Mumblecore, 2011
Umiera postać. Wszyscy na stypie opowiadają, jaki był on cudowny, więc jego brat irytuje wszystkich mówieniem prawdy. Dziewczyna zmarłego, przyjaciółka wspomnianego brata, sugeruje mu, by pojechał do domku nad jeziorem i pobył tam w samotności, bo to mu pomoże. Bohater jedzie, a na miejscu zastaje dziewczynę w samej koszuli.
sobota, 9 listopada 2013
piątek, 8 listopada 2013
Blackfish (7/10)
Nature Documentary, 2013
Parki wodne i przedstawienia z udziałem orek. W związku z niedawną śmiercią jednaj trenerki jej koledzy po fachu ujawniają prawdę biznesu. Widz pozna historię początków tego interesu, jak wiele dekad temu łapano te olbrzymie zwierzęta, jak rozpoczęto reklamować całe zjawisko jako przyjazne i różowe... Okazuje się, że nawet sami trenerzy i ludzie tam pracujący nie wiedzieli, jaka jest prawda. Na przykład, mówili że orki w niewoli żyją dłużej niż na wolności, podczas gdy złapane żyją nie tylko krócej, ale ta różnica jest cztero-pięciokrotna.
Parki wodne i przedstawienia z udziałem orek. W związku z niedawną śmiercią jednaj trenerki jej koledzy po fachu ujawniają prawdę biznesu. Widz pozna historię początków tego interesu, jak wiele dekad temu łapano te olbrzymie zwierzęta, jak rozpoczęto reklamować całe zjawisko jako przyjazne i różowe... Okazuje się, że nawet sami trenerzy i ludzie tam pracujący nie wiedzieli, jaka jest prawda. Na przykład, mówili że orki w niewoli żyją dłużej niż na wolności, podczas gdy złapane żyją nie tylko krócej, ale ta różnica jest cztero-pięciokrotna.
(felieton) Byłem w kinie na Grawitacji...
Tekst nie zawiera spoilerów dotyczących fabuły lub innych składowych omawianego filmu.
Niektórzy mogli zauważyć, że moja recenzja tego filmu była dosyć sucha, niemal obiektywna. Jakbym nie ja ją pisał. Otóż, czytając inne recenzje zauważyłem jedno: ich autorzy chcieli w nich zmieścić o wiele za dużo, poświęcając im tylko jeden tekst, na dodatek trzymając się ramy recenzji. Efektem jest kompromis, a ten jak wiadomo nikomu nic nie daje. Ostateczny efekt nie był recenzją ani artykułem, przypominał próbę wyciśnięcia mchu z kamienia.
"Grawitacja" nie jest tylko filmem. To rewolucja, która dzieje się na naszych oczach. Dziś, teraz, w Imaxie, i tylko w obecnej chwili można się na nią załapać, przeżyć ją, uczestniczyć w niej, być jej świadkiem. Gdy tytuł ten trafi na rynek wtórny, wcześniej do Internetu, a potem do telewizji, to już nie będzie to samo. Do tego momentu nie będzie można wrócić. To jedyna szansa.
Filmy rewolucyjne bardzo rzadko są dobre, nie często udaje im się przetrwać próbę czasu i ostać w pamięci widza. Zostają zastąpione przez filmy, które zrobiły to samo, tylko lepiej, 10 lat później. Najczęściej jest tak dlatego, bo przy przeprowadzaniu gwałtownych zmian zapominają o podstawach, lub poświęcają im bardzo mało uwagi. Takie rzeczy jak zwarta konstrukcja fabularna, ciekawa opowieść lub wiarygodna psychologia postaci, to często kuluje przy kinie, które jest krokiem milowych w historii kinematografii. "Grawitacja" jest jednym z tych filmów. Postaci są tu uproszczone, fabuła jakby pisana pod krótki metraż. Dialogi brzmią dziecinnie, a momenty dramatyczne bardzo trudno traktować poważnie. A jednak jest to film, który trzeba zobaczyć, który zmienia kino, bo to niezwykłe doświadczenie, którego następni nie będą mogli zrozumieć, bo sami obejrzeli ten film w telewizji.
