Buddy, 2011
Całkiem przyzwoity.
Cóż, facet jest na wózku i potrzebuje opiekunka. Przychodzą do niego jeden facet i 10 pussys. Wybiera faceta. Żartują razem, do jednego trafiają żarty drugiego i z wdziękiem się z nich śmieje. A potem film się kończy.
Było, jest i będzie - jeśli jest dobrze wykonane, to będzie fajne. Choć przez pół filmu byłem pewny, że lepiej byłoby, gdyby akcja rozgrywała się w USA a zamiast Omara Sy był Dave Chappelle. Niby murzyn to murzyn, ale Dave to jednak Dave.:) Jedynym minusem tego rozwiązania byłoby niespodziewane narzekanie krytyków, że znowu oglądamy amerykańską biedotę. Zamiast tego jest francuska, jak oryginalnie.
To co się nie udało to brak płynności. Jedna scena - cieszymy się, druga, smucimy się. Brak przejścia, ta scena ma nas zasmucić, tamta ucieszyć, i tak w kółko. W jednej minucie widzimy jak czarny ogląda operę i słyszymy jego śmiech, a w drugiej widzimy jak patrzy się przez ciemną szybę w oknie i ogląda jak matka wychodzi z roboty, a my słyszymy żałobne pianino.
Ale jest dobrze, można się pośmiać nieco. Fabuły lub zakończenia tudzież większych emocji brak. Po seansie człowiek włącza YouTube'a, znajduje scenę z opery, zapisuje ją sobie w ulubionych i to tyle. Film opuścił jego życie.
6/10.
Scena w Operze: http://www.youtube.com/watch?v=a7EzwPFfhUE
Dave:) http://www.youtube.com/watch?v=wYu0jRNwxjc