i miotacze (?) ledwo mogą nią rzucić z powrotem, bo ich pali w łapę. Widownia skacze w slow-mo przez 40 minut z radości, Robert Redford stoi jakby połkną pomnik Waszyngtona, ze spuszczoną głową, nieruchomo, w deszczu.
Film oczywiście na faktach.
A potem zwykle następuje montaż... gazetowy. Nie wiem, czy istnieje taki termin, ale wiadomo: przed widzem latają pierwsze strony gazet, o tym że jakaś drużyna wygrała jakiś mecz. I jeszcze jeden. I jeszcze jeden. I co kilka takich wyników trzeba przypomnieć, że to zasługa jednego człowieka (bohatera filmu). Żeby wieśniaki z Europy nie myślały, że baseball to sport drużynowy.
Tyle. Nie chce mi się więcej o tym filmie pisać, choć pewnie byłoby coś jeszcze do dodania.
4/10.
http://rateyourmusic.com/film/the_natural/
Top reżyserski Barry'ego Levinsona (czołówka)
1. Diner - 8+/10
2. Rain Man - 7/10
3. Good Morning, Vietnam - 7/10
4. Kula - 6/10
5. Człowiek roku - 5/10
...
8. Urodzony sportowiec - 4/10
Jeszcze "Jack, jakiego nie znacie" kiedyś obejrzę. "Diner" muszę powtórzyć, dawno oglądałem.
Jakąś klasę niżej niż "Moneyball". Historia zawodnika grającego w baseball. Typowa scena wygląda w tym filmie tak: Robert Redford podchodzi z pałką, ma wybijać w ważnym meczu. Nie trafia. Nie trafia. I za trzecim razem trafia... piłka leci do niego 5 minut, on ją uderza w zwolnionym tempie, w momencie samego uderzenia piorun wali nad stadionem, zaczyna padać deszcz, piłka poszła w pizdu i miotacze (?) ledwo mogą nią rzucić z powrotem, bo ich pali w łapę. Widownia skacze w slow-mo przez 40 minut z radości, Robert Redford stoi jakby połkną pomnik Waszyngtona, ze spuszczoną głową, nieruchomo, w deszczu.
Film oczywiście na faktach.
A potem zwykle następuje montaż... gazetowy. Nie wiem, czy istnieje taki termin, ale wiadomo: przed widzem latają pierwsze strony gazet, o tym że jakaś drużyna wygrała jakiś mecz. I jeszcze jeden. I jeszcze jeden. I co kilka takich wyników trzeba przypomnieć, że to zasługa jednego człowieka (bohatera filmu). Żeby wieśniaki z Europy nie myślały, że baseball to sport drużynowy.
Tyle. Nie chce mi się więcej o tym filmie pisać, choć pewnie byłoby coś jeszcze do dodania.
4/10.
http://rateyourmusic.com/film/the_natural/
Top reżyserski Barry'ego Levinsona (czołówka)
1. Diner - 8+/10
2. Rain Man - 7/10
3. Good Morning, Vietnam - 7/10
4. Kula - 6/10
5. Człowiek roku - 5/10
...
8. Urodzony sportowiec - 4/10
Jeszcze "Jack, jakiego nie znacie" kiedyś obejrzę. "Diner" muszę powtórzyć, dawno oglądałem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