Niektórzy mogli zauważyć, że moja recenzja tego filmu była dosyć sucha, niemal obiektywna. Jakbym nie ja ją pisał. Otóż, czytając inne recenzje zauważyłem jedno: ich autorzy chcieli w nich zmieścić o wiele za dużo, poświęcając im tylko jeden tekst, na dodatek trzymając się ramy recenzji. Efektem jest kompromis, a ten jak wiadomo nikomu nic nie daje. Ostateczny efekt nie był recenzją ani artykułem, przypominał próbę wyciśnięcia mchu z kamienia.
"Grawitacja" nie jest tylko filmem. To rewolucja, która dzieje się na naszych oczach. Dziś, teraz, w Imaxie, i tylko w obecnej chwili można się na nią załapać, przeżyć ją, uczestniczyć w niej, być jej świadkiem. Gdy tytuł ten trafi na rynek wtórny, wcześniej do Internetu, a potem do telewizji, to już nie będzie to samo. Do tego momentu nie będzie można wrócić. To jedyna szansa.
Filmy rewolucyjne bardzo rzadko są dobre, nie często udaje im się przetrwać próbę czasu i ostać w pamięci widza. Zostają zastąpione przez filmy, które zrobiły to samo, tylko lepiej, 10 lat później. Najczęściej jest tak dlatego, bo przy przeprowadzaniu gwałtownych zmian zapominają o podstawach, lub poświęcają im bardzo mało uwagi. Takie rzeczy jak zwarta konstrukcja fabularna, ciekawa opowieść lub wiarygodna psychologia postaci, to często kuluje przy kinie, które jest krokiem milowych w historii kinematografii. "Grawitacja" jest jednym z tych filmów. Postaci są tu uproszczone, fabuła jakby pisana pod krótki metraż. Dialogi brzmią dziecinnie, a momenty dramatyczne bardzo trudno traktować poważnie. A jednak jest to film, który trzeba zobaczyć, który zmienia kino, bo to niezwykłe doświadczenie, którego następni nie będą mogli zrozumieć, bo sami obejrzeli ten film w telewizji.
piątek, 1 listopada 2013
Ile warte są nowe filmy?
Ostatnio bardzo rzadko mam jakieś ekstra drobne. Oczywiście, gdy jakieś jednak będę miał, chcę iść do kina. Tylko... właśnie. Czy warto? Od jakiegoś czasu wszystkie filmy, na które potencjalnie chciałbym się wybrać, dosyć szybko mnie sobą zniechęcają.
Są przypadki takie jak "After Earth" i "Man of Steel", które zachęciły mnie dawno temu zwiastunem, by przy pierwszych recenzjach rozczarować i dałem sobie z nimi spokój.
Są filmy chwalone, ale o opisie który praktycznie wystarczyłby za negatywną recenzję. Nowy Allen opowiada o tym, że fajnie jest się na starość zacząć okłamywać. Dla niektórych znaczy to 5 gwiazdek na cztery, dla mnie okrągłe zero. A na pewno nie mam zamiaru wydawać kasy na film o takiej filozofii.
Są filmy, który zbierają wiele dobrych recenzji, ale gdzieś po drodze usłyszę "E, jednak nie jest taki dobry" i też tracę zapał. "Pacific Rim" jawił się jako "Avengers" AD 2013 roku, dostałem przekombinowany dramat, masę głupot odwracających uwagę od scen akcji, które zresztą były w liczbie trzy na cały film.
Filmów średnich lub "średnio ocenionych" nie uwzględniam niestety, choć taki "Koneser" na uwagę zasługuje.
I kończy się na tym, że nie poszedłem na nic. Zazwyczaj - nie żałuję. Póki co jedynym filmem który złożył obietnicę i słowa dotrzymał było "Panaceum", kto by się tego spodziewał?
