Literatura piękna?, 1967
Po pierwsze - wypożyczyłem ją 28 marca, na ponad 2 tygodnie przed śmiercią Marqueza, więc cichaj. Po drugie: nie czyta się tego opornie. Właściwie to nawet jest całkiem nieźle. Może kwestia dobrego przekładu, ale szło przeczytać te 50 stron na dzień bez problemu. Tylko czas trudno było znaleźć. O ironio. "Sto lat samotności" skupia się na losach mieszkańców Macondo oraz - w efekcie - samego miasteczka, by przez ten pryzmat opowiedzieć o wielu rzeczach. Ludzkości, życiu i jak źle oraz jak dobrze może ono wyglądać. Albo i nie, może to opowieść o penisach? Sporo ich tutaj. Możliwe, że trzeba znać losy Ameryki Południowej, by zrozumieć w pełni o co biegało z tymi 3000 trupami w pociągu albo Kampanią Bananową?
Dialogi są w ilości śladowej, fabuła jest opowiedziana z pozycji ogólnej, trzymającej dystans, i niezwykle elokwentnej. Jest tu tyle wydarzeń, jakby każda strona miała co najmniej trzy wydarzenia, wokół których ktoś mógłby napisać całą powieść, ale tutaj narrator prześlizguje się po każdym w jednakowym stopniu, przechodzi do następnej postaci i jej losów. Pod względem gatunkowym, jest to po części powieść historyczna, romans, dramat, fantastyka, dokument... Ludzie żyją sobie normalnie, rozwijają społeczność, budują kolejny budynek, znajdują kolejne zainteresowania, idą na wojnę, odchodzą, wracają, a pomiędzy tym wszystkim wydaje się, jakby w każdym domu był pokój zamknięty od stu lat, w którym tylko określeni ludzie mogą porozumieć się z mieszkającymi tam duchami.
Urszula zadawała sobie pytanie, czy nie wdał się w jakieś podejrzane interesy, czy nie kradnie albo nie skończy jako koniokrad, i wyrzucała mu marnotrawstwo, ilekroć otwierał szampana tylko po to, by wylać sobie pianę na głowę.Tak go to gniewało, że któregoś dnia, gdy wstał w wyjątkowo promiennym humorze, przyszedł ze skrzynką pieniędzy, puszką kleju i szczotką i wyśpiewując na całe gardło stare piosenki Francisca el Hombre zaczął tapetować dom od góry do dołu wewnątrz i na zewnątrz banknotami jednopesowymi. Stare domostwo, pomalowane na biało od czasu gdy wyniesiono pianolę, przybrał podejrzany wygląd meczetu. Wśród popłochu całej rodziny, oburzenia Urszuli i radości tłumu, który wypełnił ulicę, by uczestniczyć w tej apoteozie marnotrawstwa, Aureliano Drugi wytapetował dom do końca, od fasady aż do kuchni, nie wyłączając łazienek i sypialni, i wyrzucił zbywające banknoty na podwórze.
- Teraz - oświadczył na zakończenie - mam nadzieję, że nikt w tym domu nie będzie mi już mówił o pieniądzach.
poniedziałek, 16 czerwca 2014
piątek, 13 czerwca 2014
(felieton) Garreciątko u dentysty
Na początku roku przy jedzeniu wypadł mi kawałek zęba.
Nie bolał mnie wcześniej, w trakcie ani potem. Nawet nie podejrzewam, czemu tak się stało. Parę miesięcy później, już po przeprowadzce, czułem w buzi dziwny zapach. Bardzo rzadko, gdy coś zjadłem albo przy myciu zębów wsadziłem w ten niepełny ząb włosie szczoteczki, wtedy czułem ten zapach. Dziwny i nie do określenia, dziś podejrzewam, że to był zapach próchnicy. Na początku sądziłem, że to problem z wodą, i jakiś osad z kranu mi się tam zbiera, ale po zmianie czajnika i zakupie filtra, nadal problem był. A więc - do dentysty. Tam chirurg stomatolog wsadził mi metalowy patyk do feralnego zęba i poraził mnie ból. Słyszę, że to się nadaje do zatrucia albo leczenia kanałowego... albo mam wyjść w cholerę.
