piątek, 17 stycznia 2014

(felieton) W 2014 roku czekam na...

Już chyba w zeszłym roku pisałem o bezsensie robienia list w stylu "48 milionów premier na które czekam w 2199 roku". To zazwyczaj lista filmów, które swoją premierę miały (gdzieś) i wiadomo, że przynajmniej dwóm osobom się spodobały. Częściej to jednak tylko produkt marketingu, który powiedział wyraźnie, na co czekać. Ja kiedyś czekałem, aż obejrzę "Szatańskie tango". I ten stan raczej już się nie powtórzy w przypadku innego tytułu.

Mam wrażenie, że tak zwani "kinomani" zamienili się niedawno w stereotypowe kobiety, które nie wiedzą czego chcą, ale nie spoczną, póki tego nie dostaną. Więc trzeba im to powiedzieć i będzie spokój. Ale... serio? Ostatnia część ekranizacji o gościu który idzie, sam nie wiedząc czemu. Biografia czarnego, którą można streścić w czterech słowach, co zresztą zrobiono pisząc tytuł (uwaga, spoiler!). Biografia białego maklera, którą można streścić w jednym zdaniu, ale nie wolno tego zrobić, bo zdradza cały film. Ekranizacja historii z Biblii, i to na poważnie. To są serio filmy, które chcecie zobaczyć? Biorąc pod uwagę możliwości kina, jego potencjał i osiągnięcia. Gdyby za rok już nie było możliwe stworzenie filmów w ogóle, to tak by zostało? "Już tylko przez 12 miesięcy będą powstawać filmy? Dobrze, więc... poproszę kolejne X-Man, kolejne Avanegers, kolejnego Batmana..."

Wiem, że podchodzę do tego od dupy strony, i nie taki był zamysł robienia owych list. Ale dobry czas by zadać sobie to pytanie. Czego chcę? Z jednej strony niby wiadomo - dobrego kina gatunkowego spod znaku "coming-of-age". Kolejny film osadzony w świecie "Babylon 5", opowiadający choćby o Pierwszych, albo o kontakcie Ziemian z Centauri i poznaniu technologii skoków. Kolejnego serialu na miarę "Lost". Ale to wszystko takie drugorzędne się wydaje. Co bym zaliczył do tej najważniejszej kategorii, o czym kino powinno opowiedzieć?

Cóż. Przydałoby się zrobić film o Davidzie Warku Griffithie.

Nie zwykłą biografię. Nie chcę drugiego "Katynia". Chcę dzieła sztuki opartego na faktach, opowiedzianej z pełną świadomości, ile zawdzięcza Griffithie. Hołd dla niego, albo pokazanie brutalnej prawdy o tym, kim był. Nie będę pisał więcej, chociaż mam kilka pomysłów - w końcu wystarczy sobie wyobrazić możliwości! Młody niezależny artysta nawiedzony przez ducha Griffitha, zaczyna się interesować historią kinematografii i komu zawdzięcza sztuczki z których korzystał na planie... Ale to nie jest koncert życzeń. Tylko zauważam, że takiego czegoś jeszcze nie ma. A to właśnie na ekranie ta historia powinna być opowiedziana. To jest właśnie film, który powinien powstać, na którym bym czekał i który bym wspierał, jeśli okazałby się tak dobry jak by mógł. Czytałbym kolejne artykuły o powstawaniu tego tytułu, o koncepcjach jakie rozważali twórcy i tak dalej. Tym bym się szczerze ekscytował i wyczekiwał dnia premiery.

Ale to raczej nie w ciągu najbliższych 365 dni. W 2014 roku czekałbym prędzej na zapowiedź, pod roboczym tytułem... "Narodziny kina". Czemu nie? Podniosłoby to status kinematografii, ogólny poziom, jednemu z drugim przypomniało o kilku ważniejszych kwestiach...