Wszystko zaczyna się od nienawiści. Masz fana, potem masz antyfana. Fan cicho lubi co robisz, antyfan promuje twoją pracę na każdej płaszczyźnie Internetu, a nawet i poza nim. To rodzi konflikt, przez który o tobie mówią, dyskutują, kłócą się o to, kto ma rację na twój temat, i kto ma prawo cię lubić, a kto nie. W ten sposób zyskuje się popularność.
Jakby się nad tym zastanowić, to nie wiem, jak bardzo ta moda wpłynęła na moje życie. O ilu ludziach usłyszałem tylko dlatego, że ktoś ich nienawidzi? Sportowcy, piosenkarze, kobiety, i bardziej precyzyjnie: konkretne wydarzenia, momenty, chwile. Dzisiaj zaglądam na jakąś stronę i widzę, że kto chwali się tym, jak to kogoś nie lubi. Co ta osoba zrobiła. Pokazuje mi czyjąś obrzydliwą fotkę, której sam z siebie nigdy bym nie zobaczył. Życzy tej osobie śmierci... Kiedyś tak nie było, prawda? Pamiętacie to?
W tytule nazywam to zjawisko "chwaleniem się", ale coraz częściej jest to już mentalna masturbacja. Tacy ludzie stają przed swoją publicznością i wprost osiągają orgazm samym faktem, że czegoś nie lubią, czymś gardzą, i jacy to oni nie są tacy sami co fani tego czy owego. A potem zbierają się w grupę i zaspokajają nawzajem, wyglądając przy tym jak grupa mężczyzn z "South Parku", którzy przeszli na homoseksualizm, by zastopować emigrantów z przyszłości.
Przeszkadza mi w tym brak równowagi, wyraźnie wskazujący na głębokie problemy z tymi ludźmi. Potrafią coś bardzo głęboko nienawidzić, ale nie potrafią równie zażarcie chwalić? Nie chcę zobaczyć, jak tacy ludzie skończą. Ale przede wszystkim nie podoba mi się fakt, że gdyby nie ci antyfani, nigdy sam nie dowiedziałbym się o rzeczach które wypromowali. Doug Walker, w swoim filmiku o "A.I." Spielberga zrobił kilkuminutowy rent o dziennikarzach żyjących z pokazywania, jak to ktoś znany wyszedł na ulicę bez makijażu, albo wymyślania o nich jakiś kompromitujących artykułów wyssanych z parówki. Nigdy o nich nie słyszałem, nie widziałem ich pracy, i nigdy zapewne bym się nie dowiedział, ale teraz wiem, że takie coś istnieje. Kilka tysięcy kilometrów ode mnie, po drugiej stronie tej pięknej planety, i właśnie to ktoś chciał wysłać do widza gdzieś w Europie. O tym, że czegoś nienawidzi.
Taki bardziej konkretny przykład, bo nawet panu Walkerowi zdarzyło się zaliczyć do takich ludzi. Bo oni z pewnością działają w dobrej wierze, widząc, że ktoś coś lubi, a to przecież nie jest tego warte... ale potem to się zmienia w coś diametralnie innego. Niech historia będzie przykładem - nikt nie pamięta słabych filmów. Dziś nawet trudno obejrzeć coś naprawdę słabego z lat 70-tych. To po prostu nie przetrwało, zniknęło w zapomnieniu. Oglądam skecz Billa Hicksa z przełomu lat 80-90-tych, w których sra żarem na jakiś zespół który gra muzykę bez jaj. Dzisiaj nie istnieje ani ten zespół, ani pamięć o nim. Wszystko co istnieje, to ten skecz, który go przywołuje zza grobu.
Kilka miesięcy temu na ulicy zobaczyłem plakat nowej produkcji, jednej z tych, przy której by pracować trzeba umieć jak najmniej. Temat tego felietonu chodził mi po głowie już wtedy, i chociaż z początku chciałem o tym napisać, dosyć szybko się z tym wstrzymałem. Już sam plakat wywoływał ból, a ja miałem go przekazywać dalej? Pewnie wiecie, o jakim tytule mówię. A może jednak nie? Nie ma sprawy.
Wpisałem tę produkcję, by potwierdzić swoje przypuszczenia, w końcu plakat to tylko plakat. Pierwszy wynik? Czyjś artykuł/felieton, jak to w polskiej telewizji znowu kopiuje się zagraniczne śmieci, które przedstawiają fałszywy obraz rzeczywistości. Potem natknąłem się na post Kominka, standardowa wypowiedź w stylu "Oglądacie takie coś, to takie coś produkują, wasza zasługa". Nie widziałem ani jednej reklamy tej produkcji, poza wspomnianym plakatem, ani nie słuchałem jednej osoby która by ją zachwalała. Tak działa dziś marketing. Darmowy. Ale - żeby coś takiego napisać nie mógłbym tylko zobaczyć plakatu. Musiałbym to obejrzeć, by prawidłowo potem to obsmarować na swoim blogu. To już czysty masochizm. W imię czego?
Chcę posłuchać najwyżej ocenionych płyt roku, a także wyczekiwać na Steamowe promocje gier uważanych za najlepsze w minionych dwunastu miesięcy. Ale nie chcę grać w najgorsze gry ani słuchać najgorszej muzyki. Po co? Jaki sens tak naprawdę mają takowe zestawienia? Co innego pisać recenzję, by potencjalny zainteresowany sobie darował kupno, a co innego pokazywać mu palcem: "Tego masz z pewnością nie tykać!". Zastanówcie się. Mi osobiście brakuje czasu, by zainteresować się tymi najlepszymi, i żal mi tych "tylko dobrych", a to co poniżej... cóż, staram się nie myśleć, ilu utalentowanych ludzi się nie przebije.
Często słyszę: "Lepiej samemu posłuchać i przekonać się, czy to naprawdę takie złe" - ale czemu to nie działa w drugą stronę? Czemu nie słyszę "Przekonam się, czy to naprawdę takie dobre". Ponownie: zanika umiejętność chwalenia. I wpływa to na całą kulturę, to widać. Promowana jest nienawiść, coraz bardziej jest ona akceptowalna (chociaż czy może być jeszcze bardziej, skoro ludzie piszą "Chcę, by ta osoba umarła", i zawsze znajdzie się ktoś, kto da temu łapkę w górę?). Posłuchajcie, jak w zwykłej konwersacji twój rozmówca o czymś mówi w sposób pozytywny. Coraz mniej tam jest pochwał, a więcej porównywania do czegoś w jego opinii gorszego. Weźmiecie 100 recenzji, i co najmniej 50 razy będzie tam wymieniony "ten" tytuł, który wszyscy powszechnie znają jako oczywistą kupę. A główny tytuł, o którym powstaje tekst? Też się z raz o nim wspomni...
Takie więc jest moje postanowienie noworoczne. Przyhamować z przypominaniem czytelnikowi, czego to ja nienawidzę. Daruję sobie podsumowania w stylu "Najgorszych filmów 2013 roku". Pójdę w tym drugim kierunku.