W kwestii wprowadzenia - to była moja pierwsza wizyta u dentysty na zabiegu. Na hasło "zatrucie zęba" pomyślałem o wielkiej strzykawce wbijanej w dziąsło, co będzie boleć jak poród, z tego co słyszałem. A leczenie kanałowe to kojarzyłem z czymś największego kalibru, jak operacja mózgu albo kręgosłupa. Tyle samo czasu, zachodu i środków na to trzeba poświęcić - pomyślałem. Nie wiedziałem, że tak naprawdę to są całkiem podstawowe zabiegi trwające bardzo krótko, więc, łagodnie mówiąc, zacząłem się tam na fotelu dentystycznym, denerwować. Stomatolog widząc to, zaczął mnie opieprzać, że się jak dziecko zachowuję. Potem mnie opieprza, że muszę się zdecydować, co ona ma teraz robić. Ja mu mówię, że nie wiem. To on mnie opieprza, że ja nie wiem, w międzyczasie tłumaczy mi, jak taki zabieg będzie wyglądać. Porządnie mnie przy tym opieprzając, że musi mi to tłumaczyć, oczywiście.
Nie bolał mnie wcześniej, w trakcie ani potem. Nawet nie podejrzewam, czemu tak się stało. Parę miesięcy później, już po przeprowadzce, czułem w buzi dziwny zapach. Bardzo rzadko, gdy coś zjadłem albo przy myciu zębów wsadziłem w ten niepełny ząb włosie szczoteczki, wtedy czułem ten zapach. Dziwny i nie do określenia, dziś podejrzewam, że to był zapach próchnicy. Na początku sądziłem, że to problem z wodą, i jakiś osad z kranu mi się tam zbiera, ale po zmianie czajnika i zakupie filtra, nadal problem był. A więc - do dentysty. Tam chirurg stomatolog wsadził mi metalowy patyk do feralnego zęba i poraził mnie ból. Słyszę, że to się nadaje do zatrucia albo leczenia kanałowego... albo mam wyjść w cholerę.
W kwestii wprowadzenia - to była moja pierwsza wizyta u dentysty na zabiegu. Na hasło "zatrucie zęba" pomyślałem o wielkiej strzykawce wbijanej w dziąsło, co będzie boleć jak poród, z tego co słyszałem. A leczenie kanałowe to kojarzyłem z czymś największego kalibru, jak operacja mózgu albo kręgosłupa. Tyle samo czasu, zachodu i środków na to trzeba poświęcić - pomyślałem. Nie wiedziałem, że tak naprawdę to są całkiem podstawowe zabiegi trwające bardzo krótko, więc, łagodnie mówiąc, zacząłem się tam na fotelu dentystycznym, denerwować. Stomatolog widząc to, zaczął mnie opieprzać, że się jak dziecko zachowuję. Potem mnie opieprza, że muszę się zdecydować, co ona ma teraz robić. Ja mu mówię, że nie wiem. To on mnie opieprza, że ja nie wiem, w międzyczasie tłumaczy mi, jak taki zabieg będzie wyglądać. Porządnie mnie przy tym opieprzając, że musi mi to tłumaczyć, oczywiście.
środa, 4 czerwca 2014
Atlas Zbuntowany, cz. 2
Political Drama, 2012
...cóż. Czuję się, jakbym zjadł kilogram gwoździ, które teraz zalegają mi w żołądku. I żeby było jasne - jestem w pełni świadom, że takiej książki jak "Atlas zbuntowany" na stan dzisiejszy w ogóle nie można przełożyć na medium filmu, i nawet nie mam zamiaru tu zaczynać tego tematu, bo żeby go objąć, musiałbym mu poświęcić z 8 do 10 felietonów. Tak na początek. Nie istnieją tacy aktorzy, którzy by udźwignęli takich bohaterów jak Henry Rearden. Nie ma takiego scenarzysty, który by przełożył na język obrazu narrację z książki. Kino w ogóle jako sztuka jest za młode i zbyt głupie by unieść ten monument - opanowało plucie na ludzkość, ale żeby odnieść się do niej z szacunkiem? Stworzyć obraz kompletny, samowystarczalny, odnoszący się do wszystkich najważniejszych pytań i udzielający na nie konkretnych odpowiedzi? Nieposługujący się metaforami, przenośniami, tylko umiejący stanąć na ziemi, komunikując się z widzem bezpośrednim językiem? Na stan dzisiejszy są póki co przebłyski, że kiedyś do tego dojdzie. Dzisiaj nie ma nic, co by pozwoliło zaistnieć prawidłowej adaptacji powieści Ayn Rand.
