poniedziałek, 7 maja 2012

KTO SIEJE WIATR

Legal Drama, 1960


Bardzo mądry film.

Był sobie chłop, który żył w Stanie, w którym zabroniono nauczania teorii ewolucji. Ale wymyślił sobie, że będzie jej nauczył w szkole. I został zaaresztowany. Co ciekawe, historia ta wydarzyła się naprawdę. W rozprawie sądowej wzięli udział najwięksi przeciwnicy i zwolennicy tego prawa: Henry Drummond (przeciwnik, wielki Spencer Tracy) i M. H. Brady (zwolennik i swoiste Guru chrześcijan z filmu, sławne w całym kraju).
Henry oczywiście nie będzie mile widziany w tym okolicach. "Jesteśmy prostymi ludźmi, którym nie podoba się, gdy ktoś chce nam mówić co mamy myśleć" (oczywiście najpierw ktoś ich tego poglądu nauczył, czyli de facto powiedział co mają myśleć, ale to się nie liczy bo nie*).

Generalnie to film niszczy. Nie jest to "Atlas zbuntowany", ale jak bardzo jest mu bliski! Po obu stronach są ludzie, których są naprawdę mądrzy i mówią bardzo dobrze, obie strony są otwarte na dialog i pozwalają sobie nawzajem dokończyć zdanie, z szacunkiem traktują samych siebie. To bardzo ważne, gdy podejmuje się taki temat, a nawet nie wiecie jak bardzo spełniono ten warunek.

Również samo opowiadanie o tym jest bardzo dobrze wykonane. Z mojej perspektywy trudno mi opowiadać o wrażeniu, które na was wywrze ten film. Ja przeczytałem już "Atlas..." wiem na ten temat dużo więcej i w szerszym kontekście, a film tam nie zachodzi. Nie mogę wam obiecać, że po seansie przestanie was interesować kwestia istnienia boga. Mogę wam obiecać, że jeśli jesteście religijni to reżyser potraktował was z szacunkiem i raczej nie liczcie na to, że po seansie będziecie oburzeni.

Co prawdopodobnie nastąpi to większość z was wycofa się do bezpiecznego rejonu "Ale chrześcijaństwo polega na szanowaniu rodziców i byciu miłym człowiekiem", z tego miejsca film was nie wytrąci raczej.

Film po prostu mówi to, co trzeba było powiedzieć. Średniowieczne praktyki i śpiewanie o wieszaniu, "Bóg do mnie mówi", "moje zdanie jest lepsze i to powód by sądzić drugiego człowieka" - poważnie? Naprawdę żyjemy w XX wieku (patrz rok produkcji filmu)? A to tylko niektóre.

Film ma formę kameralną, opiera się na rewelacyjnym scenariuszu, dialogach, dramaturgii, aktorstwie (Gene Kelly na drugim planie w swojej najpoważniejszej i najlepszej roli). Pełno w nim surowego sarkazmu który słyszymy z ust postaci, którym po prostu brak słów na daną sytuację.
Jeszcze ostatnia uwaga dotycząca pracy kamery. Wiadomo, to '60, kamery były wtedy ciężkie, wolne, nie dawały zbyt ostrego obrazu... I takim sprzętem posłużono się w tym filmie, ale z efektem który można porównać do dzisiejszej pracy ze steadicamem (!). To po prostu niewiarygodne.

Oczywiście, film operuje na wielu innych poziomach. Naprawdę nie jestem w stanie przewidzieć, gdzie was zaprowadzi i jaką bombę zdetonuje w waszych głowach. Ja już to przeżyłem bardziej kilka lat temu, ale jestem świadom klasy tego filmu i o ilu rzeczach opowiada, i jak ważny był ten proces przedstawiony w nim.

Ważny film. I mądry.


9+/10.
http://rateyourmusic.com/film/inherit_the_wind/

http://www.youtube.com/watch?v=l5Kdc0LLSW8
*to mój dodatek do filmu, w filmie tych słów nie uświadczycie. To tak w ramach dowodu, jak daleko film zachodzi we wnioskach.

niedziela, 29 kwietnia 2012

NIETYKALNI

Buddy, 2011


Całkiem przyzwoity.

Cóż, facet jest na wózku i potrzebuje opiekunka. Przychodzą do niego jeden facet i 10 pussys. Wybiera faceta. Żartują razem, do jednego trafiają żarty drugiego i z wdziękiem się z nich śmieje. A potem film się kończy.

Było, jest i będzie - jeśli jest dobrze wykonane, to będzie fajne. Choć przez pół filmu byłem pewny, że lepiej byłoby, gdyby akcja rozgrywała się w USA a zamiast Omara Sy był Dave Chappelle. Niby murzyn to murzyn, ale Dave to jednak Dave.:) Jedynym minusem tego rozwiązania byłoby niespodziewane narzekanie krytyków, że znowu oglądamy amerykańską biedotę. Zamiast tego jest francuska, jak oryginalnie.

To co się nie udało to brak płynności. Jedna scena - cieszymy się, druga, smucimy się. Brak przejścia, ta scena ma nas zasmucić, tamta ucieszyć, i tak w kółko. W jednej minucie widzimy jak czarny ogląda operę i słyszymy jego śmiech, a w drugiej widzimy jak patrzy się przez ciemną szybę w oknie i ogląda jak matka wychodzi z roboty, a my słyszymy żałobne pianino.