Wyłączając cały temat piractwa, spokojnie można po prostu wybrać coś innego. Odłożyć kasę na grę komputerową lub na "czarną godzinę". Albo poczekać, aż będzie w telewizji. Nie trzeba iść już teraz. Chodziłem do kina przez kilku lat, i co chwila pojawiał się obraz, który warto było obejrzeć, i dotrzymywał on obietnicy. Dopiero teraz tak patrzę i nie widzę tego samego. Dziwna sytuacja. Chyba pierwszy raz to nie ceny biletów, trudny dojazd, brak polskiej premiery lub reklamy przed seansem nie są wytłumaczeniem, że mało ludzi do kin chodzi. Po prostu nie ma na co.
"Grawitację" też miałem chęć obejrzeć. Ale zaraz usłyszałem, że fabuła i dialogi to dno, więc zwątpiłem. Nie chcę przecież iść na film dla efektów specjalnych i montażu, racja?
Może końcówka roku to zmieni. Może to moje fanaberie. Może pamiętam tylko samą radość z zobaczenia filmu, nie zważając na to, jaki on był - dziś wciąż tak reaguję. Albo to był jedyny sposób, by go obejrzeć, i cieszyłem się, że mam go już za sobą, zaliczonego.
Są przypadki takie jak "After Earth" i "Man of Steel", które zachęciły mnie dawno temu zwiastunem, by przy pierwszych recenzjach rozczarować i dałem sobie z nimi spokój.
Są filmy chwalone, ale o opisie który praktycznie wystarczyłby za negatywną recenzję. Nowy Allen opowiada o tym, że fajnie jest się na starość zacząć okłamywać. Dla niektórych znaczy to 5 gwiazdek na cztery, dla mnie okrągłe zero. A na pewno nie mam zamiaru wydawać kasy na film o takiej filozofii.
Są filmy, który zbierają wiele dobrych recenzji, ale gdzieś po drodze usłyszę "E, jednak nie jest taki dobry" i też tracę zapał. "Pacific Rim" jawił się jako "Avengers" AD 2013 roku, dostałem przekombinowany dramat, masę głupot odwracających uwagę od scen akcji, które zresztą były w liczbie trzy na cały film.
Filmów średnich lub "średnio ocenionych" nie uwzględniam niestety, choć taki "Koneser" na uwagę zasługuje.
I kończy się na tym, że nie poszedłem na nic. Zazwyczaj - nie żałuję. Póki co jedynym filmem który złożył obietnicę i słowa dotrzymał było "Panaceum", kto by się tego spodziewał?
Wyłączając cały temat piractwa, spokojnie można po prostu wybrać coś innego. Odłożyć kasę na grę komputerową lub na "czarną godzinę". Albo poczekać, aż będzie w telewizji. Nie trzeba iść już teraz. Chodziłem do kina przez kilku lat, i co chwila pojawiał się obraz, który warto było obejrzeć, i dotrzymywał on obietnicy. Dopiero teraz tak patrzę i nie widzę tego samego. Dziwna sytuacja. Chyba pierwszy raz to nie ceny biletów, trudny dojazd, brak polskiej premiery lub reklamy przed seansem nie są wytłumaczeniem, że mało ludzi do kin chodzi. Po prostu nie ma na co.
"Grawitację" też miałem chęć obejrzeć. Ale zaraz usłyszałem, że fabuła i dialogi to dno, więc zwątpiłem. Nie chcę przecież iść na film dla efektów specjalnych i montażu, racja?
Może końcówka roku to zmieni. Może to moje fanaberie. Może pamiętam tylko samą radość z zobaczenia filmu, nie zważając na to, jaki on był - dziś wciąż tak reaguję. Albo to był jedyny sposób, by go obejrzeć, i cieszyłem się, że mam go już za sobą, zaliczonego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)