Ale na poprawną adaptację w ogóle mógłbym liczyć. Ponieważ pierwsza część "Atlasu..." taka właśnie była. Udanie zaadaptowano poszczególne elementy z technicznego punktu widzenia i podczas seansu nawet odczuwałem przyjemność z przebywania w świecie, którego bohaterowie postępują według filozofii obiektywizmu. W przypadku drugiej części - cóż, widzę wysiłek włożony w ten film. Jestem świadom problemów przedprodukcyjnych (zmiana całej obsady + poradzenie sobie z decyzjami które wtedy podjęto), oraz tego, że to środkowa część trylogii. Dobrze poradzono sobie z wprowadzeniem widza - przypomniano mu, co się działo, cały układ fabularny, przedstawienie postaci, to wykonano bez problemu. Jeśli nie czytałeś książki, większość wątków zrozumiesz bez problemu. Dowiesz się, że w pierwszej części
rząd uniemożliwiał wprowadzenie Metalu Reardena na rynek, ale jednak to zrobili i dzięki temu powstała Linia Johna Galta. Teraz rozwijają się dwa wątki - jeden mający na celu uruchomienie rewolucyjnego silnika, który ktoś zostawił na stercie złomu w opuszczonej fabryce, a który sprawiłby, że każdorazowe korzystanie z energii byłoby 100 razy tańsze. Drugi wątek to Rearden nie zgadzający się na udawanie, że Państwowy Instytut Naukowy w uczciwy sposób kupuje od niego jego metal. Taka dezaprobata jest jednak nielegalna, i cała sprawa nabiera coraz poważniejszych kolorów...
...cóż. Czuję się, jakbym zjadł kilogram gwoździ, które teraz zalegają mi w żołądku. I żeby było jasne - jestem w pełni świadom, że takiej książki jak "Atlas zbuntowany" na stan dzisiejszy w ogóle nie można przełożyć na medium filmu, i nawet nie mam zamiaru tu zaczynać tego tematu, bo żeby go objąć, musiałbym mu poświęcić z 8 do 10 felietonów. Tak na początek. Nie istnieją tacy aktorzy, którzy by udźwignęli takich bohaterów jak Henry Rearden. Nie ma takiego scenarzysty, który by przełożył na język obrazu narrację z książki. Kino w ogóle jako sztuka jest za młode i zbyt głupie by unieść ten monument - opanowało plucie na ludzkość, ale żeby odnieść się do niej z szacunkiem? Stworzyć obraz kompletny, samowystarczalny, odnoszący się do wszystkich najważniejszych pytań i udzielający na nie konkretnych odpowiedzi? Nieposługujący się metaforami, przenośniami, tylko umiejący stanąć na ziemi, komunikując się z widzem bezpośrednim językiem? Na stan dzisiejszy są póki co przebłyski, że kiedyś do tego dojdzie. Dzisiaj nie ma nic, co by pozwoliło zaistnieć prawidłowej adaptacji powieści Ayn Rand.
Ale na poprawną adaptację w ogóle mógłbym liczyć. Ponieważ pierwsza część "Atlasu..." taka właśnie była. Udanie zaadaptowano poszczególne elementy z technicznego punktu widzenia i podczas seansu nawet odczuwałem przyjemność z przebywania w świecie, którego bohaterowie postępują według filozofii obiektywizmu. W przypadku drugiej części - cóż, widzę wysiłek włożony w ten film. Jestem świadom problemów przedprodukcyjnych (zmiana całej obsady + poradzenie sobie z decyzjami które wtedy podjęto), oraz tego, że to środkowa część trylogii. Dobrze poradzono sobie z wprowadzeniem widza - przypomniano mu, co się działo, cały układ fabularny, przedstawienie postaci, to wykonano bez problemu. Jeśli nie czytałeś książki, większość wątków zrozumiesz bez problemu. Dowiesz się, że w pierwszej części
rząd uniemożliwiał wprowadzenie Metalu Reardena na rynek, ale jednak to zrobili i dzięki temu powstała Linia Johna Galta. Teraz rozwijają się dwa wątki - jeden mający na celu uruchomienie rewolucyjnego silnika, który ktoś zostawił na stercie złomu w opuszczonej fabryce, a który sprawiłby, że każdorazowe korzystanie z energii byłoby 100 razy tańsze. Drugi wątek to Rearden nie zgadzający się na udawanie, że Państwowy Instytut Naukowy w uczciwy sposób kupuje od niego jego metal. Taka dezaprobata jest jednak nielegalna, i cała sprawa nabiera coraz poważniejszych kolorów...
poniedziałek, 2 czerwca 2014
(książka) Sylwester Stallone; Szalona kariera Kopciuszka z Hollywood
Biografia, 1991
Tak, naprawdę ktoś napisał biografię Stallone. Była to pierwsza książka jaką wypożyczyłem z biblioteki po przeprowadzce. Generalnie omijam biografie, jednak nie było nic lepszego w dziale filmowym... A na końcu jak zwykle się okazało, że nie warto oceniać całości po okładce, i 150 stron połknąłem w trzy dni. Pisarz, scenarzysta, reżyser, aktor, człowiek filmu. Były czasy, gdy porównywali Stallone'a do Brando i Ala Pacino, a krytycy wyszukiwali go pośród reszty składowych filmu, by poświęcić jego grze oddzielny akapit. W znaczeniu pozytywnym, oczywiście.