Ale jest dobrze, można się pośmiać nieco. Fabuły lub zakończenia tudzież większych emocji brak. Po seansie człowiek włącza YouTube'a, znajduje scenę z opery, zapisuje ją sobie w ulubionych i to tyle. Film opuścił jego życie.


6/10.


Scena w Operze: http://www.youtube.com/watch?v=a7EzwPFfhUE
Dave:) http://www.youtube.com/watch?v=wYu0jRNwxjc

sobota, 28 kwietnia 2012

LĘK WYSOKOŚCI

Psychological Drama, 2011


Film w porządku, ale popełniono w nim dosyć poważny błąd... Który łatwo mi wybaczyć, bo i łatwo go popełnić.

Rzecz jest o dziennikarzu, który opiekuje się chorym psychicznie (?) ojcem. Robi do niego 300 km, a ten go ignoruje lub mówi jakieś zdawkowe rzeczy. Ale chłop nie odpuszcza, bo... No właśnie.

Konopka pewnie założył, że każdy łatwo się wczuje w sytuację bohatera który swojego ojca nie widział od momentu, gdy był dzieckiem, ale ja wiem, że to wcale nie jest takie oczywiste. Dlatego już po 15 minutach zacząłem szukać w tym filmie czegoś innego, bo to całe latanie od szpitala do domu i z powrotem nie było interesujące.

Moje przypuszczenia potwierdziły napisy końcowe, zaczynające się od "Tacie" (czy jakoś tak), czyli mamy do czynienie z filmem autobiograficznym. Łatwo wtedy NIE spojrzeć na historię z tej drugiej strony (widza). Właściwie to nawet trudne jest, więc wybaczam (to w końcu debiut fabularny Konopki).

Do rzeczy, scenariusz niby jest fajny, dzieje się bardzo dużo fajnych rzeczy (abordaż na chatę ojca drącego "Wypierdalać! Wypierdalać!" rzucającego jeszcze wszystkim w drzwi - miodzio, ale też samotny spacer po autostradzie jest świetny), ale za dużo tu kręcenia się w kółko. Tak w ogóle to bohater nie wiedział, jak pomóc, po prostu chciał pomóc, i tak chce przez 90 minut, zabierając ojca do domu, stamtąd do szpitala, potem do domu i tak jeszcze ze 3 razy. Czy faktycznie się pojednali? Trudno mi to stwierdzić. Ile w ogóle trwa ta historia? Podobny problem był z "Różą", tam też twórca nie umiał przekazać, czy historia trwa 5 lat czy tydzień. W "Lęku..." w jednej scenie bohater rzuca pracę a w następnej już proponuje się mu następną, dopiero na końcu dodając, że minęło kilka miesięcy od poprzedniej sceny.

Dobre jest aktorstwo (Dorociński ze Stroińskim to poziom bardzo dobry), seans jest względnie ciekawy przez te różne bajeranckie sceny wkurzonego ojca, sporo jest też emocji dzięki duetowi aktorów. Doceniam również, że udało się wytłumaczyć zachowanie ojca w racjonalny sposób na koniec.


6/10.
http://rateyourmusic.com/film/lek_wysokosci/

BLOW OUT

New Hollywood & Mystery, 1981


Świetny !!

Z perspektywy wkładu w historię kina "Blow Out" funkcjonuje jako omawiający funkcję dźwięku w filmie, to jak scena zyskuje z podłożeniem go i jak czasami nawet potrafi zmienić się jej znaczenie. Jak dźwięk uzupełnia to co widzimy albo sprawia, że widzimy coś innego (no co, czytałem o tym w podręczniku)
Poza tym to dzięki temu filmowi Travolta dostał angaż w "Pulp Fiction". Zagrał aż tak dobrze.
Ponad to, jest swoistym głosem w kwestii zabójstwa Kennedy'ego, choć nic głośnego.

Ślepi na jedno oko mówią, że to kopia "Powiększenia", lol. Tam była omawiana rola obrazu, zczajcie różnicę: DŹWIĘK i OBRAZ. Dotarło?
Z Hitchem też nie ma za dużo wspólnego, ale dość już prostowania głupot, które gadają inni. Film jest dobry i to się liczy.

Historia jest świetna, precyzyjna i trzyma w napięciu. Zaczyna się od tego, jak patrzymy na zbrodnię oczami mordercy. Co jest dalej? Zobaczcie sami, bo cokolwiek napiszę, to i tak zepsuję wam niespodziankę. Jest intryga, świetny bohater, dobra relacja między nim i pewną kobietą.

Jest tu mnóstwo rewelacyjnych scen, jak początek, napisy początkowe, scena łapania dźwięków nad rzeką i rejestracja tytułowego "Blow Out". Jak Travolta odtwarza taśmę i widzimy to, co widzi oczyma wyobraźni. Jak trzyma w ramionach Sally, a nad nim wybuchają fajerwerki.

Montaż i muzyka to absolut w czystej postaci. Większość scen, które wymieniłem, zachwycają właśnie dzięki tym dwóm elementom, a wszystkie zachwycają również ze względu na zdjęcia. Pełno jest tu długich ujęć, kamery, która nagle wjeżdża na drugie piętro by zajrzeć przez okno albo przesuwa się wolno po pokoju, skupiając się na detalach otoczenia, jak obejmuje to co akurat leci w telewizji lub współpracuje z aktorem... W jednym ujęciu nagle zaczęła się powoli obracać wokół własnej osi po pokoju - rewelacja !!

Bardzo dobry film. Aż obejrzę go sobie jeszcze raz!


7/10.
http://rateyourmusic.com/film/blow_out/