Nie pamiętam, co było pierwsze. Jeden znajomy mi kiedyś napisał, że na stronie z której można pobrać "Stalkera", ktoś w ramach opisu dał moją recenzję tego filmu.

Bez słowa, kto jest prawdziwym autorem. Innym razem - dostałem wiadomość, że publikuję swoje recenzje na innym portalu. To oczywiście nie byłem ja, tylko ktoś o moim nicku, który dodał moje recenzje i posty z forum, a w nagrodę od tegoż serwisu dostał film. Na filmwebie jest przynajmniej Dorota, która nie chciała przepuścić mojej recenzji "Ratatuja", gdy ją wcześniej opublikowałem na stronie swojego gimnazjum. Musiałem zapewniać, że ja to ja. I to rozumiem.
Parę dni temu dostałem newsa, że zacytowano mnie w gazecie.
xDxDxDxD
Na przełomie grudnia i stycznia zmęczyłem się filmwebem, przeniosłem się na bloga, i jest mi tu dobrze. Wcześniej zostawiłem tylko krótkie wyjaśnienie, m.in. że przestała mi pasować społeczność tamtego portalu: "Przestałem należeć do tej społeczności, która już na dobre zaczęła się składać chyba wyłącznie z ludzi którzy chcą innych denerwować, spamerów, pustych kont psujących rankingi, komputerowych analfabetów nie mających zamiaru nigdy w życiu skorzystać z opcji "szukaj", oraz "elity", która co prawda nie umie uzasadnić własnej opinii ale to wcale jej nie przeszkadza wymagać od wszystkich, by się z nią zgadzali". I ten fragment poleciał do "Dziennika Bałtyckiego", w artykule o wiarygodności ocen w recenzjach (było o tym, że ktoś zamawiał w gazecie recenzje książek na 5 gwiazdek).
http://imageshack.us/a/img407/6538/img035h.jpg (skan owego artykułu, trzecia kolumna na dole)
Miło mi, nie powiem. Jestem miło zaskoczony, nie zaprzeczę. Ale poza tym, to udowodniono moją rację - "wszystko co napiszę przestaje należeć do mnie". Myślicie, że ktoś się wcześniej do mnie odezwał? Z zapytaniem, czy może? A skąd. Teraz publikuję na blogu i dopiero teraz teksty należą do mnie. A przynajmniej w większym stopniu.
Poza tym bym się zgodził, gdyby chociaż ktoś mi na maila wysłał pytanie. Czemu miałbym się nie zgodzić, nawet za darmo?