Dzieciństwo Stallone, separacja jego rodziców które doprowadziły do tego, że raz rok mieszkał tu, a za rok mieszkał gdzie indziej i tak na zmianę. Generalnie miał nie najlepiej, ale chyba nic ponad "standard", o czym warto byłoby wspominać (bo o jego problemie z lewą stroną twarzy to wiecie zapewne).
Najbardziej mi zaimponował fragment o jego pracowitości. Niesamowite, ilu różnych prac się imał (pracował m.in. w zoo i obsikał go lew, wtedy zrezygnował), jak systematycznie pracował nad swoimi tekstami. Chciał być pisarzem i codziennie wstawał z rana, by pisać określoną ilość godzin. I gdy przyszło co do czego, scenariusz do "Rocky'ego" powstał w 3 dni, a bodaj do "Rambo" w 26 godzin (piszę oczywiście o pierwszej wersji tekstu). Ja się cieszyłem, gdy do 6 odcinka "Awake" scenariusz powstał tydzień.
Tak, naprawdę ktoś napisał biografię Stallone. Była to pierwsza książka jaką wypożyczyłem z biblioteki po przeprowadzce. Generalnie omijam biografie, jednak nie było nic lepszego w dziale filmowym... A na końcu jak zwykle się okazało, że nie warto oceniać całości po okładce, i 150 stron połknąłem w trzy dni. Pisarz, scenarzysta, reżyser, aktor, człowiek filmu. Były czasy, gdy porównywali Stallone'a do Brando i Ala Pacino, a krytycy wyszukiwali go pośród reszty składowych filmu, by poświęcić jego grze oddzielny akapit. W znaczeniu pozytywnym, oczywiście.
Dzieciństwo Stallone, separacja jego rodziców które doprowadziły do tego, że raz rok mieszkał tu, a za rok mieszkał gdzie indziej i tak na zmianę. Generalnie miał nie najlepiej, ale chyba nic ponad "standard", o czym warto byłoby wspominać (bo o jego problemie z lewą stroną twarzy to wiecie zapewne).
Najbardziej mi zaimponował fragment o jego pracowitości. Niesamowite, ilu różnych prac się imał (pracował m.in. w zoo i obsikał go lew, wtedy zrezygnował), jak systematycznie pracował nad swoimi tekstami. Chciał być pisarzem i codziennie wstawał z rana, by pisać określoną ilość godzin. I gdy przyszło co do czego, scenariusz do "Rocky'ego" powstał w 3 dni, a bodaj do "Rambo" w 26 godzin (piszę oczywiście o pierwszej wersji tekstu). Ja się cieszyłem, gdy do 6 odcinka "Awake" scenariusz powstał tydzień.
Muhammad Ali był szczególnie zainteresowany obejrzeniem "Rocky II", w którym główną rolę grał Apollo Creed jako on Muhammad Ali, lecz dopatrzył się wielu fragmentów dotyczących meczu, które powinny być poprawione. Zauważył, że Stallone nie poruszał się jak typowy bokser, że żaden z bokserów nie tolerowałby krzyczącego trenera, że kurczaki są podawane bokserom z warzywami, a podnoszenie ciężarów to jedna z ostatnich rzeczy, które powinien robić szanujący się bokser, że żaden sędzia nie zgodziłby się na kontynuowanie walki, gdy oko jednego z zawodników jest zamknięte. Po skrytykowaniu technicznych niejasności, Ali wypracował sobie własne tłumaczenie dlaczego film stał się taki sławny, a Creed nie mógł zostać zwycięzcą:
- Byłoby to sprzeczne z ogólnie przyjętymi obyczajami, gdyby czarny człowiek wygrał pojedynek z białym. Jestem tak dobry w boksie, że musieli stworzyć białego Rocky'ego, który miał za zadanie konkurować z moją opinią na ringu. Ameryka musi mieć swoich białych bohaterów. Nie jest ważne, skąd je bierze. Jezus, Wonder Woman, Tarzan i Rocky.*
Subskrybuj:
Posty (Atom)



